Forum Lunatyczne forum Strona Główna
 FAQ   Szukaj   Użytkownicy   Grupy    Galerie   Rejestracja   Profil   Zaloguj się, by sprawdzić wiadomości   Zaloguj 

Reedycja: Kulawy blues spod Anioła

 
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum Lunatyczne forum Strona Główna -> Klub Pojedynków
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Hekate
szefowa



Dołączył: 01 Wrz 2005
Posty: 5680
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: Toruń

PostWysłany: Nie 18:25, 03 Sty 2010    Temat postu: Reedycja: Kulawy blues spod Anioła

Chciałam powiedzieć, że ten tekst jest sprzeczny ze wszystkimi teoriami, które ostatnio głosiłam. Pytanie, co zawiera więcej prawdy: teorie, czy opowieści. Chyba sama tego nie wiem. Szczerze mówiąc, czuję się trochę dziwnie po napisaniu czegoś, co mimo wszystko zawiera odrobinę nadziei.

Poza tym... łiii, zmieściłam się w terminie, jestem Wielkaaaa! Wink
Jeszcze bez korekty, z wiadomych względów. Bójcie się!


Edit. z 10 stycznia. Za korektorskie szlify dziękuję Vianne!


KULAWY BLUES SPOD ANIOŁA





Podejrzewam, że gdyby wujek Filip – przyjaciel mojej mamy z dawnych czasów – był o dwadzieścia lat młodszy, zakochałabym się w nim bez pamięci. I prawdopodobnie źle bym na tym wyszła, bo o takich ludziach przyjemnie się czyta, pisze zawikłane ballady lub opowiada ich dzieje przy flaszce wódki, natomiast życie z nimi pod jednym dachem zwykle owocuje jakimś dramatem. Wieczni chłopcy o artystycznych upodobaniach, nieżyciowi marzyciele zaplątani w niewłaściwą epokę, poszukiwacze zaginionego sensu nie są, niestety, i nigdy nie byli dobrymi kandydatami na mężów i ojców. Kiedyś, oczywiście, nie zdawałam sobie z tego sprawy. Wujka traktowałam jak najlepszego kumpla, wspólnika zabaw i psot, a jednocześnie najważniejszego przedstawiciela płci nieładnej, jaki pojawiał się w naszym, do gruntu sfeminizowanym, domu. Nie wyobrażałam sobie bez niego ani urodzin, ani świąt, ani tym bardziej wakacji, podczas których organizowaliśmy rowerowe wyprawy, piesze rajdy, czasem zaś wsiadaliśmy w najwcześniejszy PKS i jechaliśmy nad pobliskie jezioro pławić się w wodzie i słońcu. Potrafiliśmy godzinami układać statki pirackie z klocków lego lub grać w Eurobiznes – wujek nigdy nie pozwalał mi wygrywać, chociaż inni dorośli oszukiwali, żeby sprawić mi przyjemność. On jeden grał uczciwie, a potem ze stoickim spokojem obserwował wybuchy wściekłości, bo byłam rozpieszczoną jedynaczką i na każde niepowodzenie reagowałam efektowną histerią: płakałam, rzucałam pionkami i wybiegałam z pokoju i wdrapywałam się na najwyższą szafę, z której bardzo trudno było mnie ściągnąć.

Gdy byliśmy razem, wujek Filip i ja, krnąbrna dziewczynka z długimi warkoczami, mama patrzyła na nas jak na dwoje dzieci, których trzeba pilnować, bo w każdej chwili mogą sobie zrobić krzywdę. Nie mam pojęcia, co było między nią i Filipem – pewnie nigdy się nie dowiem, bo o takie sprawy lepiej nie pytać – myślę jednak, że ani przez moment nie brała pod uwagę ewentualności związania się z nim na stałe. Już wtedy szukała stabilizacji, prawdziwej stabilizacji. Była kobietą samotnie wychowującą dziecko, nie potrzebowała do szczęścia kolejnego, przerośniętego, mającego zbyt duże problemy ze sobą, żeby pełnić obowiązki głowy rodziny. Poza tym wiedziała, że po raz drugi nie może sobie pozwolić na pomyłkę – wystarczającym pechem było nieudane małżeństwo, które skończyło się, zanim w ogóle się rozpoczęło. Kobiety w mojej rodzinie nie mają szczęścia do mężczyzn, albo, inaczej rzecz ujmując, mężczyźni nie mają szczęścia do kobiet z mojej rodziny. Czasami zastanawiam się, czy to jakaś klątwa, czy po prostu jesteśmy zbyt niezależne i nieufne, żeby z kimkolwiek stworzyć udany związek… prawdę powiedziawszy klątwa brzmi nawet bardziej prawdopodobnie. W niczym nie przypominam mojej silnej, dominującej mamy, ani równie silnej babci, emerytowanej nauczycielki, która za czasów komuny dyrektorowała w Zespole Szkół Budowlanych, a mimo to ja również nie radzę sobie w sprawach męsko-damskich. Być może właśnie dlatego piszę niemal wyłącznie o mężczyznach i robię to, jak twierdzą niektórzy, bardzo wiarygodnie: tak wiarygodnie, że moja pierwszoosobowa, męska narracja zdołała wprowadzić w błąd niejednego czytelnika. W czym tkwi sekret? Sądzę, że w rezygnacji z odtwarzania rzeczywistości: nie próbuję opisywać tego, co widzę, prawdopodobnie nawet bym nie potrafiła. Tworzę więc swoich mężczyzn od podstaw, lepię ich z plasteliny jak figurki, podobne do tych, które wielokrotnie tworzyliśmy z wujkiem Filipem w zaciszu kuchni. To o wiele ciekawsze od randek i ukradkowych spojrzeń. Przede wszystkim dlatego, że od początku do końca jestem panią sytuacji.

Wróćmy jednak do Filipa – jeszcze nie wujka, wujkiem zostanie dużo, dużo później – nazywanego przez nieprzychylne mu starsze panie „złym duchem starówki”. Mieszkał na ulicy Łaziennej, w zabytkowym domu niedaleko katedry; wejścia do kamienicy strzegły żelazne kraty, służące także jako domofon. Wielokrotnie napierałam na nie całym ciałem, żeby wywołać hałas. Wtedy wujek wybiegał z mieszkania, otwierał bramę i wpuszczał mnie do środka, za każdym razem ostrzegając, żebym przypadkiem nie drażniła piranii, bo wyskoczą i zaczną gryźć. Akwarium stało na korytarzu, w półmroku, i budziło odrazę pomieszaną z zaciekawieniem – ryby wydawały mi się stworzeniami z całkiem innego świata. Dobrze wiedziałam, że wujek tylko żartuje, ale mimo to przechodziłam obok brudnego, szklanego pojemnika na palcach, wstrzymując oddech i wyobrażając sobie sceny rodem z sennych koszmarów. Moje udręki skończyły się dopiero podczas wiosennych porządków, gdy akwarium pękło, a wszystkie piranie przeniosły się do Krainy Wiecznie Płynącej Wody. Nawet nie udawałam, że jest mi z tego powodu przykro.

Wujek nie zawsze mieszkał sam. Kiedyś, dawno temu, w mieszkaniu przy ulicy Łaziennej, poza niesfornym chłopakiem wiecznie wpadającym w kłopoty, urzędowały dwie niezwykłe niewiasty, których nie poznałam osobiście: starsza i młodsza. Babcia i mama. Filipa, jak i mnie, od urodzenia wychowywały kobiety – być może także z tego powodu tak dobrze się rozumieliśmy; wyczuwaliśmy podobieństwo wątków. Niestety, on miał o wiele mniej szczęścia ode mnie, ponieważ rodzina szybko go obumarła i okazało się, że poza ciotką mieszkającą w sąsiednim mieście, zbyt wiekową, żeby można ją było obarczać dodatkowymi obowiązkami, nie został mu na świecie nikt bliski. Wokół dziewiętnastolatka nagle zrobiło się pusto, grawitacja przestała działać, a on poszybował w przestworza, nie bardzo zdając sobie sprawę, dokąd właściwie frunie. Nie stanął na nogi ani nie dorósł, chociaż tego właśnie oczekiwała opinia publiczna; po prostu zatrzymał się w miejscu – tyle tylko, że nie było już nikogo, kto by mu przypominał, że czwartek jest po środzie, a na rozmowę w sprawie pracy lepiej nie wybierać się w poplamionej winem koszuli. Jak dawniej wygrywał konkursy recytatorskie, godzinami przesiadywał w knajpach, dyskutował o literaturze i udawał, że należy do jakiejś wyimaginowanej bohemy, chociaż żadna bohema nie istniała pod koniec lat siedemdziesiątych w prowincjonalnym Toruniu. Kilku aktorów i muzyków siadywało wprawdzie co wieczór w Piwnicy Pod Aniołem, lokalu mieszczącym się w podziemiach ratusza, ale nie miało to nic wspólnego z twórczą wymianą idei. Chodziło wyłącznie o promile, a co za tym idzie – o próbę zagłuszenia problemów.

Trudno powiedzieć, w jaki sposób wujek Filip zdał maturę, skoro prawie nie bywał na lekcjach, a na naukę przeznaczał ułamek wolnego czasu, jest jednak faktem, że po wielu perypetiach ukończył wreszcie liceum. Nawiasem mówiąc, dwadzieścia lat później skończyłam tę samą szkołę, która przez ten czas zmieniła się diametralnie: nie była już przechowalnią starówkowych „wybryków natury”, miejscem dziwnym i niepokojącym, lecz całkiem zwyczajnym liceum, zajmującym wysokie pozycje w rankingach. Wujek opowiadał mi kiedyś o dawnych czasach, o piwnicy zwanej Hadesem, o zadymionych łazienkach i przeróżnych aferach z udziałem uczniów, ja jednak nie bardzo mu wierzyłam, bo znałam tylko czyste, różowe ściany i nie odbiegające od normy, uczniowskie życie, balansujące między próbami szkolnego teatru a sprawdzianami z matmy. Teraz żałuję, że nie słuchałam tych opowieści uważniej – mogłabym je wykorzystać w opowiadaniu i dzięki temu lepiej zrozumieć Filipa, który nadal jest dla mnie zagadką nie do rozwikłania. Nie wiem, o czym myślał, gdy w czasie przerwy wyskakiwał przez okno w łazience i pędził do Krzywej Wieży, gdzie dorabiał u znajomego, robiąc biżuterię z malutkich witraży. Nie wiem, czy chodził do szkoły głodny, ani czy bywał zakochany. Spędziłam z tym człowiekiem bardzo wiele czasu, nigdy jednak do końca go nie poznałam, nie odsłonił przede mną żadnych sekretów – nic dziwnego, byłam przecież tylko małą dziewczynką. Wszystko, o czym w tej chwili piszę, to jedynie skrawki, które wiążą się w niezbyt spójną biografię ducha.

Oczywiście nie poszedł na studia, musiał zarobić na swoje utrzymanie. Chwytał się najrozmaitszych sposobów, podobno nawet ożenił się dla pieniędzy, zapewniając w ten sposób polskie obywatelstwo dziewczynie ze Wschodu. Pamiętam, że zajmował się głównie artystycznym rzemiosłem: robił biżuterię, figurki ze szkła, fotografie… Mama poznała go właśnie dzięki zdjęciom. Grupa taneczna, którą wtedy prowadziła, występowała w Muzeum Etnograficznym na deskach amfiteatru, a Filip był zatrudniony jako fotograf. Mama nie miała jeszcze dwudziestu lat i dopiero od kilku miesięcy pracowała jako instruktor w Domu Kultury, nic więc dziwnego, że bardzo jej zależało, żeby ludzie traktowali ją poważnie. Filip tego nie wyczuł. Zobaczył ciemnowłosą dzierlatkę w hippisowskiej spódnicy, więc od razu zaczął jej mówić na „ty”, nawet nie starając się ukryć brzmiącego w głosie tonu wyższości. Był w końcu artystą, istotą wybraną, i czego jak czego, ale poczucia własnej wartości nigdy mu nie brakowało. Gdy ciemnowłosa dzierlatka, zamiast spojrzeć na niego z uwielbieniem, spojrzała z niechęcią i zmieszała go z błotem przy pomocy kilku ironicznych uwag, nie był w stanie ukryć zdziwienia; coś takiego nie miało prawa się wydarzyć! Młoda instruktorka od razu go zaintrygowała. Wkrótce byli parą najlepszych przyjaciół, a Filip, z właściwym sobie rozmachem, wkroczył w świat, który trzy lata później miał się stać także moim światem.

Zanim to jednak nastąpiło, na ponad rok zniknął z horyzontu i nikt nie wie, gdzie się przez ten czas podziewał. Mama zdążyła wyjść za mąż, urodzić córkę i błyskawicznie się rozwieść, jego zaś wciąż nie było. Można by pomyśleć, że bawił się w Stachurę, wędrował po bezdrożach i łapał za ogon smugę cienia, ja jednak – mimo że wizja jest romantyczna i wielce kusząca – bardzo w to wątpię. Filip był do szpiku kości człowiekiem miasta, nie mógłby normalnie funkcjonować z dala od miejskich murów. Dlatego podejrzewam, że po prostu przeniósł się do Wrocławia lub Krakowa a może nawet do Warszawy, żeby sprawdzić, jak się żyje w wielkiej aglomeracji. Pewnie z początku wiodło mu się całkiem nieźle. Miał w sobie wolę przetrwania i pragnienie przeżycia przygody, a w dodatku niezwykły talent manualny: potrafił z niczego stworzyć prawdziwe dzieła sztuki; jego witrażowe wisiorki i kolczyki zapierały dech w piersiach. Łatwo też nawiązywał znajomości i był całkiem przystojny… oczywiście w specyficznym, „rozchełstanym” stylu. Niestety, miał też jedną, podstawową wadę: pieniądze zupełnie go nie lubiły. Potrafił, na przykład, w jeden wieczór przepuścić całą gotówkę i ani przez chwilę nie odczuwał z tego powodu wyrzutów sumienia. Domyślam się, że właśnie dlatego wrócił w końcu do rodzinnego miasta, chociaż nie był to na pewno jedyny powód – przede wszystkim brakowało mu głębokich i szczerych relacji międzyludzkich. Znajomych miał wszędzie, od dzieciństwa był duszą towarzystwa, natomiast jego prawdziwi przyjaciele mieszkali jedynie w Toruniu.

Jednym z nich był Adam, świetny bilardzista, dziennikarz sportowy i – kolejna ciekawostka – ojciec mojej przyjaciółki ze szkoły podstawowej. Filip przyjechał prosto na jego ślub, który jedynie zatwierdzał istniejący stan rzeczy. Adam już od lat mieszkał ze swoją dziewczyną, zaś kilka miesięcy przed weselem, w październiku, urodziła im się córeczka – czarnooka i śniada zupełnie jak jej tata. Na imprezę Filip poszedł z moją mamą, która dała się zaprosić chyba tylko dlatego, że krzyczenie i trzaskanie drzwiami nie wchodzi w rachubę, gdy za ścianą śpi małe dziecko. Oczywiście okolicznościowa pogadanka, przepleciona wyrzutami, nie została przyjacielowi marnotrawnemu oszczędzona. Na jego korzyść przemawia tylko to, że nawet nie próbował się bronić. Natomiast jeśli chodzi o mnie – leżałam w sąsiednim pokoju, ssąc kciuk, i nie miałam zielonego pojęcia, że los po raz pierwszy zetknął mnie z tak ważną osobą.

Po weselu Adama, sytuacja materialna Filipa nieco się ustabilizowała, bo dostawał stałe zlecenia od firmy, która zajmowała się przygotowywaniem i kolportażem pocztówek. Poza tym wrócił do pracowni artystycznej i sklepu w Krzywej Wieży, ostatecznie przerzucając się z wyrobu biżuterii na wyrób szklanych zwierzątek, chętnie kupowanych przez turystów. Odbudował dawne przyjaźnie, posprzątał mieszkanie, a nawet kupił sobie parę koszul i marynarkę, która wisiała na nim jak na zepsutym wieszaku i już po kilku dniach wyglądała jak stary łach odziedziczony po krewnym. Prędzej czy później każdy element garderoby, będący w posiadaniu Filipa, upodabniał się do wygniecionej szmaty. Niektórzy ludzie wyglądają perfekcyjnie niezależnie od tego, co ubiorą – najgorszy łachman wygląda na nich jak kreacja z żurnala. Wujek natomiast zawsze wyglądał tak, jakby przed chwilą wrócił z kilkudniowej włóczęgi, składającej się z kąpieli w błocie, czołgania w rowach i walki na pięści z kolczastymi krzakami. Moja Mama wielokrotnie usiłowała go namówić, żeby zwracał trochę większą uwagę na wygląda zewnętrzny, ale jej wysiłki kończyły się fiaskiem. Tak samo jak próby nakłonienia Filipa do wizyty u fryzjera. Rozmowy na ten temat kwitował pobłażliwym uśmiechem, obracał wszystko w żart i jak dawniej paradował po mieście ze strzechą jasnobrązowych, przydługich włosów, rozwiewanych przez wiatr. Czasem zapuszczał też wąsy i wyglądał wtedy jak warchoł ze szlacheckich gawęd.

Nie da się jednak ukryć, że po powrocie do Torunia bardzo „wyporządniał”, co szybko stwierdzili jego znajomi, bo nie przesiadywał już godzinami w knajpach, rozróżniał dni świąteczne od dni powszednich, a na nogach nosił skarpetki tego samego koloru. Ta metamorfoza miała, rzecz jasna, swoje logiczne uzasadnienie i nie dokonała się z dnia na dzień. Minęło sporo czasu, zanim Filip znalazł sobie nowe hobby, któremu oddał się z zapałem godnym neofity:

Mnie.

Na początku w ogóle nie zauważał mojego istnienia, chociaż przynajmniej dwa razy w tygodniu wpadał do naszego domu na kawę i pogaduchy. Słuchał jednym uchem, gdy mama opowiadała mu o moich dziecięcych przygodach; potakiwał tylko i szybko zmieniał temat – teraz już wiem, że po prostu się bał, chociaż nadal nie mam pewności, co go tak przerażało. Perspektywa zaangażowania…? Jego wzrok nigdy nie zatrzymywał się na mnie dłużej niż parę sekund; jakbym była niewidzialna. Poruszaliśmy się po torach nie mających ze sobą najmniejszej styczności. Mogłabym napisać, że mamie i mnie zachowanie Filipa sprawiało przykrość, ale byłoby to kłamstwo – mama uznała, że to kolejne, niewarte uwagi dziwactwo „złego ducha starówki”, natomiast ja byłam zbyt mała i zbyt rozpieszczona, żeby się przejmować tym, co o mnie myślą dorośli. Wiedziałam, że zawsze w pobliżu znajdzie się ktoś, kto nazwie mnie kwiatuszkiem, uraczy bajką o biedronkach i motylkach, a w przerwie odpowie na tysiące egzystencjalnych pytań, w rodzaju: dlaczego śnieg się rozpuszcza, a trawa jest zielona. Wujek nie był mi więc koniecznie potrzebny do szczęścia i naprawdę nie potrafię sobie przypomnieć momentu przełomowego, gdy po raz pierwszy zmaterializował się w moim świecie, trochę zagubiony i śmieszny z tymi swoimi wąsami i pogniecioną koszulą. Coś mi jednak mówi, że zdarzyło się to w Boże Narodzenie, bo święta to bardzo dobry czas na wędrowanie między światami. Wtedy, być może, coś zaskoczyło na łączach, oboje usłyszeliśmy sygnał i w jednej chwili pojęliśmy, że współpraca może się okazać o wiele zabawniejsza od wymuszonego dystansu. Potem Filip wielokrotnie przebierał się za Mikołaja i przychodził do mnie z worem prezentów. Może właśnie dlatego dobroduszny święty z moich wspomnień jest wysoki, chudy i nosi wyjątkowo niechlujny płaszcz z czerwonego materiału, obwiedzionego szarą lamówką.

Od tego momentu moje dzieciństwo nabrało tempa i kolorów. Nie ukrywam, że przede wszystkim dlatego, że byłam systematycznie zasypywana zabawkami, którymi Filip uwielbiał się bawić tak samo, a może nawet bardziej, niż ja. Szczególnie przepadał za klockami lego, puzzlami i grami planszowymi, więc gdy tylko trochę podrosłam, zaczęłam opowiadać historie przy pomocy kolorowych kwadratów i prostokątów. Dużo też malowałam, rysowałam i lepiłam. Najszczęśliwsza czułam się w sali baletowej, w której mama prowadziła zajęcia, bo mogłam siedzieć w kącie z kartką papieru i pudełkiem kredek, oddając się swojej manii, oraz w niemożebnie zagraconej pracowni wujka Filipa, gdzie zmieniałam się w natchnionego konstruktora. Natura nie obdarowała mnie, niestety, zdolnościami manualnymi, ale niedostatki talentu uzupełniła zaangażowaniem i oślim uporem. Wkrótce zresztą, na szczęście dla potencjalnych odbiorców mojej sztuki, poznałam moc muzyki i plastyczne szaleństwa szybko odeszły w niepamięć.

Zostałam zapisana do szkoły muzycznej, co nikogo specjalnie nie zdziwiło. Mama od lat obracała się w kręgu muzyków i tancerzy, było więc naturalne, że chce swoimi pasjami zarazić córkę. Zaczęłam więc dodatkowo – co jeszcze bardziej oczywiste, biorąc pod uwagę uwielbienie, jakim od najmłodszych lat darzyłam salę baletową – tańczyć i śpiewać w zespole. Krótko mówiąc, zamieszkałam wśród dźwięków i przez jakiś czas byłam naprawdę szczęśliwa. Do czasu. Pewnego dnia ponownie doszedł do głosu, niczym grecka Nemezis, wrodzony upór, odziedziczony po przodkach-marynarzach i rzeczy, które kiedyś wydawały mi się piękne i właściwe, nagle straciły cały urok. W domu wybuchały awantury, bo przestałam ćwiczyć grę na pianinie i niechętnie zaglądałam do szkolnych zeszytów. Stałam się krnąbrną, zamkniętą w sobie dziewczynką, która nie lubi ludzi i najchętniej spędza czas na szafie w pokoju babci, gdzie ma święty spokój i kilka pająków do towarzystwa. Gdyby nie Filip, prawdopodobnie kompletnie bym zdziczała, mimo usilnych starań rodziny i nauczycieli, próbujących obudzić mnie z przedłużającego się letargu. Wujek i tym razem mnie nie zawiódł. Przyszedł którejś niedzieli z pięknym, zamykanym na kłódkę pamiętnikiem, pachnącym perfumami, i oświadczył, że skoro nie wystarczają mi już klocki lego, ani nawet utwory Bacha, powinnam zacząć używać słów. Wzruszyłam ramionami – jego pomysł wydał mi się absurdalny – i schowałam zeszyt do szuflady ze skarpetkami; nie zamierzałam go używać, ale nie chciałam też zrobić przykrości przyjacielowi. Dopiero w nocy, gdy goście już poszli, a rodzina przygotowywała się do snu, wymknęłam się łóżka, łamiąc wcześniejsze postanowienie, i przy świetle latarki wyjęłam dziwny prezent ze skrytki. Był taki… dziewczyński. Różowy. Miękki. Nie pasował do mnie. Na okładce kobieta w zwiewnej sukni tańczyła na łące z koszykiem w objęciach; była bardzo ładna i zupełnie nierealna. Towarzyszył jej pies, kudłaty wilczur. Z pobliskiej jabłonki sypały się jabłka, a po niebie pełzały tłuste obłoki.
Otworzyłam pamiętnik i zaczęłam pisać, manewrując latarką tak, żeby plama światła nie zwróciła niczyjej uwagi:

Mam kanarka. Kanarek ma na imię Kiwi.

To były pierwsze słowa, jakie mi przyszły do głowy.

*

Prawdziwy początek końca zaczął się wtedy, gdy Filip oznajmił mamie, że rzuca pracę fotografa i zmienia branżę: postanowił zatrudnić się w firmie handlującej książkami historycznymi.
– Skoro uważasz, że to dobry pomysł… – Mama była sceptyczna, ale postanowiła się nie wtrącać. Do wujka nie docierały zresztą żadne rozsądne argumenty, zachowywał się tak, jakby wpadł w obsesję. – Chociaż na twoim miejscu dobrze bym to przemyślała i nie rzucała od razu pracy w Krzywej Wieży. Co będzie, jak nowy interes nie wypali?
– Musi wypalić. Zresztą powiedziałem już Gienkowi, że kończę ze zdjęciami i robótkami ręcznymi. Za mało mi płaci. Dopiero teraz będę bogaty, co nie, mała? – popatrzył na mnie, szukając aprobaty. Oderwałam się na chwilę od wertowanego właśnie podręcznika i dla świętego spokoju pokiwałam głową. Kwestie finansowe nie miały dla mnie wtedy większego znaczenia. Zależało mi tylko na tym, żeby dostać od czasu do czasu pieniądze na jakąś książkę, no i oczywiście potrzebowałam funduszy na wyprawy w Tatry, bo w czasach licealnych byłam pasjonatką wysokogórskich wędrówek. Mama zwykle mówiła tuż przed wakacjami, że w tym roku chyba nie damy rady wyrwać w góry, nie mamy za co, trzeba oszczędzać, ale ja dobrze wiedziałam, że chociażby się niebo waliło, w sierpniu wsiądziemy w pociąg i pojedziemy do Bukowiny. To był jeden ze stałych punktów na moim horyzoncie. Wkrótce przekonałam się na własnej skórze, że coś takiego jak „stały punkt” w ogóle nie istnieje.

Książkowe interesy Filipa, o dziwo, rozwijały się całkiem dobrze, ale niestety przyplątały się problemy innego rodzaju. Otóż wujek wynajmował mieszkanie w kamienicy, wchodzącej w skład zabytkowego kompleksu kolegium jezuickiego i miasto uznało, po wielu latach ignorowania problemu, że życzy sobie lokum natychmiast odzyskać. Na przeszkodzie stał niewygodny, żeby nie użyć słowa „upierdliwy”, lokator, który kręcił nosem na wszystkie oferowane mu mieszkania zastępcze. Był uparty. Tutaj mieszkała jego babcia i mama, tutaj umarły, tutaj on sam mieszkał przez całe swoje życie, więc trudno mu było rozstać się z domem, który tak wiele dla niego znaczył. Oczywiście już wcześniej zdarzało mu się opuszczać na dłużej kamienicę przy ulicy Łaziennej. Wiedział jednak, że ma dokąd wrócić i ta myśl pomagała mu przetrwać najgorsze chwile.

Tym razem miało być inaczej, o żadnych powrotach nie było mowy – walka z urzędnikami nie miała sensu. Filip zrozumiał, że naprawdę musi się wyprowadzić, więc spakował książki – a miał ich bardzo dużo, jeszcze po mamie, sam zresztą też nigdy nie żałował pieniędzy na literaturę – i inne rzeczy, przetransportował wszystko do magazynu, a sam przeniósł się do Adama. Jestem ciekawa, czy te pakunki stoją w magazynie po dziś dzień, czy zostały rozprzedane lub zniszczone, bo z tego co się orientuję, Filip nigdy ich stamtąd nie odebrał. Mamie powiedział, że szykuje się do wynajęcia jakiegoś niedużego mieszkanka i cały wolny czas spędza na poszukiwaniach, sądzę jednak, że już wtedy, zdruzgotany utratą stabilizacji, na złość sobie i całemu światu, postanowił na zawsze opuścić Toruń. Coś w nim pękło. W dalszym ciągu grał niefrasobliwego „wiecznego chłopca”, ale w środku ziała już pustka, której nie dało się niczym zapełnić.

Wyjechał na początku grudnia, tuż po moich urodzinach. Firma, w której pracował, potrzebowała przedstawiciela handlowego na Śląsku, zgłosił więc swoją kandydaturę i pewnego dnia wsiadł do pociągu i pojechał do Katowic. Nie miał tam żadnych znajomych, żadnych kontaktów, nic. Ze sobą wziął tylko jeden plecak, podkreślając tymczasowość eskapady, która z „dwóch, najwyżej trzech miesięcy, wrócę, zanim zdążycie się stęsknić” zmieniła się w dożywotnie wygnanie. Niewiele opowiadał o tych pierwszych miesiącach spędzonych w nowym miejscu, wiem tylko tyle, że przez pewien czas mieszkał w hotelu robotniczym. Pewnie było mu ciężko. Mimo to, zawsze pamiętał o mojej mamie i o mnie, dzwonił, wpadał na święta, interesował się, co u nas słychać i czy się dobrze miewamy. My natomiast interesowałyśmy się nim coraz mniej: stał się dla nas zjawiskiem kuriozalnym, eksponatem w muzeum osobliwości, przede wszystkim zaś – odległym wspomnieniem. To chyba wtedy, jeszcze przed maturą, nauczyłam się mówić o wujku z pobłażaniem, jakby był moim młodszym bratem, a nie opiekunem. „Och, on sobie nigdy nie potrafił znaleźć miejsca, to takie duże dziecko”, twierdziłam, naśladując babcię, która od początku trochę Filipowi matkowała, a trochę nim pogardzała. „Uroczy jest, nie powiem, świetnie się z nim rozmawia, ale…” – tego „ale” z miesiąca na miesiąc pojawiało się coraz więcej. I tak oto runął autorytet, natomiast do głosu doszła podświadomość, podsuwająca mi pomysły na kolejne fabuły.
– Cierpisz na kompleks Włóczykija – oświadczył mój dobry znajomy po przeczytaniu jednego z opowiadań. Siedzieliśmy w moim ulubionym pubie, w Niebie, i sączyliśmy grzane piwo z wirującymi w środku goździkami. Cały czas byłam trochę otumaniona, bo dopiero dzień wcześniej skończyłam pisanie i jeszcze nie zdążyłam ochłonąć. Myślałam o bohaterze, którego wymyśliłam, o Krystieńce, i po raz pierwszy przyszło mi do głowy, że może ma on coś wspólnego z wujkiem Filipem.
Określenie: kompleks Włóczykija niezwykle przypadło mi do gustu. Trafiało w dziesiątkę. O czymkolwiek bym nie pisała, zawsze prędzej czy później „wpadał” mi pod długopis ktoś, kto przypominał bajkowego Włóczykija, jakiś zagubiony w codzienności duch, nie potrafiący znaleźć dla siebie miejsca. Człowiek liminalny, wędrujący między światami. Zauważany tylko przez tych, którzy naprawdę tego potrzebują lub nie potrafią odwrócić wzroku.
– Jesteś genialny! – Rzuciłam się na przyjaciela i ucałowałam go w oba policzki, chociaż biedak nie miał zielonego pojęcia, czym sobie na to zasłużył. Z jego oczu wyczytałam konsternację. Nie zamierzałam jej rozwiewać. – A teraz postaw mi jeszcze jedno piwo, bo muszę pomyśleć!

Efektem rozmyślań była intryga mająca doprowadzić mnie do celu, czyli do Katowic. Oczywiście nietrudno było się tam dostać, wystarczyło kupić bilet i pojechać na dworzec, ja jednak potrzebowałam czegoś więcej – potrzebowałam pretekstu. Kontakty z Filipem od lat ograniczały się do rozmów telefonicznych, coraz bardziej ogólnikowych i krępujących, nie mogłam więc tak po prostu pojawić się na progu jego mieszkania. Nie wypadało. Byłam zbyt tchórzliwa, żeby postąpić w tak prosty i bezpośredni sposób.

W końcu znalazłam doskonały pretekst i skonstruowałam bufor bezpieczeństwa, w cieniu którego mogłam się ukryć. Udało mi się namówić mamę na wspominkowy wyjazd w góry. Nie jeździłyśmy do Bukowiny od lat, bo każda z nas miała już własne plany wakacyjne, środki przeznaczone na ten cel i własne grono znajomych, tym razem jednak postanowiłyśmy zrobić wyjątek i wrócić do dawnych zwyczajów. Dołączyła do nas przyjaciółka mamy, ciotka Ewa, i jej córka, młodsza ode mnie o cztery lata Dagmara. Mimochodem wspomniałam, że mogłybyśmy zahaczyć o Katowice, skoro i tak jedziemy samochodem, „dawno nie rozmawiałyśmy z Filipem, mamo, powinnyśmy sprawdzić, czy jeszcze żyje!”. Zgodziła się bez większych protestów, też miała wyrzuty sumienia z powodu zaniedbania starej przyjaźni, martwiła się tylko, co na to wszystko powie ciotka Ewa. Okazało się, że martwiła się niepotrzebnie, bo ciotka od dawna marzyła o zwiedzeniu katowickiej Ikei i nie miała nic przeciwko dłuższemu przystankowi na Śląsku.

Wtedy zobaczyłam wujka Filipa po raz ostatni… a przynajmniej taka jest wersja oficjalna, bo dalej nie wiem, czy niedawne spotkanie w pubie Pod Aniołem rzeczywiście doszło do skutku. Wtedy, w Katowicach, uderzyło mnie, jak bardzo Filip się zestarzał. Z daleka wyglądał tak samo, jak kiedyś, jego rozwichrzona fryzura i nastroszone, jasne brwi w ogóle się nie zmieniły, natomiast twarz wydała mi się twarzą zupełnie obcego człowieka. To dziwne wrażenie obcości trwało przez dobrych kilkanaście minut. Dopiero, gdy się uśmiechnął, a jego niebieskie oczy niemal zniknęły wśród kurzych łapek, zły czar prysnął, a rozmowa popłynęła o wiele swobodniej. Nie do końca jednak, bo na całkowitą szczerość się nie odważyłam – ani razu nie poruszyłam tematów związanych z literaturą. Nie wiedziałam, o co zapytać ani co powinno zostać wyjaśnione, zaprzepaściłam więc – a przynajmniej tak mi się wtedy wydawało – jedyną szansę na zrozumienie najbardziej zagadkowego człowieka, jaki stanął na mojej drodze.

Z katowickiej wizyty zapamiętałam przede wszystkim obraz wiszący na ścianie. Był niesamowity. Podobno namalowała go młoda malarka, podczas jednej z imprez odbywających się regularnie w Piwnicy Pod Aniołem. Wujek mówił, że tworzyła jak w transie – do znajomych odezwała się dopiero wtedy, gdy portret został skończony. Wyobraziłam sobie tę scenę bardzo plastycznie: widziałam gotyckie sklepienia piwnicy, stare kanapy i krzesła, słyszałam bluesową melodię sączącą się z głośników, czułam zapach dymu i kurzu. Na jednej z kanap, założywszy nogę na nogę, siedział Filip, młodszy o dobrych kilkanaście lat, i bawił się pustą szklanką po drinku, który przed chwilą wypił jednym haustem. Dziewczyna siedziała nieco z boku i nie włączała się do dyskusji. Wyglądała dziko; nie zwracała uwagi na włosy, które zasłaniały jej pół twarzy, nawet nie próbowała ich odgarnąć; nie spuszczała Filipa z oczu. Malowała. Wujek z portretu unosi się pod wodą, jego czupryna jest pełna wodorostów, wąsy, nastroszone o wiele bardziej niż w rzeczywistości, przypominają wąsy jakiegoś szlachcica z dawnych wieków. Koło ucha płynie malutka, srebrnoszara rybka. Kolory są pastelowe, miękko otulają kształty, sprawiając, że przedstawiona na obrazie postać nabiera głębi i wydaje się trójwymiarowa.
– No, Alutka, moja mała modernistko! Świetnie ci wyszło! – Śmieje się Adam i wyjmuje z rąk dziewczyny skończone już dzieło. Alicja nie protestuje. Dopiero teraz, po wszystkim, przeczesuje włosy palcami i zwija w ciasny węzeł na karku. Na jej twarzy maluje się ulga pomieszana z niepewnością. – Popatrz, Filip, już za życia zeżarły cię ryby…!
Śmiech miesza się z bluesem, a Pod Aniołem jak zwykle panoszy się wieczór. Jestem trochę tam, a trochę w katowickim mieszkaniu, do bólu prozaicznym i malutkim jak mesa na okręcie podwodnym. Bardzo chcę zdjąć portret ze ściany i zabrać go ze sobą do domu, ale wiem, że będę musiała zbyt wiele tłumaczyć, więc o nic nie proszę, tylko z udanym entuzjazmem wcinam żurek, ugotowany przez wujka specjalnie na naszą cześć.

Myślałam, że dobrze nad sobą panuję, nad gestami, mimiką, okazało się jednak, że jestem marną aktorką – wujek czytał ze mnie jak z książki . Gdy piszę te słowa, patrzę na obraz wiszący nad moim łóżkiem. Weszłam w jego posiadanie kilka dni temu, w bardzo dziwnych okolicznościach i za każdym razem, gdy zawieszam na nim wzrok, czuję niepokój, a „mrówki” wędrują wzdłuż mojego kręgosłupa, docierając aż do mózgu. Są przedmioty, które nie przynależą do żadnego ze światów, balansują jedynie na ich granicach. Przedmioty niebezpiecznie żywe, niebezpiecznie bliskie i właśnie z tych powodów – niebezpiecznie fascynujące. Portret wujka Filipa jest jednym z takich przedmiotów i sama nie wiem, czy dobrze zrobiłam, wyjmując go z kartonu. Wujek, gdy oświadczył, że niedługo przyjdzie do mnie paczka − prezent od niego, miał minę Puka, który zamierza spłatać ludziom nieprzyjemnego figla. Z drugiej jednak strony, nigdy świadomie nie naraziłby mnie na niebezpieczeństwo… Chciał tylko, żebym myślała po swojemu i wychodziła poza powszechnie obowiązujące schematy. Prawdopodobnie o wiele prędzej niż ja zrozumiał, kim dla mnie jest i jak wiele stracę, jeśli nagle zniknie – to dlatego pojawił się w te święta w Toruniu i pozwolił, żebym go zauważyła na ulicy.

*

Miasta bez rynków i bez ratusza stojącego w centralnym punkcie, sprawiają, że czuję się niepewnie, jakbym nagle straciła grunt pod nogami. Gubię się w czasoprzestrzeni. Brakuje mi osi wszechświata, axis mundi. Toruński ratusz, który wygląda jak domek ulepiony z piernika, darzę więc szczególnymi względami – jestem mu wdzięczna za to, że w ogóle istnieje i wskazuje mi drogę. Wiele czasu spędziłam w pobliżu jego korzeni, bo w piwnicach urządzono kilka pubów, z moim ulubionym Niebem na czele. Nie da się jednak ukryć, że królową podziemi była, jest i chyba na zawsze pozostanie legendarna Piwnica Pod Aniołem. Zajmuje najwięcej miejsca – ogrom tego lokalu może zwiedzającego zaskoczyć, a nawet przerazić – i kumuluje w sobie największe pokłady energii; niezwykły miks „średniowieczności” i młodopolskiego odurzenia. Przyznam się, że nigdy nie przepadałam za Aniołem, wolałam kameralne i bardziej przytulne knajpki, które rodziły się na starówce jak grzyby po deszczu i równie szybko odchodziły w zapomnienie. Anioł wydawał mi się zbyt wielki – nie przemawiały do mnie argumenty, że zawiera w sobie mnóstwo nisz i zakamarków – i zbyt… elitarny, żebym mogła się w nim poczuć jak u siebie w domu. To przecież tutaj przesiadywali przed laty znajomi Filipa: ludzie sztuki, kultury, dziennikarze, naukowcy i rozmaite „zagubione dusze” o artystycznych upodobaniach oraz wrodzonych skłonnościach do alkoholizmu. Przebywanie w tym samym miejscu, co oni, wydawało mi się niestosowne – powodowało czasowe zawirowania. Z niesmakiem przyglądałam się moim rówieśnikom, którzy, nie przejmując się legendami, rozsiadali się na kanapach i żłopali jedno piwo za drugim, zasnuwając lokal kokonem dymu. Ja nie byłam taka odważna. Uciekałam do Nieba, które znajdowało się w sąsiedniej piwnicy i nie było obarczone żadną przeszłością.

W drugi dzień świąt wybrałam się na koncert kolęd, bo miałam dosyć siedzenia w domu nad stołem uginającym się od przysmaków. Umówiłam się z koleżanką i przed siedemnastą obie uciekłyśmy z rodzinnych spotkań, żeby odpocząć w reprezentacyjnej sali ratusza. Występował chór przykościelny, którego nazwy nie zapamiętałam oraz zespół dziecięcy z domu kultury – oba zaprezentowały się bardzo dobrze, widownia była zadowolona i podśpiewywała kolędy wraz z nimi. Po imprezie planowałyśmy wyskok na małe piwo, ale zrezygnowałyśmy z tego pomysłu, bo Ewka odebrała tysiące telefonów z prośbami o natychmiastowy powrót – jej mali siostrzeńcy właśnie roznosili dom w drobne kawałki i potrzebna była dodatkowa para rąk do pomocy. Rozstałyśmy się przed pomnikiem Kopernika. Ona pomaszerowała Chełmińską w kierunku Placu Teatralnego, ja natomiast ruszyłam w drugą stronę, na Plac Rapackiego, skąd odjeżdżał mój autobus. Zamyślona wędrowałam Różaną, wzdłuż boku Kościoła Akademickiego, gdy nagle minął mnie mężczyzna w rozpiętej, mimo mrozu, kurtce i z rozwichrzoną czupryną jasnobrązowych włosów. Odruchowo się obejrzałam i wtedy dotarło do mnie, że facet lekko kuleje, a mimo to porusza się bardzo szybko i właśnie wkracza na kwadratową płachtę Starego Rynku. Zawróciłam. Nie mam pojęcia, co mną kierowało, ale pobiegłam w ślad za nim i obserwowałam, jak zatrzymuje się przed wejściem do Anioła, potem zaś powoli, uważając na chorą nogę, schodzi do piwnicy i znika w jej czeluściach.

Jesteś idiotką, powiedziałam do siebie i przez chwilę stałam w pobliżu pomnika, nie wiedząc, co ze sobą począć: wejść do pubu, czy biec na autobus, który miał przyjechać dosłownie za parę minut. Przypomniało mi się, że w Wigilię dzwonił do mnie wujek Filip, ale nie zdążyłam dobiec do telefonu, a potem, w ferworze kuchennych zmagań, zupełnie zapomniałam oddzwonić. Teraz poczułam z tego powodu wyrzuty sumienia.

Zbiegłam po schodach i momentalnie ogarnął mnie zapach papierosów: dym drapał w gardle i wpełzał do oczu, zniekształcając obraz. Przez chwilę nie widziałam kompletnie nic. Dopiero po minucie, może dwóch, wszystkie elementy wróciły na właściwe miejsce i zorientowałam się, że pub, mimo świąt a może właśnie z ich powodu, jest pełny ludzi, którzy w najlepsze dyskutują i raczą się alkoholem. Podeszłam do baru i zamówiłam piwo, cały czas rozglądając się w poszukiwaniu znajomego mężczyzny – nigdzie nie mogłam go dostrzec. Z głośników, zamiast kolęd, płynął jazz, który przywodził na myśl Ala Capone i gangsterskie lata trzydzieste. Usiadłam przy jednym ze stołów, zdecydowanie zbyt wielkim jak na jedną osobę, i pomyślałam, że coś ze mną nie tak, skoro siedzę samotnie w knajpie, zamiast spędzać czas z rodziną i przyjaciółmi. Wyjęłam z torebki telefon i już chciałam zadzwonić do Filipa, żeby go przeprosić za brak odzewu w Wigilię, gdy mój wzrok zahaczył o towarzystwo siedzące pod przeciwległą ścianą. Komórka wysunęła mi się z dłoni.

Są różni pisarze: jedni widzą obrazami, inni przede wszystkim słowami. Moja wyobraźnia nie jest wyobraźnią wizualną, tylko czasami potrafię „zobaczyć” sceny, które piszę lub zamierzam napisać. Przykładem wizja z katowickiego mieszkania Filipa, ta z portretem w roli głównej. Takie momenty „głębszego widzenia” zawsze mnie zaskakiwały i do tej pory niezbyt dobrze sobie z nimi radzę – słowa wydają mi się rozwiązaniem o wiele bezpieczniejszym. Nic więc dziwnego, że to, co zobaczyłam w Piwnicy Pod Aniołem, bardzo mnie przeraziło, miałam ochotę krzyczeć lub po prostu uciec z piwnicy i zniknąć na Szerokiej wśród tłumu spacerowiczów. Niestety, nie byłam w stanie się ruszyć. Siedziałam więc przy monstrualnie wielkiej, drewnianej ławie i patrzyłam na bohaterów mojego opowiadania, którzy pili grzańce i rozmawiali o jakimś filmie. Nina była drobniejsza, niż myślałam i przypominała kruchą ozdobę choinkową; w jej uszach pobłyskiwały wielkie, srebrzyste koła. Jurij natomiast śmiał się tak głośno i zaraźliwie, że gdyby nie szok, prawdopodobnie też bym się do niego uśmiechnęła. Cezar ukrył się w półcieniu, więc widziałam tylko kształt jego sylwetki rysujący się na ścianie oraz palce wybijające na kuflu rytm jazzowej melodii.
– Dobrze, że zrezygnowałaś z pisania o elfach. – Usłyszałam tuż obok znajomy głos. – I jakoś nigdy nie miałaś serca do wymyślania horrorów. Wyobraź sobie, co by było, gdyby dosiadł się do nas jakiś zombiak albo mumia Ramzesa…

Wujek siedział naprzeciwko mnie i uśmiechał się złośliwie. W jednej chwili świeca, która do tej pory stała niezauważona na blacie, zapłonęła żywym ogniem. Światło zrobiło się cieplejsze i trochę bardziej pastelowe.
Przetarłam oczy, a potem odwróciłam się razem z krzesłem – miałam teraz widok na całą salę. Co chwila rozpoznawałam któregoś z gości: dziewczyna z rudymi włosami była tylko epizodem, ale na przykład tamten jegomość w okularach miał się stać głównym bohaterem noweli, tylko nigdy nie miałam dość odwagi, żeby go zwerbalizować. Wyglądali tak naturalnie, tak ludzko! Przemknęło mi przez głowę, że jeszcze trochę i uwierzę, że są prawdziwi… wszyscy z wyjątkiem mnie i wujka Filipa, który spokojnie palił papierosa, strząsając popiół na ziemię.
– Tak, są wszędzie – powiedział. – A przynajmniej ty ich wszędzie widzisz. Prawda, że to niezwykła piwnica? Szkoda, że tak rzadko tu bywasz.
Postanowiłam wziąć się w garść i popatrzyłam Filipowi prosto w oczy. Trudno było wytrzymać jego spojrzenie. Jak byłam mała, wielokrotnie graliśmy w „kto pierwszy odwróci wzrok” i zawsze przegrywałam, bo prędzej czy później zaciskałam powieki, żeby łzy nie pociekły mi po policzkach.
– Kiedy przyjechałeś? – zapytałam jakby nigdy nic. – Trzeba było uprzedzić, wyszłabym na dworzec.
– Przecież nie odbierasz moich telefonów. Poza tym mam samochód, przyjechałbym samochodem.
– Przyjechałbyś…? – Uniosłam brwi do góry. Wtedy jeszcze nie docierało do mnie, co naprawdę słyszę, byłam pewna, że to tylko przejęzyczenie.
– Aha. Nie sądziłem, że po tylu latach od egzaminu wsiądę jeszcze za kółko, ale musiałem, bo jazda autobusami zajmowała zbyt wiele czasu. Nie przyglądaj im się tak ostentacyjnie – dodał z pobłażaniem, zmieniając temat. – W końcu ktoś się zdenerwuje i wezwie policję.
Burknęłam pod nosem jakiś wulgaryzm, ale posłuchałam rady i od tej chwili siedziałam już spokojnie, trochę nawet zbyt spokojnie i sztywno, jakbym połknęła kij od miotły. Do baru podszedł właśnie Piotrowski – ten doktor-alkoholik, którego wymyśliłam na potrzeby ostatniego tekstu, wzorując się na naukowcu z mojego dawnego wydziału. Kiedyś musiał być bardzo przystojny, ale intensywne korzystanie z uroków życia zmieniło jego twarz w maskę błazna. Zamówił całą butelkę wódki i wrócił do stolika, przy którym urzędował z jakąś mocno wypacykowaną panienką.
– Wiesz, że wcześniej nie miałem o tym wszystkim pojęcia? – Wujek wyciągnął w moim kierunku paczkę papierosów, chociaż doskonale wiedział, że nie palę. Potrząsnęłam głową. – Opowiadałem ci o Alicji, malarce, tej, która namalowała portret? Ona wiedziała od początku, to dlatego tak dziwnie się tutaj zachowywała. Mieliśmy ją za wariatkę… uroczą, ale jednak wariatkę. Umarła kilka lat temu na raka płuc. Pewnie byś ją polubiła.
– Nie wątpię – odparłam z przekąsem. – A teraz mógłbyś mi powiedzieć, co się tu w ogóle dzieje? Znowu mnie w coś wkręcasz? Ja już nie mam dziesięciu lat, wujku. Nie bawią mnie takie żarty.
– Żarty? A kto mówi o żartach? Zastanów się lepiej, kogo tu jeszcze nie widziałaś… – Machnął ręką. – A wracając do Alicji… niedługo dostaniesz paczkę, mam nadzieję, że prezent ci się spodoba. Zawsze lubiłaś prezenty, prawda? – Nagle wstał i sięgnął po kurtkę. Miałam ochotę go uderzyć, a potem mocno się do niego przytulić. Nie zrobiłam ani jednego, ani drugiego.
– Zostań i wypij ze mną piwo – mruknęłam pojednawczo. Czułam, że jeżeli teraz sobie pójdzie, wszystko się zmieni, a od dziecka śmiertelnie bałam się zmian. – Strasznie dawno się nie widzieliśmy! Chcesz już iść? Dopiero siódma. Świnia z ciebie, że nie odezwałeś się do mamy, na pewno by się ucieszyła…
Omotał szyję szalikiem w kratkę i, swoim zwyczajem, włożył ręce do kieszeni. Pomyślałam, że z czymś mi się te gesty kojarzą, że to jakieś deja vu, ale nie zdołałam dojść do żadnego sensownego wniosku.
– Pozdrów ją ode mnie – powiedział, a moja myśl urwała się w pół słowa i umknęła z dymem. – Trzymaj się ciepło, mała. Nie nadużywaj Anioła, bo możesz tu utknąć na zawsze! Do zobaczenia. – Wspiął się po schodach i zniknął, a ja nie zdążyłam go nawet zapytać, dlaczego kuleje.

*

Kilka dni później dostałam obraz i dowiedziałam się od wujka Adama, że Filip zaginął. W pobliżu rzeki znaleziono samochód, ale jego samego tam nie było, rozpłynął się w powietrzu. Nie przychodził do pracy i nie pojawiał się w katowickim mieszkaniu, które wyglądało tak, jakby jego właściciel wyszedł tylko na chwilę, po gazety do kiosku albo po świeże bułki. Wahałam się, czy powiedzieć mamie o spotkaniu w Piwnicy Pod Aniołem, ale zrezygnowałam, bo na pewno by mi nie uwierzyła. Gdy zobaczyła obraz, stwierdziła, że Filip znowu wymyślił coś głupiego lub wpadł w kłopoty. Wróci dopiero jak wytrzeźwieje i straci wszystkie pieniądze, czyli za tydzień, za miesiąc, a może nawet za rok. Wcześniej zdarzały mu się przecież podobne wyskoki.
Nie podzielam jej zdania. Jestem całkowicie pewna, że wujek już do nas nie wróci… o ile w ogóle kiedykolwiek istniał. Znalazł jakieś tajne przejście, lukę, wypowiedział zaklęcie lub odtańczył rytualny taniec i przeniósł się do świata, do którego nie mamy dostępu. Obserwuje nas teraz za pośrednictwem portretu, a mała srebrna rybka bez przerwy łaskocze go w ucho – pewnie dlatego obraz, który wisi nad moim łóżkiem, jest mi tak boleśnie bliski.

To nie przypadek, że kończę swoje zapiski właśnie pod Aniołem, przy tej samej monstrualnie wielkiej ławie i przy świeczce, która za chwilę zgaśnie. Filip powiedział „zastanów się, kogo tutaj jeszcze nie widziałaś” i chyba znam już odpowiedź na to pytanie. Dałam się nabrać, bo nosi wiele imion: jest Włóczykijem, Krystieńką, wędrownym muzykiem, Odyseuszem albo muezinem nawołującym wiernych do modlitwy. Bawi się nożami, wsłuchuje się we własne ciało, płonie, prosi o deszcz i sprowadza na manowce, ratując mnie przed grozą krótkiej i wygodnej drogi prowadzącej prosto do celu. Jest bardziej prawdziwy od wszystkiego, co do tej pory napisałam i co kiedykolwiek napiszę, a jeśli przestanę pisać w ogóle… cóż, najprawdopodobniej nawet wtedy nie będzie miał dosyć siły, żeby mnie opuścić na zawsze.

Chciałam na koniec zacytować Fausta, ale chyba zrezygnuję z tego pomysłu i po prostu zdmuchnę świeczkę, żeby się dłużej nie męczyła. Patrzę w lustro: w moich uszach skrzą się ogromne, srebrne koła; wyglądam w nich jak Cyganka. Grzane piwo całkowicie wystygło, wirują w nich jeszcze ostatnie goździki, których trochę się boję, bo kiedyś prawie się jednym udławiłam. Blues szumi mi w uszach. Wiem, że gdy zacisnę powieki, zobaczę potargane włosy i bardzo niebieskie oczy, które niemal całkowicie nikną wśród kurzych łapek – właśnie tak wyobrażam sobie oczy kapitana okrętu, który zbyt długo wpatrywał się w morze.
– Dosyć tego dobrego, idziemy do domu – szepczę do siebie, a potem okręcam szyję szalikiem w kratkę, wpycham ręce do kieszeni i wychodzę na mróz.





Styczeń 2010


Ostatnio zmieniony przez Hekate dnia Nie 23:37, 10 Sty 2010, w całości zmieniany 12 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Kira
kryształkowa dama



Dołączył: 01 Wrz 2005
Posty: 3486
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: Z <lol>andii ;)

PostWysłany: Nie 19:52, 03 Sty 2010    Temat postu:

No więc...

Rozpisywać się nie będę, bo i co konstruktywnego mogłabym napisać? Jak zwykle mnie nie zawiodłaś, Hekate. Tekst jest bardzo klimatyczny! I szalenie autobiograficzny, prawda? Nie wiem do jakiego stopnia, więc go nie będę analizować pod tym kątem, ale rzec muszę, że jeśli Filip jest postacią autentyczną, to ja Ci absolutnie zazdroszczę, że miałaś okazję poznać kogoś takiego. A takich knajp jak Niebo czy Piwnica Pod Aniołem zacznę chyba sama szukać - chociaż obawiam się, że znalezienie ich odpowiedników w proletariackiej Łodzi graniczy z cudem :/

Znalazłam dwa błędy:

Cytat:
naśladując babcie
- babcię

Cytat:
– Dosyć tego dobrego, idziemy do domy
- domu ^^

Badziewny ten komentarz, ale to u mnie normalka. Grunt, to przekaz - podobało mi się! Smile
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Hekate
szefowa



Dołączył: 01 Wrz 2005
Posty: 5680
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: Toruń

PostWysłany: Nie 19:58, 03 Sty 2010    Temat postu:

Gdzie tam, badziewny! Kiruś, nie doceniasz swoich komentarzy Smile Zawsze wynajdujesz w moich tekstach Obrzydliwe Małe i Wkurzające Błędy, zawsze powiesz coś tak po prostu, od siebie. I straszliwie mnie cieszy, że czytasz to, co napiszę.

O autobiograficzności nie będę się wypowiadać, bo literatura to literatura, prawda?

A knajpy mocno mitologizuję. Jestem piewczynią knajp. Magiczne przestrzenie to podstawa mojej egzystencji!
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Noelle
robalique



Dołączył: 01 Wrz 2005
Posty: 2024
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/5

PostWysłany: Nie 20:14, 03 Sty 2010    Temat postu:

Też miałam wrażenie autobiografizmu. Czy to dlatego, że akcja znowu toczy się w Toruniu Wink,ty musisz wielbić to miasto, że wspomina się Krystieńkę. Ale to może być podstęp, w pisaniu zawsze daje się coś ze środka i coś z zewnątrz.

Dziś tonacja spokojna i bardzo twój "płynący" styl. Jakaś zaplątana relacja międzyludzka(a są jakieś niezaplątane?) Literówkami może zajmie się ktoś bardziej uważny. (U mnie to za dużo błędów, by wymieniać Cool)
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Natalia Lupin
lunatyczka gondorska



Dołączył: 01 Wrz 2005
Posty: 3952
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: Minas Tirith

PostWysłany: Nie 20:44, 03 Sty 2010    Temat postu:

O Jezu. Hekate, o Jezu.
/idzie ochłonąć/

EDIT: Jestem oficjalnie ochłonięta. Ale to było... o matko. Naprawdę.
Hek, nie wiem, co to jest: czy autobiograficzne, czy nie, czy pomieszane, ale jest tak pełne serca i wydaje się tak szczere, że po prostu... Naprawdę, tekst zrobił na mnie ogromne wrażenia. Jeszcze długo się nie otrząsnę.


Ostatnio zmieniony przez Natalia Lupin dnia Pon 9:59, 04 Sty 2010, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Wyświetl posty z ostatnich:   
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum Lunatyczne forum Strona Główna -> Klub Pojedynków Wszystkie czasy w strefie EET (Europa)
Strona 1 z 1

 
Skocz do:  
Możesz pisać nowe tematy
Możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach


fora.pl - załóż własne forum dyskusyjne za darmo
Powered by phpBB © 2001, 2005 phpBB Group

Theme xand created by spleen & Emule.
Regulamin