Forum Lunatyczne forum Strona Główna
 FAQ   Szukaj   Użytkownicy   Grupy    Galerie   Rejestracja   Profil   Zaloguj się, by sprawdzić wiadomości   Zaloguj 

Kompleks Raskolnikowa [NZ, HP, aktualizacja: 13.05.2012]
Idź do strony Poprzedni  1, 2, 3, 4, 5, 6, 7, 8  Następny
 
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum Lunatyczne forum Strona Główna -> Archiwum literackie / Fanfiki
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Hekate
szefowa



Dołączył: 01 Wrz 2005
Posty: 5680
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: Toruń

PostWysłany: Czw 14:03, 09 Paź 2008    Temat postu:

Cytat:
Cóż, lubię slash, ale związek Remusa i Juli mnie zaintrygował, chociaż z opowiadania jasno wynika, że pan Lupin woli… No właśnie… woli Rudolfa? Chyba nawet nie, on goni za czymś, ale chyba sam do końca nie wiem, za czym, a Rudolf uosabia cień tego czegoś. Ale tworzę, doprawdy…


Bardzo dobrze tworzysz. Więcej tworzywa dla społeczeństwa! Wink

Cytat:
Powiem szczerze, że coraz częściej zastanawiam się nad tym, aby poczekać aż skończysz i wtedy na spokojnie przeczytać całość, bo wydaje mi się, że „Kompleks…” najlepiej smakowałby w jednym kawałku. Duuuużym kawałku.

Nie rób mi tego, błagam! Ja wiem, że fajniej od razu przeczytać całość, ale cholernie trudno skończyć wieloodcinkowca, jeżeli się wie, że nikt nie czeka na ciąg dalszy.
Zresztą sama na pewno zdajesz sobie z tego sprawę.
Więc uznaję, że to groźba bez pokrycia, prawdaaaaaa? <oczy spaniela>

Właśnie piszę ciąg dalszy. Mam fazę. Problem w tym, że powinnam się zastanawiać nad pracą magisterską, a nie nad jakimś remdolfem...ech...


Ostatnio zmieniony przez Hekate dnia Czw 14:04, 09 Paź 2008, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Black Lights
wilczek kremowy



Dołączył: 25 Wrz 2008
Posty: 27
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/5

PostWysłany: Czw 15:13, 09 Paź 2008    Temat postu:

Opowiadanie ma naprawdę kapitalny klimat. Przede wszystkim oddałaś prawdziwy stan wojenny ( te wszystkie zakazy spotkań większej liczy ludzi i zamykanie barów) Szkoda, że szanowna pani Rowling nie podeszła tak poważnie do tego tematu ( powinna przeczytać twoje opowiadanie)

Poza tym podoba mi się „twój” Rudolf. W kanonie nigdy na niego nie zawracam uwagi (może dlatego, że prawie go tam nie ma) Chyba przez to odczytywałam go, jako faceta, który stoi w cieniu żony. Twój Rudolf jest jednak fantastyczny! Ma ten arystokratyczny urok i sarkazm.

Sprawiłaś mi wielką frajdę pisząc o rodzinie Remusa. Przyznaję, że zawsze mnie to ciekawiło. W kanonie nie ma jednak zbyt wiele jego rodzicach (wielka szkoda) Ty jednak uzupełniłaś brakujące ogniwo. Ojciec artysta? Fenomenalnie! (w końcu po kimś musiał odziedziczyć kreatywność i wrażliwość na sztukę)

Czekam na z niecierpliwieniem na ciąg dalszy!


PS: Daniel jest świetny. Wprowadza do historii wiele humoru. Mam nadzieję, że będziesz kontynuować jego wątek.

Pozdrawiam!
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Hekate
szefowa



Dołączył: 01 Wrz 2005
Posty: 5680
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: Toruń

PostWysłany: Nie 14:25, 12 Paź 2008    Temat postu:

Ubijcie mnie, bo jestem bardzo zuym zuem! To, co dałoby się napisać w trzech zdaniach, ja rozciągam do dwudziestu stron. Zawodowa choroba polonistów! Wink W każdym razie na zakończenie drugiej części będziecie musieli jeszcze trochę poczekać.

Betowała Vianne.


*


Przez jedną, straszną chwilę Remus podejrzewał, że Lestrange prowadzi go prosto do jaskini lwa. Na szczęście minęli jednak pozornie niestrzeżone wejście do kwatery głównej Riddle’a i ruszyli dalej, lawirując między przechodniami. Na Nokturnie nie było takiego tłumu jak na Pokątnej – ponure legendy robiły swoje – ale i tak kręciło się tu o wiele więcej osób niż zazwyczaj. Zniknęły za to wszystkie stragany. Najwidoczniej Riddle uznał, że na „jego” ulicy obowiązuje całkowity zakaz handlu.

Zatrzymali się dopiero przy kamienicy narożnej, jednej z tych szarych, niepozornych kamienic, które błagają o generalny remont i wspominają odległe czasy świetności. Okna były ciemne, w żadnym nie wisiały firanki, a na parapetach nie stała ani jedna pelargonia. Nieprzyjemne wrażenie potęgowały gargulce, które obsiadły dach, łypiąc na przechodniów z ostentacyjną pogardą.

– Sympatyczny domek – zauważył Remus. – Podobno była tu kiedyś szulernia... a może nadal jest? – Spojrzał pytająco na Rudolfa.
– Nie ma – odparł tamten z udawanym smutkiem. – Jeszcze przed Voldemortem aurorzy zrobili nalot, zgarnęli przy tym niezłą sumkę, oczywiście jeśli wierzyć plotkom. Ponoć dowódca sekcji wybudował sobie potem willę z basenem gdzieś na południu Francji.
– No tak, uczciwość to pojęcie względne – parsknął Lupin. – Skoro nie ma tu szulerni, a ty nie zamierzasz mnie puścić z torbami, to po co tu właściwie przyszliśmy? Rozumiem, że „spektakl”, to taka metafora...
Rudolf szperał chwilę w kieszeniach. Wyciągnął zielonkawą kopertę i podał ją Remusowi.
– Źle rozumiesz. Przybyliśmy w to prześwietne miejsce, aby się ukulturalniać. Wchłaniać wyższą kulturę. Jednoczyć z narodem. Inaczej rzecz ujmując – odchamieć. Sam zresztą za moment zrozumiesz, co mam na myśli.

Nie zapukali, po prostu weszli. Zatrzymano ich dopiero w hallu – nagle, tuż przed nimi, zmaterializowało się dwóch, uzbrojonych w różdżki, śmierciożerców. Obaj byli ubrani w proste, czarne szaty, ozdobione Mrocznym Znakiem.
– Witam panów – powiedział starszy śmierciożerca, który z wyglądu przypominał lorda Byrona.
– Remus? – Rudolf znacząco zerknął na zieloną kopertę, której Lupin nie zdążył nawet obejrzeć.
Nieco zdezorientowany podał ją strażnikowi. Nie wiedział, o co w tym wszystkim może chodzić, i dlaczego, do diabła, Lestrange zadaje się ze śmierciożercami! Miał jak najgorsze przeczucia.
Strażnik otworzył kopertę i pokiwał głową.
– Wszystko się zgadza, panie Lestrange. Przypominam, że różdżki należy zostawić w szatni. Życzę miłej zabawy. – Wskazał schody prowadzące na dół.
Rudolf podziękował uprzejmie i pociągnął za sobą Remusa, którego na chwilę wmurowało w posadzkę. Schody, w przeciwieństwie do reszty kamienicy, były starannie utrzymane i aż lśniły od pasty do podłóg. Trzeba było bardzo uważać, żeby się nie poślizgnąć.
– Lestrange...
– Porozmawiamy, jak usiądziemy – przerwał mu Rudolf.

Minęli jakiegoś mężczyznę, który nie zwrócił na nich najmniejszej uwagi, potem dwie kobiety w jasnych sukienkach. Jedna z nich wydała się Remusowi znajoma, musiał spotkać ją w teatrze lub na przyjęciu u lorda Bredforda. A może całkiem gdzie indziej?

Kamienica z pewnością była obszerniejsza, niż mogłoby się wydawać – ktoś musiał rozszerzyć jej wnętrze za pomocą magii. Gdy zeszli, zobaczyli błyszczącą, drewnianą ladę, za którą uwijali się szatniarze; kurtki, różdżki, torebki, parasole – wszystko musiało zostać na zewnątrz. Zostawili więc swoje rzeczy, a potem, przeciskając się przez tłum elegancko ubranych gości, ruszyli w kierunku drzwi.

To, co się za nimi znajdowało, zapierało dech w piersiach.
Otumaniało lepiej niż szampan.
Było po prostu... niezwykłe.

Ktoś, kto dysponował ogromną mocą, przeniósł na Nokturn cały amfiteatr grecki, wraz ze wzgórzem i okolicznymi gajami oliwnymi. W oddali połyskiwało morze, a kwiaty pachniały tak intensywnie, że Remusowi zakręciło się w głowie. Śpiewały ptaki. Niebo czerwieniło się od zachodu słońca, zamiast żyrandola lśniła ogromna kula, tak dojrzała od blasku, jakby za moment miała rozprysnąć się na tysiące iskier. Nie było już obskurnej kamienicy, nie było nawet dwudziestego wieku, iluzja przenosiła widzów w czasy Sofoklesa.

A może to wcale nie była iluzja...?

Rudolf nie wyglądał na zaskoczonego. Trudno powiedzieć, czy był już wcześniej w tym miejscu, w każdym razie doskonale nad sobą panował i zachowywał się tak, jakby gaje oliwne rosnące w piwnicy były czymś oczywistym. Wymieniał ukłony ze znajomymi, od czasu do czasu rzucał kilka słów lub zatrzymywał się, żeby choć przez chwilę porozmawiać z zaprzyjaźnioną damą czy lordem. Cały czas się przy tym rozglądał. Remus pomyślał, że chyba szuka w tłumie konkretnej osoby, ale równie dobrze mógł przecież podziwiać dekoracje albo urodę młodych kobiet, ubranych jak greckie arystokratki. Nie byłoby w tym nic zaskakującego. Remus też patrzył na nie z zachwytem, przypominały antyczne posągi – wkrótce okazało się, że ich zadaniem jest wskazywanie gościom miejsc w amfiteatrze. Rudolf machnął zaproszeniem, a jedna z kariatyd zaczęła mu tłumaczyć, dokąd powinni się udać. Wkrótce okazało się, że ich miejsca są naprawdę doskonałe, usiedli w ostatnim rzędzie. Patrzyli na scenę z góry i widzieli każdy szczegół, a na dodatek za ich plecami rosły jakieś kwitnące krzewy, które pięknie pachniały. Wiatr znad morza orzeźwiał, szum fal był bardzo dobrze słyszalny.

I wtedy Remus zauważył pewien szczegół, który absolutnie nie pasował do antycznego klimatu; burzył iluzję. W głębi sceny stała dziewczyna, która trzymała w rękach czerwono–biało–zieloną, ogromną flagę, od czasu do czasu nią poruszając.

Nie była to flaga Grecji.

– Węgry? – zdziwił się. Miał do Rudolfa tyle pytań, że postanowił w ogóle ich nie zadawać. Węgry wypowiedziały się same, wbrew jego woli. I domagały się sensownego wyjaśnienia. – Dlaczego akurat Węgry?
– Cóż. Sztab Riddle’a nieźle zna się na geografii, ale niezbyt dobrze radzi sobie z wystrojem wnętrz. Amfiteatr ostał się po ostatnim spektaklu i paru ważniaków uznało, że koncerty z cyklu Przyjaźń Między Magicznymi Narodami powinny odbywać się właśnie tutaj – uwierz, Węgry, to jeszcze najmniejszy zgrzyt. O wiele ciekawiej było z Chinami. Sofokles dostałby zawału, gdyby zobaczył, co się wyrabiało na jego scenie... A i tak biedak musiał przeżyć szok, gdy zniknął amfiteatr – sam bym w to nie uwierzył na jego miejscu. I wypiłbym bardzo, bardzo dużo wina, żeby zapomnieć, co naprawdę widziałem...

Remus chciał coś powiedzieć, ale zrezygnował. Nie mieściło mu się w głowie, że patrzy na amfiteatr, w którym...

– Żartujesz – mruknął w końcu. – Żartujesz, prawda?
– Oczywiście. – Lestrange rozłożył program koncertu i zaczął go pilnie studiować. – A miałeś jakieś wątpliwości...?

Zamorduję go. Na Merlina, w końcu nie wytrzymam i zrobię mu krzywdę!

Ale oczywiście nie zrobił krzywdy Rudolfowi, zajrzał mu tylko przez ramię, żeby wreszcie dowiedzieć się, na jaki koncert przyszli. Domyślił się już, że chodzi o węgierskich artystów, ale nie umiał odgadnąć, czy tego wieczoru będzie się prezentować, na przykład, orkiestra symfoniczna, czy folklorystyczny zespół pieśni i tańca. Sądząc po stroju dziewczyny trzymającej flagę, folklor był o wiele bardziej prawdopodobny od muzyki poważnej. Z drugiej strony fortepian wskazywałby na jakiegoś wirtuoza-pianistę.

Gdy zerknął w program, zrozumiał, że jedno wcale nie wyklucza drugiego. Widocznie chodziło o to, żeby pokazać kulturę węgierską ze wszystkich możliwych stron.

– Ale miszmasz, brakuje tylko tresera dzikich zwierząt i zawodowego wywoływacza duchów – stwierdził Remus. W tym momencie miejsce obok niego zajął jasnowłosy mężczyzna ubrany na czarno. Spojrzenie jego i Lestrange’a skrzyżowało się na chwilę, ale nieznajomy bardzo szybko opuścił wzrok i zajął się wyciąganiem z kieszeni jakichś papierów.
– Myślę, że ten zespół folklorystyczny może być ciekawy. – Rudolf wskazał palcem odpowiedni punkt w programie. – Szanuję twórczość ludową, nawet, jeżeli jest opracowana scenicznie. Bo w tych dźwiękach wyczuwa się prawdę. To jest prawdziwe, Remus, żadnego udawania, po prostu czysta radość, absolutny smutek, seks i praca. Wystarczy nauczyć się pewnego kodu i wszystko staje się jasne... – zamyślił się. – Poza tym muzyka przeszywa do szpiku kości. Słyszałeś kiedyś węgierską muzykę?

Remus pokręcił głową. Miał raczej blade pojęcie o rodzimym folklorze, nie mówiąc już o węgierskim! Ludowość kojarzył przede wszystkim z romantyzmem i „Pieśniami Osjana”.

– To coś niesamowitego – ciągnął Rudolf, niezrażony milczeniem towarzysza. – Szczególnie cymbały. Mógłbym słuchać jednego czardasza za drugim do białego rana!

Nieznajomy blondyn poruszył się niespokojnie. Remus miał wrażenie, że przysłuchuje się ich rozmowie.

– Skąd to wszystko wiesz?
– Sporo podróżowałem. Obserwowałem. I wyciągałem wnioski.
– A te wnioski wiążą się jakoś z koncertami organizowanymi przez śmierciożerców? – Remusowi nie dawało to spokoju. – Możesz mi wyjaśnić, co wspólnego ma węgierski folklor z Tomem Riddle’em i jego poplecznikami?
– Nie zawsze możemy zaspokoić swoją ciekawość – uciął Lestrange. – Gdyby tak było, świat stałby się cholernie nudny, nie uważasz?
– Ja nic nie uważam. Po prostu poraża mnie absurd. Ludzie na zewnątrz są przerażeni i nie mają bladego pojęcia, co się dzieje, a my sobie siedzimy w greckim amfiteatrze i ignorujemy Zakaz Zgromadzeń. Założę się, że masz przepustkę. Masz, prawda? – Rudolf nie odpowiedział. – Nie pytam, skąd, i tak mi nie powiesz. Zresztą chyba znam odpowiedź.

Nagle w pobliżu sceny wybuchła wrzawa, rozległy się oklaski. Przez drzwi, które zawisły w powietrzu, wyszło kilku ludzi ubranych tak, jak strażnicy: w czarne, proste szaty, z wyhaftowanym Mrocznym Znakiem. Przez chwilę stali w pobliżu pierwszych rzędów, odpowiadając na pozdrowienia, a potem ruszyli w kierunku przygotowanych dla nich miejsc, znajdujących się mniej więcej w połowie amfiteatru. Towarzyszyły im dwie wyraźnie podekscytowane kariatydy i ochroniarze, którzy wprawdzie nie mieli różdżek, ale i tak wyglądali groźnie i z całą pewnością potrafiliby zmiażdżyć każdego, kto zagroziłby ich pracodawcom.

– Tylko mi nie mów, że na koncercie będzie sam Riddle – szepnął Remus. – Bo wyjdę. Nie chcę nawet patrzeć na tego dupka!
– Na twoim miejscu mówiłbym ciszej – odparł Lestrange. – Kto wie, jakie ustrojstwa są schowane w tych krzakach za nami. A podejrzewam, że nie chciałbyś po raz drugi trafić do aresztu. I nie, nie będzie tu Riddle’a – dodał, zanim Remus zdążył się odezwać. – Wyjechał i nie wróci przed końcem tygodnia. Ale ci tam, na dole, to też ważne persony. Zapewniam, każdy z nich z największą przyjemnością posłałby cię na szubienicę i nawet by przy tym nie mrugnął!

Remus odwrócił się, bo wydawało mu się, że jego sąsiad – tajemniczy mężczyzna w czerni – czegoś od niego chce. Okazało się jednak, że mówi sam do siebie, na dodatek w jakimś obcym języku – prawdopodobnie po rosyjsku. Nie spuszczał przy tym wzroku z nowo przybyłych, którzy siadali właśnie na swoich miejscach. Jeden z nich, wysoki i bardzo szczupły brunet, otaksował amfiteatr uważnym spojrzeniem, a potem powiedział coś do towarzysza. Obaj wybuchli śmiechem.

Rudolf patrzył w tym samym kierunku, co sąsiad Remusa. A jego twarz miała przez chwilę bardzo dziwny wyraz.

Wreszcie szmer głosów uciszył się, a słońce znikło za horyzontem. Mimo to, scena nadal była doskonale oświetlona, natomiast widownia tonęła w gęstym półmroku. Gdzieś w oddali cykały świerszcze.
– Szanowni państwo! – zaczął konferansjer, który nagle pojawił się na scenie. Towarzyszyła mu młoda dziewczyna na niebotycznie wysokich obcasach, ubrana w kreację, zupełnie nie pasującą do antycznej scenerii. – Witamy na kolejnym koncercie z cyklu Przyjaźń Między Magicznymi Narodami! Tym razem na deskach naszego amfiteatru zaprezentują się wspaniali artyści z Węgier.
– Jak zapewne wiecie – mówiła dalej dziewczyna – pomysłodawcą spotkań, dzięki którym możemy poznawać kultury zaprzyjaźnionych narodów, jest Lord Voldemort. – Zrobiła efektowną pauzę, rozległy się oklaski. – Uważa on, że dzięki takim inicjatywom, czarodziejskie elity wszystkich krajów będą mogły nawiązać ściślejszą współpracę. Mamy podobne cele, powinniśmy więc dążyć do tego, by wspólnie je osiągnąć. Kultura, to skarb, którym musimy się dzielić! A dzięki artystom świat staje się lepszy i piękniejszy!

Wybuchła burza oklasków trwająca co najmniej pięć minut. Lestrange skrzywił się ironicznie i mruknął pod nosem coś, co z pewnością nie wyrażało aprobaty. Jego słowa zagłuszyła wrzawa, publiczność entuzjastycznie reagowała na każde kolejne zdanie konferansjerów. Remus niezbyt uważnie słuchał, co mówili. Po miesiącu pracy w redakcji „Magicznych Słówek” był mocno uczulony na propagandę i starał się nie dopuszczać jej do świadomości. Zresztą zainteresowało go co innego – na scenę wnoszono właśnie jakiś niezwykły instrument.
Były to cymbały. Stanął przy nich młody chłopak, potargany prawie tak samo, jak Jim Potter. Uśmiechał się łobuzersko, najwidoczniej kochał koncerty, a liczna widownia wcale go nie przerażała.
– ... Zespół Pieśni i Tańca „Ipoly” z Mihalygerge! (1) – krzyknęli wreszcie konferansjerzy i rozpłynęli się w powietrzu.

Wtedy rozległy się dźwięki. Wystarczyła chwila i Remus zrozumiał, o czym mówił Lestrange – muzyka rzeczywiście przeszywała do szpiku kości. Cymbały, kontrabas, skrzypce... wszystko idealnie do siebie pasowało, jakby było wyrzeźbione z jednego kawałka marmuru. A muzycy tak bardzo cieszyli się tym co robią, że zarażali swoją radością innych; widać było, że po prostu bawią się graniem i nie chcieliby robić w życiu niczego innego. Z twarzy cymbalisty nie schodził uśmiech, nawet wtedy, gdy pałeczki w jego dłoniach poruszały się z niesamowitą szybkością. Skrzypaczka wydobywała z instrumentu takie tony, że czuć je było nie tylko w głowie, ale i w klatce piersiowej, ba, nawet w nogach! Chciało się tańczyć. Chciało się żyć. W oczach kręciły się łzy, bo piękno bywa czasem tak bolesne, że potrzebuje ujścia – w przeciwnym razie człowiek po prostu rozpadłby się na kawałki.

Na scenie pojawili się mężczyźni ubrani w czarno-białe stroje; przy długich butach lśniły ostrogi. I zaczęły się solówki, duety, tria, wirtuozeria kroków wprawiała w zachwyt. Piosenka wyrwała się z gardeł i opanowała cały amfiteatr, chociaż na widowni niewielu było takich, co znali węgierski. Remus też nie znał, ale czuł, że mężczyźni śpiewają o swobodzie, o pędzie, koniach i potyczkach, z których zawsze wychodzi się zwycięsko – może tęsknili też za ukochaną dziewczyną? A potem, był o tym przekonany, prosili o wino, dużo słodkiego, czerwonego wina, które pozwala zapomnieć o wszystkich problemach.

Zatracić się w tańcu, w muzyce, w winie!
Czuć wyłącznie swoje ciało i nie myśleć, nie myśleć, nie...


– I to jest właśnie prawda – usłyszał szept Rudolfa. – Nie znam innej.
Dziewczęta wpadły na scenę jak stadko kolorowych ptaków. Ich spódnice, podobne do bombek, podrygiwały w tańcu, buciki, haftowane w papryczki, stukały przy każdym kroku. Z pieśnią wojacką splótł się flirt: pojawiły się wianki zrywane z głów i koń pojony u studni. Dziewczęce kółko wchłonęło mężczyzn i rozpadło się, rozpoczął się czardasz, niesamowity czardasz, po którym jest już tylko podłoga i ostry ból w piersiach.

Nic już potem nie zrobiło na Remusie takiego wrażenia, jak występ zespołu „Ipoly”, chociaż do przerwy zdążył się jeszcze zaprezentować kwartet smyczkowy, pianista światowej sławy i chór męski. To byli naprawdę znakomici artyści, ale Remus słyszał wyłącznie cymbały, a gdy zamykał oczy, widział popisujących się w karczmie koniarzy; pod powiekami migały wielobarwne spódnice dziewcząt. Nie miał już siły na następne wrażenia. Dlatego bardzo ucieszył go gong obwieszczający koniec części pierwszej. Miał nadzieję, że kilka minut przerwy dobrze mu zrobi – było przecież jeszcze tyle do obejrzenia!

– Źle pan skończy, panie Lupin. – Rudolf wstał z miejsca, prawdopodobnie chciał rozprostować nogi. – Na zbyt wiele sobie pan pozwala. A czasy nie sprzyjają ludziom, którzy spuszczają emocje ze smyczy.
– Wypchaj się, Lestrange – żachnął się Remus. – Sam mnie tu przyprowadziłeś, więc teraz daruj sobie gadki umoralniające. Jak myślisz, dałoby się zdobyć nagranie tego „Ipoly”?
– Może by się i dało, trzeba zapytać. Mówiłem ci, cymbały brzmią niesamowicie, szczególnie wtedy, gdy bierze się do nich ktoś, kto wie, co robi. A ten chłopak zna się na rzeczy i... – Chciał powiedzieć coś jeszcze, ale urwał, jakby sobie o czym przypomniał. – Przepraszam, Remus, na moment cię opuszczę. Muszę coś załatwić.

Poszedł na dół, w kierunku sceny. A potem zniknął w tłumie. Dopiero chwilę później Lupin zauważył go w pobliżu miejsc honorowych zajmowanych przez najważniejszych śmierciożerców – rozmawiał z jednym z nich, tym chudym brunetem, którego wcześniej pilnie obserwował. Remus poczuł niesprecyzowany niepokój, muzyka od razu wyparowała mu z głowy. Coś było nie tak. Oczywiście koncert mógł być głównym celem, ale istniało duże prawdopodobieństwo, że to tylko pretekst. Pytanie, czy Lestrange nie prowadzi ze śmierciożercami jakichś szemranych interesów, powróciło jak bumerang. A Remus po raz kolejny uświadomił sobie, że tak naprawdę zupełnie tego człowieka nie zna i powinien wycofać się ze znajomości, póki jeszcze ma taką możliwość.

– On wie – stwierdził nagle tajemniczy sąsiad Remusa, tym razem całkiem wyraźnie i po angielsku. W jego oczach błyszczało szaleństwo. – On wszystko wie, ale ja nie mogę teraz zrezygnować, rozumiesz?
– Rozumiem – odparł Remus, wychodząc z założenia, że z wariatami nie należy się spierać. Przemknęło mu przez myśl, że powinien kogoś zawiadomić, lub wezwać uzdrowicieli. Nie ruszył się jednak z miejsca. Nie chciał stracić z oczu Rudolfa.
– Niczego nie rozumiesz. – Tamten zaniósł się koszmarnym śmiechem. – Ja już nie mam po co żyć. Jedyne, co mogę zrobić, to zabić go, a potem strzelić sobie w łeb. Do organizacji i tak już nie wrócę, uważają mnie za zdrajcę.
– Nie sądzę, żeby zabijanie było najlepszym pomysłem. – Niepokój Remusa wzrósł. Rudolf, zawsze tak opanowany, gestykulował gwałtownie, usiłował chyba przekonać do czegoś swojego rozmówcę. Kłócili się. Remus wiele by dał za to, żeby dowiedzieć się, z jakiego powodu.
– Czasami nie ma innego wyjścia. – W tonie nieznajomego pobrzmiewał śmiertelny smutek. I zmęczenie. – Nie marzyłeś nigdy, żeby to wszystko wreszcie się skończyło...?
Remus zerknął na szaleńca, nie dało się go dłużej ignorować.
– Co?
– Wszystko – machnął ręką. – Ten cholerny spektakl. Żeby nie było już niczego poza ciszą.
– Każdy chyba czasem o tym myśli.
– Być może – zgodził się. – Ale ja myślę o tym bez przerwy. Decyzję podjąłem dzisiaj rano, byłem nawet w kościele, chociaż nie wierzę w Boga... Wierzysz w Boga, Remus? Remus, Remus... – powtórzył kilkakrotnie. – Jakie to niedobre imię...! Więc, Remusie, wierzysz, że gdzieś tam, ktoś na nas czeka? Że coś tam faktycznie jest?
To było takie nierealne! Ta rozmowa, ten dziwny człowiek, który wyglądał jak starzec, chociaż nie mógł mieć więcej niż dwadzieścia parę lat. Tak zachowują się byli więźniowie polityczni, pomyślał Remus, albo żołnierze, którzy przeżyli traumę i nie są w stanie wrócić do normalnego życia.
– Wierzę – odparł poważnie. – Gdybym nie wierzył, już dawno bym zwariował. Jestem pewien, że istnieje takie miejsce, w którym każdy znajdzie to, czego potrzebuje.
– Nawet zdrajca...?
Zawahał się.
– Zdrada zawsze ma dwie strony – powiedział w końcu. – Wszystko zależy od tego, jak spojrzysz. Brutus był zdrajcą, tak? Zabił Cezara. Ale przecież chodziło o demokrację, o wolność.
Nieznajomy pokręcił głową, nie chcąc widocznie przyjąć do wiadomości argumentacji Remusa. Milczał tak długo, że chłopak doszedł do wniosku, że tamten po prostu zrezygnował z rozmowy i utonął we własnych myślach. Zaczął więc rozglądać się za Rudolfem, który znowu gdzieś zniknął, nie było też nigdzie widać wysokiego śmierciożercy o ciemnych włosach. Gdy wreszcie wypatrzył znajomą sylwetkę, sąsiad trącił go lekko w ramię i powiedział, jakby podsumowywał dłuższy wywód myślowy.
– Zdrada zawsze pozostaje zdradą. Dlatego muszę to zrobić, nawet, jeśli wcale nie chcę.
Potem przeszedł na rosyjski, ten śpiewny, niezwykły język, który zawsze Remusa fascynował. Mówił coraz szybciej i szybciej, aż w końcu zamilkł zupełnie. W jego oczach nie było już szaleństwa, była pustka, miało się wrażenie, że bodźce świata zewnętrznego przestały do niego docierać.

Nieszczęśliwy człowiek, zdążył pomyśleć Lupin i w tym momencie zobaczył Rudolfa, który wracał na swoje miejsce. Wyglądał przy tym tak, jakby nic się nie stało, na jego twarzy nie było ani śladu emocji. Mogło by się wydawać, że zajście ze śmierciożercą, to tylko złudzenie, a tak naprawdę Lestrange dyskutował na filozoficzne tematy ze starym znajomym. Albo poszedł się przewietrzyć. W każdym razie z pewnością niczym się nie denerwował, wyglądał przecież na odprężonego – gdyby Remus nie był tak bystrym obserwatorem, z pewnością uwierzyłby w taką fasadę. Inni na pewno dawali się nabrać.

A może dłoń na ułamek sekundy zaciskająca się w pięść, też była iluzją?
Pionowa zmarszczka przecinająca czoło...?

– Załatwiłem ci to nagranie. – Machnął kasetą magnetofonową i usiadł obok, jakby nic się nie stało. – Łatwo nie było, bo Węgrzy są oblegani. Chyba udało im się rozgrzać zlodowaciałe serca naszej arystokracji... Ale ja się nigdy nie poddaję, więc proszę uprzejmie, oto jest! Muzyka prosto z krainy wina i gorących źródeł!
– Dzięki. – Remus nie bardzo wiedział, co powiedzieć. Niefrasobliwy ton Rudolfa zupełnie zbił go z tropu. A może nie było żadnej kłótni? Żadnych tajemnic? Może to tylko wyobraźnia znowu płatała mu figle? – Szkoda tylko, że w Hogwarcie nie działają magnetofony...
– Cóż, musisz się teraz nasłuchać za wszystkie czasy. Zresztą myślę, że spotkamy się jeszcze z kapelą „Ipoly”, zostają przez jakiś czas w Londynie. Mam zamiar namówić ich na prywatny koncert.
– A Zakaz Zgromadzeń?

Rudolf uśmiechnął się ironicznie.

– Po pierwsze, takie ustawy nie mogą obowiązywać wiecznie. Riddle doskonale zdaje sobie z tego sprawę. Po drugie zaś – dodał – mnie nie obowiązują żadne zasady. Poza tymi, które sam wymyślam.
– No proszę – parsknął Remus. – A wydawało mi się, że nie przepadasz za Raskolnikowem. Wybacz, że zapytam, ale masz może jakieś poglądy, które nie zmieniają się średnio co dwie godziny? Bo chciałbym wiedzieć, na czym stoję.
– Jak na razie siedzisz, więc nie ma się czym przejmować – skwitował Lestrange. – Zresztą zaraz zacznie się druga część koncertu... Słyszysz? To już trzeci gong. Pierwsi występują uczniowie szkoły baletowej z Budapesztu, kolejny mocny punkt programu.
– Odwracasz kota ogonem – mruknął Remus. – I na dodatek usiłujesz mnie zagadać.
Pogasły światła, tylko gdzieś wysoko, na iluzorycznym niebie, świeciły gwiazdy. A potem scena znowu rozjarzyła się niesamowitym blaskiem i rozpoczął się spektakl. Tancerze przedstawiali fragmenty „Jeziora łabędziego”. Remus poczuł, że ogarnia go euforia, ale tym razem nie pozwolił emocjom nad sobą zapanować – postanowił być czujny. Nie mógł pozbyć się wrażenia, że w amfiteatrze dzieje się coś, co z całą pewnością dziać się nie powinno.

W pewnym momencie, gdy feeria świateł osiągnęła punkt kulminacyjny, a tancerki fruwały po scenie w finałowym tańcu, szalony sąsiad Remusa drgnął, jakby ktoś ugodził go nożem. Krzyknął coś, ale jego głos utonął w muzyce, tylko kilku widzów z niższego rzędu odwróciło się, żeby sprawdzić, kto zakłóca spokój. Mężczyzna zerwał się wtedy na równe nogi i wyszarpnął zza koszuli jakiś podłużny przedmiot. Potem, nie zważając na protesty rozgniewanych widzów, zaczął się przepychać w kierunku schodów.

Zbiegł po nich jak burza.

W chwili, gdy zrozpaczonego księcia Zygfryda właśnie pochłaniały fale jeziora, rozległy się strzały.

Kule nie dotarły jednak do celu, a to za sprawą Rudolfa Lestrange’a, który pojawił się nie wiadomo skąd i zwalił zamachowca z nóg; obaj potoczyli się w dół, aż pod samą scenę.
Widzowie zaczęli krzyczeć, muzyka umilkła, artyści przerwali występ. Cudownie ocalony książę Zygfryd obejmował swoją Odettę, która wpadła w histerię i zaczęła piszczeć, jakby ją ktoś obdzierał ze skóry. Wcale nie przypominała łabędzia. Łzy rozmazały makijaż.

Remus, niewiele myśląc, też pobiegł na dół. Nie wiedział, co się stało, kto był celem ataku, i dlaczego Rudolf zdecydował się interweniować – wszystko działo się tak szybko! Mimo to chciał tam być. Właśnie tam, pod sceną. Brutalnie odepchnął jakąś kobietę, która zatarasowała mu drogę, potem potrącił wyraźnie oszołomionego mężczyznę w średnim wieku, i biegł, biegł na oślep, aż w końcu zderzył się z ochroniarzem.

I to był koniec drogi.

– Proszę zachować spokój! – Na scenie pojawili się konferansjerzy. – Bez paniki! Panujemy nad sytuacją!
– Jasne, panujecie – mruczała kobieta, ubrana w bordową, wyjściową szatę. – Tak panujecie, że wpuściliście do amfiteatru mordercę. To cud, że nikomu nie stała się krzywda!
– Nie denerwuj się, babciu. – Ładna, jasnowłosa dziewczyna objęła starszą damę i pociągnęła ją w kierunku wyjścia. – To ci szkodzi! Musimy jak najszybciej stąd wyjść.
– Potrzymają nas tutaj do rana, zobaczysz. – Staruszka nie dawała się uciszyć. – Będą sprawdzać, czy ktoś przypadkiem nie pomagał temu łotrowi. Pamiętam, w czterdziestym trzecim...
Remus starał się przekonać ochroniarza, żeby go przepuścił. Bez skutku. Miejsce, w którym znajdowali się Rudolf i szalony Rosjanin, było otoczone, niczego nie dało się zobaczyć. Dopiero na widok Lucjusza Malfoya strażnicy nieco się rozsunęli.
– Zaczekaj, Lucjuszu. Idę z tobą, muszę go zobaczyć.
To był ten wysoki i chorobliwie chudy śmierciożerca, ten sam, z którym wcześniej kłócił się Rudolf. Minął Remusa, jakby wcale go nie zauważył, i chwycił Malfoya za nadgarstek.
– Muszę, rozumiesz? – powtórzył, a w jego głosie zabrzmiała groźba.
– To nie jest najlepszy pomysł. – Malfoy nie dał się zastraszyć. – Twój braciszek może mieć coś wspólnego z tym zamachem. Na twoim miejscu poczekałbym, aż go przesłuchają.
– Zwariowałeś? Przecież mnie ostrzegał, sam słyszałeś. Mówił, że jest tu ktoś, kto może mi zagrozić, i żebym na siebie uważał...
– A ty mu nie uwierzyłeś – podsumował Malfoy z satysfakcją. – I bardzo dobrze, Rab, bo mówił to takim tonem, jakby myśl o twoim nagłym zgonie wielce go radowała. Skąd wiesz, że to nie on wszystko zaplanował?
Śmierciożerca pokręcił głową, ale nie odpowiedział.
– A widzisz? – ucieszył się Malfoy. – Też o tym pomyślałeś! Jakoś trudno mi uwierzyć, że wszystkiemu winien jest ten popierdolony Rusek, jak mu tam...
– Riggs. Christopher Riggs. Nie jest Rosjaninem, płynie w nim brytyjska krew, dokładnie taka sama, jak i w tobie.
– Powiedzmy... – zgodził się Malfoy dla świętego spokoju. – W każdym razie ten facet jest niepoczytalny. Nie byłby zdolny do takiej akcji, złapaliby go już przed wejściem do amfiteatru!
– Po prostu kiepskich ludzi zatrudniasz, Malfoy. – Śmierciożerca uśmiechnął się nieładnie. – A wracając do Rudolfa, to weź pod uwagę, że dzięki niemu nie jestem trupem. Dlatego chcę z nim porozmawiać. I nie tylko z nim, nie ukrywam, że bardziej zależy mi na spotkaniu z Riggsem...
– Zamierzasz wypytać go o magokomunistów?
– Nie. Zamierzam rozwalić mu łeb.

Malfoy wzruszył ramionami i powiedział coś do jednego z ochroniarzy. Obaj z młodym śmierciożercą zniknęli za kordonem.

Mimo starań konferansjerów, wybuchła panika, ludzie na oślep biegli w kierunku wyjścia. Hałas, zamiast cichnąć, rósł z każdą kolejną minutą. Remusowi zrobiło się słabo – iluzja prysła, więc nie docierały już do amfiteatru powiewy ożywczego wiatru; było bardzo duszno. Gdyby ktoś planował zamach, dopiero teraz mógłby działać bez obaw, że zostanie schwytany. Chaos sprzyjał wrogim zamiarom. Nikt jednak nie powtórzył wyczynu Christophera Riggsa, byłego magokomunisty, który doskonale wiedział, że idzie na pewną śmierć. Nie było na sali innego samobójcy.
Rudolf ma brata. Jego brat jest śmierciożercą. Remus właściwie nie powinien się dziwić, w końcu bardzo wielu młodych arystokratów przyłączyło się do Riddle’a, a jednak ta informacja zrobiła na nim piorunujące wrażenie. Lestrange nigdy nie wspominał, ze ma rodzeństwo, ale i w tym nie było nic dziwnego, nie znali się przecież z Remusem zbyt dobrze. Właściwie nie znali się prawie wcale. Bardziej dziwiło to, że w redakcji „Magicznych Słówek” nie dyskutowano na temat młodszego Lestrange’a (Remus nie miał wątpliwości, że Rab jest młodszym z braci), a przecież dziennikarze doskonale orientowali się we wszystkich zawiłościach politycznych! Jeżeli w ogóle nie mówiono o jakimś śmierciożercy, znaczyło to, że należy do najbliższych współpracowników Voldemorta i lepiej nie ryzykować komentarzy, bo ściany miewają uszy. Brat Rudolfa musiał być ważną osobistością. Czyli człowiekiem niebezpiecznym, bezwzględnym i pozbawionym sumienia. A jednak Rudolf ocalił mu życie, skazując nieszczęsnego Riggsa na wielogodzinne przesłuchania, tortury i – najprawdopodobniej – na karę śmierci. Oczywiście Riggs chciał umrzeć, mówił o tym wyraźnie, ale z pewnością nie zasługiwał na to, co czekało go w lochach pod kamienicą Riddle’a.

To jego brat. Jakikolwiek by nie był, to jego brat, musiał go ostrzec. Ale czemu nie spacyfikował Riggsa wcześniej, zanim doszło do zamachu, przecież skądś wiedział co się święci! Gdyby wyprowadził magokomunistę z amfiteatru, uratowałby i jego, i brata. Dlaczego tego nie zrobił? Nie był pewien, czy Riggs faktycznie coś knuje? A może przez chwilę sam chciał, żeby...

„Mnie nie obowiązują żadne zasady. Poza tymi, które sam wymyślam.”

Dalsze przekonywanie ochroniarzy nie miało sensu, byli absolutnie nieprzekupni. Natrętów traktowali jak powietrze, nie używali nawet siły, po prostu stali i tarasowali przejście. Remus zrozumiał, że najlepsze, co może zrobić, to stamtąd odejść. Nie zamierzał jednak opuszczać amfiteatru bez Rudolfa, dlatego postanowił usiąść w jednym z pierwszych rzędów i poczekać, aż wszyscy wyjdą. Nie myślał już o niczym, patrzył bezmyślnie przed siebie, a niedawne wzruszenia związane z występem Węgrów, wydawały mu się bardzo odległym wspomnieniem. Tak, jakby wszystko wydarzyło się nie w rzeczywistości, lecz w jakiejś na wpół zapomnianej książce.

Zamknął oczy. Gdy je ponownie otworzył, ogromna sala niemal całkowicie opustoszała – musiał przez chwilę drzemać, bo zupełnie stracił poczucie czasu. Kordon przed sceną wyraźnie się rozluźnił, ochroniarze nie przypominali już kamiennych rzeźb, wymieniali się nawet jakimiś uwagami. Jeden wyciągnął paczkę papierosów, ale szybko schował ją z powrotem do kieszeni, gdy napotkał surowe spojrzenie Lucjusza Malfoya.

Koszmarny facet, pomyślał Remus, ma w sobie coś odpychającego. Przypomina skorpiona. Widocznie przestał słuchać poleceń teścia i przyłączył się do Riddle’a, mając nadzieję na niezłe profity. Ideowcy są groźniejsi, bo przestają dostrzegać jakiekolwiek granice, ale tacy zimni manipulatorzy jak Malfoy budzą wstręt. A na dodatek zawsze spadają na cztery łapy. Gdzie Rudolf? Nigdzie nie było go widać. Zniknął też Riggs, pewnie przetransportowano go już do celi. Chyba, że młodszy Lestrange spełnił swoją groźbę i faktycznie rozwalił mu łeb... Nie, nie mógł tego zrobić, Malfoy by na to nie pozwolił. Riggs był zbyt cennym źródłem informacji. Wszyscy wiedzieli, że Tom Riddle ma obsesję na punkcie czystości krwi – gdyby ktoś pozbawił go przyjemności publicznego powieszenia magokomunisty, sam skończyłby na stryczku.

– Proszę, proszę, kogóż my tu widzimy? Pan Lupin we własnej osobie! Kto by pomyślał...!

Remus odwrócił się i zobaczył Ernsta Gadamera, dowódcę śmierciożerczych oddziałów bojowych. Mężczyzna wyglądał inaczej, niż podczas pamiętnej pacyfikacji Bunkierka. Miał na sobie elegancki frak i pachniał dobrą woda kolońską. Nikt nie odgadłby, czym zajmuje się na co dzień.

– Dobry wieczór – odparł Remus. – Nie sądziłem, że interesuje się pan sztuką. Myślałem, że stawia pan raczej na sporty ekstremalne.
– Pozory mylą – uśmiechnął się śmierciożerca. – Ja też nie sądziłem, że ktoś taki jak pan, zadaje się z ludźmi pokroju Rudolfa Lestrange’a. To bardzo interesujące.
– Dlaczego?
Tamten rozłożył ręce.
– Sam nie wiem. Po prostu wydaje mi się, że stoją panowie po dwóch przeciwnych stronach barykady. Ale może się mylę... O! O wilku mowa! – zauważył. – Zdaje się, że pan Lestrange właśnie zmierza w naszym kierunku. Do zobaczenia! Mam przeczucie, że jeszcze się kiedyś zobaczymy...

I odszedł, postukując laską ozdobioną srebrną gałką. Remus wolałby go więcej nie spotkać. Wiedział jednak, że to mało prawdopodobne.
Rudolf był bardzo blady, nie wyglądał najlepiej. Nie powiedział nic, wskazał tylko wyjście. Musiał marzyć o wydostaniu się na zewnątrz.
Amfiteatr nie czarował już antycznym urokiem, przypominał raczej monumentalne cmentarzysko. Brakowało tylko kóz, które pasłyby się w ruinach. Remus odetchnął z ulgą dopiero wtedy, gdy znaleźli się na schodach. Zapach pasty do podłóg wydał mu się najpiękniejszym zapachem na świecie.

– Czy tak się kończą wszystkie eskapady w twoim towarzystwie? – zapytał pół żartem, pół serio, gdy wyszli na mroczny i pusty Nokturn, oświetlony tylko jedną latarnią, która stała tuż przed kamienicą Riddle’a.
Rudolf w dalszym ciągu milczał. Remus pomyślał, że pewnie boi się, że głos go zdradzi. Chciał przecież uchodzić za człowieka o nerwach ze stali.
– Idziemy do mnie, Lestrange, i nawet nie próbuj protestować! Znaczy nie do mnie – poprawił się – tylko do pracowni mojego ojca. Znowu wyjechał, więc strych jest wolny. Schowałem tam dwie ostatnie flaszki bimbru O’Neila, to paskudztwo jest tak toksyczne, że można nim czyścić kible! Ale pomaga. Pewnie dlatego, że kompletnie wypala mózg.

Odpowiedzią była cisza.

Znaleźli się wreszcie w mugolskiej części Londynu, tu nawet oddychało się z mniejszym wysiłkiem. W takich chwilach Remus jeszcze mocniej pragnął zapomnieć o magii, która – wbrew pozorom – tylko utrudniała człowiekowi życie. Bez niej wszystko wydawało się o wiele prostsze.
Rudolf zwolnił dopiero za zakrętem, gdy stracili z oczu kamienice, za którymi znajdowała się Gargulcowa i Śmiertelny Nokturn.
– Bimber O’Neila, powiadasz... – mruknął. – Tak. To jest niegłupi pomysł.
– Pewnie, że niegłupi. Trzeba tylko dokupić coś do jedzenia, na przykład grzybki w zalewie. Bez zagrychy nie przeżyjemy.
– O nie, Lupin. – Rudolf zmarszczył brwi. – To ty nie przeżyjesz, jeżeli komukolwiek powiesz, co się dzisiaj wydarzyło. I co się wydarzy. Osobiście utopię cię w Tamizie, nawet, jeżeli będę musiał z tego powodu zamoczyć garnitur! Czy to jest jasne?

Remus wiedział, że Rudolf nie żartuje. Nie tym razem.

– Nie pochlebiaj sobie, nie zamierzam pisać twojej biografii – odparł spokojnie. – Zresztą nie wiem, czy wiesz, ale bimber O’Neila ma skutki uboczne... bardzo dużo skutków ubocznych. Jednym z nich są halucynacje. Musieliśmy się nieźle naćpać, skoro widzieliśmy Węgrów tańczących na deskach antycznego teatru! Wyobrażasz sobie większy absurd?

Lestrange przystanął przed wystawą sklepu monopolowego.

– Owszem – powiedział po chwili namysłu. – Większym absurdem byłby Lucjusz Malfoy tańczący kankana w Moulin Rouge.

Popatrzyli na siebie i parsknęli śmiechem.
Bimber Danny'ego O'Neila znowu uratował sytuację.





(1)Zespół istnieje naprawdę. Prezentował się na tegorocznym Tygodniu Kultury Beskidzkiej i nie mam bladego pojęcia, dlaczego nie wygrał.





Zanim skończy się część druga, porozmawiamy o Rabastanie Lestrange'u, spijemy się do nieprzytomności, i będziemy świadkami ulicznej egzekucji. Wrócimy też na chwilę do Hogwartu, żeby pokłócić się z Syriuszem i wylądować na obrośniętym pajęczynami Parnasie.


Ostatnio zmieniony przez Hekate dnia Pią 18:57, 09 Sty 2009, w całości zmieniany 20 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Black Lights
wilczek kremowy



Dołączył: 25 Wrz 2008
Posty: 27
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/5

PostWysłany: Nie 18:01, 12 Paź 2008    Temat postu:

Cieszę się, że napisałaś tak długą notkę. Szczerze mówiąc bardzo szybko ją przeczytałam i żałowałam, że nie jest dłuższa!

Twój Rudolf zaczyna podobać mi się coraz bardziej. To nie tylko śmierciożerca – to facet z klasą, który zna się na sztuce. Zimny arystokrata o idealnych manierach. Oczytany, bezwzględny, zimny i wykształcony (czy to nie ideał?)

Bardzo podoba mi się to, że wykorzystałaś amfiteatr grecki – uwielbiam, kiedy ktoś wykorzystuję starożytną kulturę w pracach. Uważam, że klimaty greckich dzieł i ich tematy idealnie pasują do HP (ściślej mówiąc do arystokracji w HP)

Poza tym cieszy mnie fakt, że wprowadziłaś do opowiadania braciszka Rudolfa (o ile się nie mylę ma na imię Rabastan) Jestem ciekawa, jak będzie się kształtował jego charakter w następnych częściach. Przede wszystkim jednak ciekawią mnie relacje braci L (ja chyba uwielbiam złożone, relacje rodzinne) Poza tym jeszcze nigdy nie spotkałam się z nim w żadnym opowiadaniu.

Mam nadzieję, że części będzie jak najwięcej i jak najszybciej, bo uwielbiam twój styl pisania i złożoność akcji (będzie mi przykro, kiedy zakończysz to opowiadanie. Więc zaklinam Cię – Nie rób tego!)


Poza tym podoba mi się znajomość Remusa z Rudolfem. To fascynujące, bo wydaję się, że w ogóle do siebie nie pasują. Rudolf jest w końcu zimny, okrutny i zdystansowany, a Remus – to dobry, wrażliwy chłopak. Mimo wszystko jednak obydwoje znają się na sztuce i pięknie. Różnica temperamentów i celów nadaje tej znajomości smaczku.

Nie mogę się doczekać dalszej części! Mam nadzieję, że jak najszybciej wkleisz ciąg dalszy.

Pozdrawiam!


Ostatnio zmieniony przez Black Lights dnia Wto 9:42, 14 Paź 2008, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Natalia Lupin
lunatyczka gondorska



Dołączył: 01 Wrz 2005
Posty: 3952
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: Minas Tirith

PostWysłany: Nie 21:05, 12 Paź 2008    Temat postu:

Rudooolf...
/maślane oczka/

"Jakiegoś" remdolfa?! Ty... ty...! Precz z magisterką! Niech żyją remdolfy!
Hy! O.o Matko. Ja też uwierzyłam w ten amfiteatr Very Happy
Ogónie: no co ja tu będę gadać. Wszyscy wiemy, co ja myślę, bo myślimy to samo Smile Po prostu proszę pokornie o jeszcze Exclamation

Cytat:
buciki, haftowany w papryczki

Haftowane?

Cytat:
Moulin Rose

Rouge
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Hekate
szefowa



Dołączył: 01 Wrz 2005
Posty: 5680
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: Toruń

PostWysłany: Nie 23:25, 12 Paź 2008    Temat postu:

Na Merlina, jak to dobrze, że jesteście, i patrzycie mi na ręce! Gdyby nie wy, całkiem utonęłabym w głupich usterkach!

Poprawiłam, Nat, dziękuję.

Za wszystkie dobre słowa też wielkie dzięki, albowiem nie ma lepszej motywacji do pisania!

No i zupełnie nie rozumiem, co wy widziecie w tym Rudolfie L. Toż to bezczelny dupek jest! Wink
Hihi Wink


Ostatnio zmieniony przez Hekate dnia Nie 23:26, 12 Paź 2008, w całości zmieniany 2 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Aurora
szefowa młodsza



Dołączył: 01 Wrz 2005
Posty: 6548
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/5

PostWysłany: Pon 8:09, 13 Paź 2008    Temat postu:

Do tego fragmentu ja bym dorzuciła dopisek "Kłania się Czastuszka o precedensie" Wink
Wiedziałam, że to będzie Rabastan, kurrrczę, że też przy ostatniej "zajawce" tego nie skojarzyłam!
Jest bardzo urokliwie. Jak weszli i zobaczyli amfiteatr, mrr *rozpłynięcie*. I Węgry! I muzyka, i przecudownie opisany czardasz (szczerze? nigdy nie widziałam czardasza).
Och, żal mi było Riggsa. Bardzo mi się podoba, jak go wprowadziłaś - kręcący się (?siedzący) w pobliżu, mamroczący do siebie po rosyjsku, szalony i "on wie", "zdrada". Brr.
Trzymasz klimat, mościa panno, i tego bardzo gratuluję!
Literówki, które i ja zauważyłam, wymieniła Nat, więc nie mam w tej sprawie nic do dodania. Wink

Ach, i jeszcze jedno - Ruuudolf! *serduszko*

Pozdrawiam,
Ori.
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Kira
kryształkowa dama



Dołączył: 01 Wrz 2005
Posty: 3486
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: Z <lol>andii ;)

PostWysłany: Nie 15:22, 19 Paź 2008    Temat postu:

Szefowo, jest pięknie Smile Widzę, że do akcji włączyli się magokomuniści i mnie to cieszy, bo magokomunizm fascynuje mnie od czasów Pierogów i nie mam zamiaru się z tym kryć ^^ A i sam Riggs jest ciekawą postacią. Ta desperacja, ta niechęć do życia, ten piękny rosyjski język... obyśmy jeszcze o nim usłyszeli!

Rudolf cudny jak zwykle. Te słowa:

Cytat:
doskonale nad sobą panował i zachowywał się tak, jakby gaje oliwne rosnące w piwnicy były czymś oczywistym.


uchachały mnie porządnie, bo są idealnie rudolfowe Wink Podobnie jak to absolutne panowanie nad sobą bez względu na sytuację. Totalny z niego arystokrata. I wcale się nie dziwię Remusowi, że jest nim zafascynowany, o!

Co jeszcze... teatr. Niesamowity, niesamowicie opisany. To samo czardasz. Nie pierwszy raz czytając to opowiadanie zżera mnie smutek, że nie mogę być tam w Londynie z nimi wszystkimi Sad Raaaany, nawet by mi ten cały szaleniec Riddle specjalnie nie przeszkadzał! Cool

Byczek:

Cytat:
Jeżeli w ogóle nie mówiono o jakim śmierciożercy

- jakimś (chyba...? bo zgłupiałam już o__^).

Czekam bardzo na ciąg dalszy. I na Remusowo - Rudolfowe tete-a-tete w pracowni Johna, mrrr... XD
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Angua
wilczek kremowy



Dołączył: 21 Maj 2008
Posty: 46
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: Poznań

PostWysłany: Śro 9:28, 22 Paź 2008    Temat postu:

Kiro, pewnie usłyszymy, w końcu w następnej części ma być egzekucja. Szkoda faceta, taki był z niego sympatyczny bohater romantyczny…
Nie pisałam jeszcze o Hekatowym Riddle’u, który wydaje mi się dużo bardziej inteligentny i groźny niże ten infantylny, pseudodemoniczny Riddle Rowling. Mimo iż u Rowling każdy boi się wspomnieć jego imię. W „Kompleksie raskolnikowi” jest po prostu Riddle.
I ten RIddle umiejętnie sieje propagandę – propagande poprzez kulturę i sztukę, pragnie omamić lidzu, w imię przyjaźni wszystkich czarodziejów próbuje ich zjednoczyć przeciwko tym którzy nie są czystokrwiści. Riddle Hekate jest cwanym manipulatorem.
Wspaniały opis występu zespołu. Ja tam mam, jak oglądma irlandzki szoły taneczne – ciarki przechodza mi po plecach, „muzyka przeszywa do szpiku kości”. Każdy ma swoją wewnętrzną muzykę, u jednych ma ona rytm czardasza. Moja ma rytm jiga i czasem bluesa i funk.
Ad rem. Jakoś nie potrafiłam nigdy wyczuć Malfoya, zdefiniować go. Nie wiem do końca, jaki on jest. Spokojny? Może czasem jednak wpada w szał? Tchórz? Czy jednak nie tchórz? U ciebie chyba wreszcie znalazłam tego właściwego Malfoya. Trochę go tu mało, ale to, co widzę, układa mi się. Hm, to powyżej to taki mój subiektywny bełkot.
Wspaniały pomysł z teatrem. Tylko, może jestem głupia, może się ośmiesze tym pytaniem, ale o co chodziło Rudolfowi z tymi Chińczykami? Co oni takiego strasznego robili? Samurajską jatkę na scenie?

Uhm. Samurajska jatka raczej by pasowała do Japonii xD
Ori
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Hekate
szefowa



Dołączył: 01 Wrz 2005
Posty: 5680
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: Toruń

PostWysłany: Śro 20:05, 22 Paź 2008    Temat postu:

Hihi, nie, Rudolf tak generalnie nie ma nic przeciwko Chińczykom Wink Po prostu poraził go konstrast kulturowy - chiński folklor na greckiej scenie. To dwie różne bajki. Już nawet Węgry bardziej wpasowują się w klimat!

A co do nazewnictwa, to działam świadomie i z premedytacją. Częściej używam Riddle niż Voldemort, bo moja postać nie jest baśniowym złym charakterem, ale politykiem i przyszłym dyktatorem. Wiem, że to co piszę, często trąci amatorszczyzną, staram się jednak chociaż trochę odtworzyć kilmat tuż_przed przewrotem; mieszam Niemcy lat 30-tych z polskim PRL-em. Z różnym skutkiem. Zresztą raskolnikow, to przecież nie czyste political-fiction, chodzi przede wszystkim o psychologię (także tłumu), więc uznałam, że mogę sobie pozwolić na różne gdybanki.

To przecież tylko fanfik, no nie? Wink

Dziękuję za komentarze, dziołchy, bardzo mi pomagacie! Jestem w połowie kolejnego odcinka. Oby w łikend Wen był chętny do współpracy...


Ostatnio zmieniony przez Hekate dnia Śro 20:06, 22 Paź 2008, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Angua
wilczek kremowy



Dołączył: 21 Maj 2008
Posty: 46
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: Poznań

PostWysłany: Czw 9:06, 23 Paź 2008    Temat postu:

Ale literówek nawaliłam w poprzednim poście, aż trudno dojść, o co tam chodzi… A edytować nijak nie mogę.
Tak, Ori, oczywiście, że Japonia. Jestem głuptaskiem, który najpierw napisze, a i nawet potem nie pomyśli… Ech…
I tak, żeby nie było wątpliwości – Hekatowy Riddle dużo bardziej przypadł mi do gustu niż Sami Wiecie Kto wykreowany przez Rowling. Riddle Hekatowy wydaje mi się bardziej autentyczny i groźniejszy. I po prostu lepszy.
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Hekate
szefowa



Dołączył: 01 Wrz 2005
Posty: 5680
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: Toruń

PostWysłany: Pon 21:35, 27 Paź 2008    Temat postu:

Z konieczności znowu dzielę odcinek na pół. Tak, tak, straszliwa ze mnie gaduła...
Gdybym wrzuciła całość, byłoby zbyt obficie jak na jeden raz.

Uwaga. Raskolnikowski magokomunizm nie ma nic wspólnego z magokomunizmem z "Ruskich pierogów". To całkiem inna koncepcja!


Betowała Vianne

*

Podłożył ręce pod głowę i leżał na wznak, patrząc w sufit. Remus nie umiał odgadnąć, o czym myśli, chociaż podejrzewał, że mimo wypitej butelki bimbru, nadal dręczy go wizja młodego śmierciożercy w kałuży krwi, albo równie młodego zamachowca, poddawanego torturom. Nie wiedział, jak pomóc Rudolfowi, był zupełnie bezsilny! Mógł tylko napełniać mu szklankę i pilnować, żeby przypadkiem nie wpadł na jakiś głupi pomysł. Z tego powodu sam pił bardzo niewiele, zdając sobie sprawę, że nawet chwila nieuwagi może zaowocować tragedią.

Problem polegał na tym, że Lestrange upijał się metodycznie i z premedytacją. Jemu nie chodziło o chwilowe zapomnienie, tylko o całkowitą destrukcję. Maska zimnego i ironicznego arystokraty, którą zwykle zakładał, rozpadła się w drzazgi, gdy przekroczył pewną granicę. Zwykle świetnie nad sobą panował. Umiał zachować dystans. Trzymał nerwy na wodzy. Remus wiedział już, dlaczego – Rudolf bał się, że jeżeli pozwoli sobie na luksus skrajnych emocji, to ktoś wykorzysta jego słabość, a on sam nigdy więcej nie będzie mógł spojrzeć na siebie bez obrzydzenia. Gdy mówił, że zabije Remusa, gdyby ten zdradził komuś jego sekret, nie żartował. Zabiłby. Remus nie wątpił w to ani przez chwilę. I nie umiał sobie wytłumaczyć, dlaczego w takim razie, zamiast odprowadzić Lestrange’a do jego mieszkania i zapomnieć o wszystkim, zaprosił go do swojego domu. Gryfońska przekora? Ciekawość? Współczucie? Prawdopodobnie wszystko naraz, ludzkie motywacje bywają czasem tak złożone, że trudno je pojąć. Szczególnie komuś, kto nie potrafi być obiektywny.

– Jesteś niebezpiecznym człowiekiem, Remus – powiedział Lestrange, gdy wspinali się na strych po skrzypiących ze starości schodach. – Nawet nie wiesz jak bardzo!
– Niebezpiecznym? – zdziwił się. – Nie sądzę.
– A jednak to prawda. Przyciągasz innych. Chcą ci się zwierzać. To ogromna władza, którą mógłbyś niecnie wykorzystać. Dlatego właśnie twierdzę, że stanowisz potencjalne niebezpieczeństwo, i że za jakiś czas ktoś to wreszcie zrozumie. Wtedy...
– Bardzo cię proszę, Lestrange, nie pisz science fiction, bo zupełnie nie łapiesz konwencji.

Zatrzymali się, Remus szybko przekręcił klucz i pchnął drzwi. Zapachniało kurzem i wyposażeniem pracowni malarskiej. Rozbłysło światło.

– Coś mi się wydaje, że jutro będę bardzo żałował, że tu przyszedłem – powiedział Rudolf bardziej do siebie niż do Lupina, który zniknął właśnie za stertami kartonów, żeby chwilę później wrócić z dwiema podejrzanie wyglądającymi butelkami.
– Są – oświadczył. – Ojciec ich nie znalazł. Ostatnio ma na głowie wystawę w Nowym Jorku i świat rzeczywisty dla niego nie istnieje. Gdyby nie matka, prawdopodobnie zagłodziłby się na śmierć...

Lestrange podszedł do jednego z obrazów. Nie było wątpliwości, po kim Remus odziedziczył poetycką wrażliwość i wyobraźnię, te płótna były jak okna z widokiem na całkiem inny świat! Świetliste istoty, drzewa-domy, tajemnicze ogrody, zamki otoczone fosą... Aż chciało się stworzyć historię, która mogłaby zawładnąć obrazami i wypełnić fabułą wszystkie luki.

Słowa, pomyślał Rudolf, mają jednak większą moc od przelanych na płótno wyobrażeń. Syn przerósł ojca. A startował z bardzo wysokiego poziomu.

– Nie dałoby się przypadkiem – powiedział głośno – przenieść na chwilę w świat tych obrazów? Podoba mi się ten fioletowy las, chętnie bym sobie po nim pospacerował. Albo zatańczył z nimfą. Wygląda niesamowicie prawdziwie, jakby zaraz miała coś powiedzieć.

Remus uśmiechnął się lekko.

– Nawet nie wiesz, ile razy próbowałem. Bez skutku. Niestety nie wynaleziono jeszcze odpowiedniego zaklęcia.
– No tak, zawsze to samo. Zaklęcia, których potrzebujesz, po prostu nie istnieją. Koszmar! Może by tak rzucić w cholerę to całe czarowanie i udawać mugola?
– Nie wytrzymałbyś nawet tygodnia. Ja – tak, ale ty nie. Dlatego siadaj, trzymaj butelki, i nie gadaj bzdur. Pamiętaj, że jestem niebezpieczny i wszystko, co powiesz, może być wykorzystane przeciwko tobie! Zaraz wrócę ze szklankami.

Rudolf usiadł na kocu, który rzucił mu Remus, i zapatrzył się w kolejne płótno, przedstawiające smutnego wędrowca w obszarpanym płaszczu. Najwidoczniej świat Johna Lupina nie był utopią, tutaj także panoszyło się zło, dotykając tych, którzy na to nie zasłużyli. Wędrowiec z całą pewnością był dobrym człowiekiem. A jednak cierpiał. Tak bardzo, że nie wierzył już chyba w odmianę losu, po prostu szedł przed siebie, bez celu i bez nadziei, że za zakrętem ścieżka zmieni się w wygodny gościniec.
– To Wieczny Tułacz. – Remus postawił szklanki na podłodze i usiadł na wprost Rudolfa. Nawet nie popatrzył na obraz, dobrze wiedział, co przedstawia. – Namówiłem ojca, żeby wyciągnął go z kartonu i wreszcie pokazał na jakiejś wystawie. Długo się wahał.
– Dlaczego?
– Nie lubi go. Mówi, że sztuka nie powinna dręczyć odbiorcy, bo życie i tak jest wystarczająco trudne. Po co dobrowolnie babrać się w gnoju, skoro można fruwać w przestworzach?
– Dużo w tym racji. – Rudolf nie mógł oderwać wzroku od Tułacza. Przyciągał go jak magnes.
– Pewnie tak. Też nie jestem masochistą, gnój mnie nie bawi. A jednak ze wszystkich obrazów ojca, to właśnie Tułacz jest mi najbliższy. Chociaż czasami mam ochotę pociąć go na kawałki... Patrzy tak, jakby wszystko rozumiał!

Rzeczywiście. Ciemne oczy mężczyzny z obrazu patrzyły poważnie i z uwagą, jakby Tułacz przysłuchiwał się ich rozmowie. I wyciągał wnioski.
– Nie wiem, czy chciałbym wiedzieć, co o mnie myśli – mruknął Rudolf i otworzył butelkę. Zapachniało alkoholem. – To Majster Bieda. Roznosiciel nieszczęść.
– Nie. – Remus potrząsnął głową. – On tylko sobie przynosi pecha. To Odys, który nigdy nie trafi do Itaki. A nawet gdyby trafił i tak byłby nieszczęśliwy, bo nie znalazłby tego, czego szuka.
– Świetnie. W takim razie musimy za niego wypić.

Wypili.

A potem pił już tylko Rudolf, bo Remus po drugiej szklance zaczął wylewać swoje porcje. Dobrze udawał, ale Lestrange i tak wiedział, w czym rzecz. Wiedział też, że nie powinien zaczynać, bo potem nie będzie w stanie przerwać, ale tak bardzo chciał chociaż na chwilę przestać myśleć, że w końcu się poddał. Zignorował wewnętrzny głos, który bez przerwy szeptał o nieufności i samokontroli. Pozwolił, żeby alkohol i atmosfera miejsca całkowicie nim zawładnęły.

Dawno nie czuł się tak bezbronny. To było przerażające, a jednocześnie wspaniałe uczucie. Jakby ktoś pomógł mu w dźwiganiu ciężkiego pakunku. Ulga mieszała się z irytacją...

... bo przecież Rudolf Lestrange nigdy nie potrzebował pomocy!

Miał ochotę zaufać Remusowi i opowiedzieć mu o wszystkim, ale może właśnie dlatego milczał. Bardzo długo. Dopiero, gdy całkowicie otumanił bimbrem wewnętrznego dajmoniona, przełamał opory i przeskoczył ostatni murek graniczny, zaczął mówić. Zupełnie nie jak prawnik, który panuje nad głosem i wie, jak splatać zdania, żeby wypowiedź miała sens. Mylił się, plątał, zatrzymywał w pół słowa, mieszał wątki... Był pijany, to fakt, ale przecież cały czas patrzył na siebie z boku, jak niezaangażowany w zdarzenia obserwator! Dlaczego słowa nie słuchały mózgu? Dlaczego mimo takiej ilości alkoholu w dalszym ciągu widział dawne zdarzenia tak wyraźnie, jakby od aresztowania Rabastana minęło najwyżej kilka dni...?

Doskonale pamiętał cały proces, dzień po dniu, ze wszystkimi szczegółami. Pamiętał swoje przerażenie, gdy dowiedział się, że nie będzie mógł reprezentować brata w sądzie, czuł ten sam gniew, który o mało go wtedy nie zgubił! A Remus słuchał i nie komentował, po prostu pozwalał mu wyrzucić z siebie wszystko, co go dręczyło. Patrzył na niego niemal tak samo, jak Majster Bieda z obrazu, w pewnym momencie Rudolf zaczął się nawet zastanawiać, czy przypadkiem nie spełniło się jego życzenie i nie trafił do namalowanego świata. Ale nie. Strych był bardziej prawdziwy od zamków ze srebrnymi wieżycami, a żadna z nimf nie skosztowałaby bimbru Danny’ego O’Neila. One przecież pijały wyłącznie nektar.
– Przez chwilę myślałem o tym, żeby wyrwać Riggsowi pistolet i rozwalić czaszkę własnemu bratu.
To była prawda, rzeczywiście o tym pomyślał. Ot przebłysk, nic więcej, a jednak nie mógł o tym zapomnieć. Nawet Remusowi nie przyznał się jednak do tego, że rozważał już wcześniej taką ewentualność – wtedy, gdy dowiedział się o aresztowaniu redakcji podziemnych „Filipik”. I wtedy, gdy do Lozanny dotarła informacja o śmierci Franka Emersbacha i Edmunda Mallory’ego. To on, pośrednio, był wszystkiemu winien, w końcu poznał ze sobą obu dziennikarzy i doprowadził do powstania gazety, ale nie on przyczynił się do jej upadku! Nie zastawiał pułapek, nikogo nie torturował, nie rzucał Avadą na prawo i lewo...!

Wyrok śmierci na Mallory’ego i Emersbacha podpisał Rabastan Lestrange, wschodząca gwiazda śmierciożerców. Zaufany współpracownik Lorda Voldemorta. Jego, Rudolfa, rodzony brat.

Nigdy nie byli ze sobą mocno związani, chodzili nawet do różnych szkół. Dzieliła ich też spora różnica wieku – Rudolf uważał Rabby’ego za smarkacza, który bez przerwy pakuje się w tarapaty; patrzył na niego z góry, nie szczędził ostrych słów. Rabastan natomiast podziwiał starszego brata, ale jednocześnie go nienawidził. Starał się robić wszystko po swojemu, na przekór, byleby tylko się wyróżnić. Wychowywał się w całkiem innych warunkach, na Wschodzie, w Durmstrangu, i być może dlatego nie potrafił wpasować się w sztywne konwenanse, które rządziły życiem brytyjskiej magoarystokracji.
– Był typem ideowca. Takiego, co prędzej da się powiesić, niż zmieni poglądy. – Rudolf uśmiechnął się mimowolnie. – Rozminął się ze swoją epoką, powinien urodzić się w dziewiętnastym wieku, najlepiej na Wschodzie albo w Grecji. Mógłby wtedy walczyć o wolność. To jest niezły cel, nie uważasz?
– Całkiem sensowny. A dlaczego mówisz, że Rab był ideowcem?

Rudolf nie wątpił, że można służyć Riddle’owi z własnej, nieprzymuszonej woli. Byli tacy, co służyli. Ale pamiętał brata, gdy ten wracał na wakacje do domu i z zapałem opowiadał o magokomunizmie. O tym, że magia to wypaczenie, i że mugole stworzyli o wiele więcej wartościowych rzeczy niż magowie. Cyceron, Lukrecjusz, Dante, Szekspir... wszyscy byli mugolami! My nie potrafimy sobie z niczym poradzić, mówił, jeżeli nie podeprzemy się zaklęciami. Nawet głupi ogień rozpalamy przy pomocy różdżki! Powinniśmy zapomnieć o dumie i uczyć się od niemagicznych. Magia nie może przysłonić nam tego, co faktycznie jest ważne!
Ktoś, kto głosi takie poglądy, nie może zostać śmierciożercą.

Teoretycznie.

Bo w praktyce, Rabastan Lestrange, który przez pół życia pluł jadem na magię i arystokrację, szafował teraz Avadą i znaczył Mrocznym Znakiem mugolskie domostwa. Nic nie wskazywało na to, żeby miał z tego powodu wyrzuty sumienia.
– Gdyby to był ktoś pokroju Lucjusza Malfoya, wcale by mnie nie zdziwiła zmiana stronnictw. Nawet ja... – Wypił jednym haustem kolejną porcję bimbru. – Ja też byłbym do tego zdolny. W tej chwili mógłbym zacząć udawać gorącego zwolennika monarchii absolutnej, nie sprawiłoby mi to większych trudności. A ty byś uwierzył. Ale Rab... nie, Remus, to nie w jego stylu!
– Imperius? – Lupin zmarszczył brwi. – To przecież...
– Nielegalne, oczywiście. Ale były już podobno takie przypadki. Chociaż ja raczej myślę, że wszystkiemu winien jest Azkaban, Riddle ma swoich speców od prania mózgów...
– W takim razie, czemu się tak dręczysz? Skoro Rabastan nie został śmierciożercą z własnej woli... – urwał, bo Rudolf zaczął się śmiać. Leżał na wznak, z rękami podłożonymi pod głowę, i śmiał się tak długo, aż w końcu zabrakło mu tchu.
– A jakie to ma znaczenie? – zapytał, gdy był w stanie wydobyć z siebie głos. – Z własnej woli, czy nie z własnej, efekt jest taki sam. Masz rację, nie ma sensu się przejmować. – Zabrzmiało to bardzo gorzko, chociaż chyba nie zdawał sobie z tego sprawy. – Najlepiej w ogóle dać sobie z tym wszystkim spokój!

Gdy dowiedział się, że Rab przeszedł na stronę Voldemorta, nie mógł uwierzyć. To tak, jakby słońce nagle zaczęło wschodzić na zachodzie! Rudolf wiedział, że prawda jest płynna i na każdą rzecz można spojrzeć z różnych stron, ale mimo to potrzebował, jak każdy, stałych, które ułatwiałyby orientację niczym gwiazda polarna. Stosunki między nim, a bratem, nie układały się najlepiej, ale przynajmniej mógł być pewien, że gdy znowu zobaczy Rabastana, będzie to ten sam człowiek, który kiedyś przez miesiąc nie używał czarów, żeby udowodnić swoją rację. Wiedział, co zobaczy w jego oczach, i że najprawdopodobniej po pięciu minutach pokłócą się o jakąś błahostkę, a po godzinie Rab wyjdzie z domu, trzaskając drzwiami.

Lubił wytrącać mu z rąk argumenty. Doprowadzać do szału. Wbijać szpileczki słów tak, żeby bolało. Ale przecież kochał tego sukinsyna, kochał go tak bardzo, że z chęcią poderżnąłby mu gardło, byleby tylko nie widzieć go u boku Riddle’a! I nawet nie chodziło o samego Riddle’a i jego poronioną ideologię, tylko o to, że mężczyzna, który nosił twarz Rabastana Lestrange’a, wcale nim nie był. Gdy Rudolf rozmawiał z nim w amfiteatrze, miał wrażenie, że to całkiem obcy człowiek, przez pomyłkę wyglądający zupełnie jak jego młodszy brat. Mówił tak samo, uśmiechał się tak jak zwykle, ale... Niechby sobie służył Voldemortowi, samemu diabłu nawet, Rudolf nie miałby nic przeciwko! Byleby tylko robił to z tym samym szaleńczym zapałem, z jakim jeszcze rok temu poświęcał się magokomunizmowi.

Voldemort nienawidził magokomunistów bardziej niż mugoli, byli przecież „zdrajcami”. Dlatego nikt się specjalnie nie zdziwił, gdy pewnego dnia zaczął ich wtrącać do Azkabanu. Rozprawy sądowe były parodią, oskarżenia nie miały nic wspólnego z rzeczywistością, a ucierpieli – jak zwykle w podobnych sytuacjach – ludzie często zupełnie nie zaangażowani w walkę polityczną. Oczywiście schwytano także prawdziwych magokomunistów, między innymi Rabastana. Wpadł bardzo głupio, przez jakiś przeciek czy dokumenty znalezione podczas rewizji. W każdym razie jego sprawa wyglądała beznadziejnie i mówiono nawet, że zostanie skazany na śmierć.

Rudolf w to nie wierzył, wtedy jeszcze Riddle nie mógł sobie pozwolić na podobny spektakl, ale i tak mocno się zaniepokoił – tym razem jego brat wplątał się w naprawdę poważną aferę.
Na serio przeraził się dopiero wtedy, gdy okazało się, że nie wolno mu bronić Rabastana; mógł tylko siedzieć na widowni i czekać na ogłoszenie wyroku.

Nienawidził bezsilności.
Nie mógł się pogodzić z tym, że stracił wpływ na przebieg wypadków.

Gdy Rabastana zamknięto w Azkabanie (wyrok był łagodniejszy niż przypuszczano, „zaledwie” dwa lata odsiadki), spakował walizkę i wyjechał do Lozanny, gdzie czekała na niego narzeczona, która robiła doktorat na tamtejszym uniwersytecie. Miał nadzieję, że Bella pomoże mu zapomnieć o problemach, a zmiana miejsca dobrze wpłynie na jego samopoczucie. Mylił się.

Rabastan nie odsiedział nawet trzech miesięcy. Wyszedł odmieniony, „nawrócony” na idee śmierciożerców, i wkrótce rozpoczął krwawą działalność – jednymi z jego pierwszych ofiar byli dziennikarze „Filipik”. Nikt nie mówił o tym głośno. Szybko okazało się, że za głośne mówienie można wylądować na stryczku.
Rudolf stracił ostatnią stałą, ostatni pewnik, nie wiedział już, co robić. Świat pogrążył się w chaosie. A jednak, gdy dowiedział się, że bratu grozi niebezpieczeństwo, postanowił interweniować, chociaż czuł, że boleśnie to potem odpokutuje.

– Nigdy więcej – mówił, a język coraz bardziej mu się plątał. – Nigdy. Już nigdy nie pozwolę, żeby... – zacinał się przy każdym słowie.
Remus pomyślał, że powinien mu zabrać butelkę, nie ruszył się jednak z miejsca. Był przerażony. Nie widział wcześniej nikogo, kto upijałby się w taki sposób, samo patrzenie sprawiało ból. To nie był Rudolf Lestrange w świetnie skrojonym garniturze, Rudolf Lestrange – lew salonowy, ani nawet Rudolf dekadent, przyjaciel artystów. Remus miał przed sobą człowieka rozdartego na strzępy.

Więcej go nie zobaczę, przemknęło mu przez myśl, nie wybaczy mi, że oglądałem go w takim stanie.

Ta myśl zmroziła go do szpiku kości.

– Jesteś pijany, Lestrange. – Bardzo się starał, żeby jego głos zabrzmiał sucho. – Gdybym wiedział, że zamierzasz upić się na dramatycznie, to w ogóle nie proponowałbym bimbru. Jasne, różowo nie jest. Ale przecież znasz historię, takie polityczne dewiacje zawsze szybko się kończą. No wiesz, spirala dziejów. A twój brat, obojętnie co na ten temat myślisz, jest najprawdopodobniej pod wpływem Imperiusa i nie odpowiada za swoje czyny. To tak, jakbyś obwiniał wiatr za to, że zrywa dachy!
– Problem w tym, że ja odpowiadam za swoje czyny. Zabiłeś kiedyś człowieka, Remus? Nie, ależ skąd, nie byłbyś w stanie – skrzywił się nieładnie. – Szlachetny, dobry Gryfon, który zawsze wybiera właściwą stronę... Niech cię szlag!
– A co ty o mnie wiesz, co? – Remus zerwał się na równe nogi, też przestawał nad sobą panować. – Skąd możesz wiedzieć, czy zabiłem kogoś, czy nie? Czytasz mi w myślach? A może mam to wypisane na czole?
– Zabiłeś?
– Jestem wilkołakiem.

Zapadła cisza. Nie wierzył, że to powiedział, a jednak słowa wybrzmiały i zgasły.

– Zabiłeś...? – powtórzył Rudolf. Nie leżał już na podłodze, siedział, wpijając wzrok w Remusa.
– Nie – odparł cicho. – Być może zraniłem, ale nie zabiłem nikogo. Chociaż podczas każdej pełni mam na to ochotę... Nawet nie wiesz, ile czasu musiałem sobie tłumaczyć, że to nie moja wina!

Sięgnął po bimber. Tym razem nie markował, wypił do dna. Co go podkusiło do takich wyznań, dlaczego, do cholery, zdradził Lestrange’owi swoją tajemnicę?! Teraz tamten miał go w ręku!

A ty możesz zniszczyć jego, szepnął wewnętrzny głos, w każdej chwili.

– Teraz twoja kolej, Lupin. – Głos Rudolfa wyrwał go z zamyślenia. – Twój bimber i twoja szklanka. A przede wszystkim twoja opowieść.
– Mam ci opowiedzieć, jak to jest być dziką bestią? – prychnął i wzruszył ramionami, żeby ukryć niepewność.
– Nie. Masz mi opowiedzieć, jak to jest być człowiekiem, któremu chce się zaufać.

*

Rok wcześniej, Hogwart


Zawsze po koncercie czuł się tak, jakby właśnie wyszedł z wanny wypełnionej gorącą wodą. Przyjemnie rozgrzany, trochę ociężały, na granicy snu i rzeczywistości – emocje już zaczynały go opuszczać, ale mózg nie pracował jeszcze na pełnych obrotach.

Musiał odpocząć, to dlatego wymknął się z sali, chociaż impreza wcale się nie skończyła. Gdy grał i śpiewał, dawał z siebie wszystko, potem potrzebował trochę czasu, żeby wrócić do siebie. Niestety nie wszyscy to rozumieli. Nieźle się nagimnastykował, żeby spławić kilku natrętów, którzy żądali niekończących się bisów, albo częstowali go czymś, co z pewnością nie powinno się pojawić w szkolnej świetlicy – o dziwo, nie był to wcale sławetny bimber O’Neila, tylko jakaś zupełnie znośna whisky. Kto ją przemycił do Hogwartu wiedział jeden Merlin, w każdym razie towarzystwo raczyło się nią obficie, ignorując fakt, że w każdej chwili może zostać nakryte przez któregoś z nauczycieli. McGonagall coraz podejrzliwiej patrzyła na piątkowe spotkania zainicjowane przez redaktorów „Enigmy”, chociaż najczęściej ani O’Neil, ani Remus, ani tym bardziej Julie Moore, nie mieli nic wspólnego z wieczornymi popijawami. Po prostu młodzież uznała tej jesieni, że modernizm, omawiany właśnie na zajęciach z historii literatury, to całkiem niezła epoka. A niektórym najzwyczajniej w świecie hormony uderzyły do głów, z hormonami zaś – jak wiadomo – dyskutować nie sposób.

Remus podejrzewał, że zakaz urządzania wieczorków artystycznych, to tylko kwestia czasu. Było mu trochę żal, ale z drugiej strony i tak od pewnego czasu miał dosyć życia towarzyskiego. W gruncie rzeczy należał do ludzi kameralnych. Lubił, gdy go czytano, czy słuchano, wolałby jednak nie być aż tak rozpoznawalnym, bawiło go to zdecydowanie mniej niż Syriusza i Jima. Zawsze trzymał się trochę na uboczu, zadowalając się rolą kpiarza, obserwatora i członka Loży Szyderców, oczywiście, o ile pozwalała mu na to przynależność do wywrotowej czwórcy Huncwotów. Przyjaźń z najbardziej popularnymi sportowcami Hogwartu wcale nie należała do łatwych. Mimo to, zawsze udawało mu się zachować niezależność, swoją własną, prywatną przestrzeń życiową. Dopiero Danny O’Neil wyciągnął go z bezpiecznej jaskini, spalił wszystkie mosty, zatrzasnął tylne furtki i uniemożliwił odwrót – można było albo z nim walczyć, albo przyjąć do wiadomości odmianę losu.

O’Neil czasami zachowywał się zupełnie jak Gryfon.
Lub jeszcze gorzej.

Remus nie miał jednak najmniejszej ochoty na toczenie z góry przegranych bitew, więc po prostu robił uniki i czekał na dalszy rozwój sytuacji. Potrafił zachowywać się niemal jak Ślizgon, a w dodatku sprawiało mu to dziką frajdę. A gdy miał naprawdę dosyć, po prostu rozpływał się w powietrzu i wtedy nawet O’Neil nie potrafił go znaleźć.
Miał swoje ulubione kryjówki. Jedną z nich był schowek na detergenty znajdujący się na trzecim piętrze. Podłogi bocznego korytarzyka zdążyły zarosnąć brudem, ale Remusowi to nie przeszkadzało. Najważniejsze, że ludzie omijali ten zakątek szerokim łukiem. Nie prowadził tędy żaden z popularnych, pieszych szlaków, w okolicach nie znajdowała się żadna klasa, więc jeżeli ktoś zabłądził w te rejony, szybko wycofywał się z powrotem na klatkę schodową, bo zwyczajnie nie miał tu czego szukać. Nawet spiskowcy wybierali bardziej efektowne miejsca, takie jak lochy czy balkony, w każdej chwili grożące zawaleniem. Korytarz na trzecim piętrze, czy może raczej jedna z jego licznych odnóg, nie miał w sobie nic z chmurnego romantyzmu, przypominał raczej wnętrze jakiejś przychodni lekarskiej. Albo urzędu. Nie stały tu nawet zbroje, tak licznie rozplenione w zamku, jedyną ozdobę stanowiły kute z żelaza uchwyty na pochodnie. Światło świeciło tak niemrawo, że różdżka okazywała się niezbędnym wsparciem. Remus, wiedząc o tym, od razu szepnął odpowiednie zaklęcie. Na ścianach zatańczyły cienie, które niebezpiecznie przypominały żywe istoty.

Nie chciało mu się iść dalej, do schowka – umknął już przed ludźmi – więc równie dobrze mógł usiąść tu, na podłodze, i zagrać coś wyłącznie dla własnej przyjemności. Zdjął bluzę (i tak była skazana na rychły kontakt z wodą i proszkiem do prania), rzucił ją pod ścianę i zaczął wyciągać z pokrowca gitarę. Wtedy usłyszał szelest. Zastygł na chwilę, chcąc zweryfikować wrażenie słuchowe – okazało się, że się nie przesłyszał, rzeczywiście ktoś za nim szedł, niespecjalnie się z tym kryjąc. Czyżby O’Neil wpadł jednak na jego trop, a może to któryś z Huncwotów zamierzał spłatać mu paskudnego figla...?

– Kogo niesie? – zapytał głośno. – Danny, jeżeli to ty, za chwilę rozkwaszę ci nos! Tym razem nie żartuję!

Nikt się nie odezwał i Remus pomyślał, że być może któryś ze Ślizgonów, na przykład Gordick, chce mu się dobrać do skóry. Zacisnął palce na różdżce. Wolał być przygotowany na każdą ewentualność.

Ale to nie pałkarz Slytherinu wyłonił się z mroku. W pobliżu Lupina zmaterializował się nagle szczupły, ciemnowłosy chłopak, ubrany w przepisową szatę i krawat w barwach Domu Węża. Podłużnie wycięte oczy w kształcie migdałów bardzo przypominały oczy Syriusza, były jednak dużo ciemniejsze. Nie migotały w nich wesołe iskierki – Regulus Black nie miał wielu powodów do radości, albo po prostu jeszcze ich nie odkrył.
– Regulus? – Lupin nie potrafił ukryć zdziwienia. – Co ty tutaj robisz?
– Przepraszam, nie chciałem cię śledzić, samo tak... wyszło. – Ślizgon wcisnął ręce do kieszeni, nie patrzył Remusowi w oczy. – Mam do ciebie sprawę.
To było jeszcze bardziej zadziwiające, bo Regulus Black nie utrzymywał kontaktów ani z bratem, ani z jego przyjaciółmi. Właściwie prawie wcale z nimi nie rozmawiał – chyba, że było to naprawdę konieczne – wybierał czysto ślizgońskie towarzystwo. Remus nie miał nic przeciwko młodszemu z braci Black, wyczuwał w nim interesującą osobowość, nigdy jednak nie udało mu się nawiązać z nim bliższych relacji. W ciągu pięciu lat wymienili najwyżej kilka grzecznościowych uwag.
Czego w takim razie Regulus mógł od niego chcieć? Właśnie teraz? Tutaj? Remus miał naprawdę bogatą wyobraźnię, ale na to pytanie nie potrafił sobie odpowiedzieć. Dokończył więc rozpakowywanie gitary, a potem usiadł pod ścianą i zagrał fragment jednej ze swoich ulubionych melodii.
– Słucham – powiedział, przebierając palcami po strunach. – W czym mogę ci pomóc?
Regulus nie potrafił ukryć konsternacji, chociaż bardzo się starał. Prawdopodobnie miał ochotę odwrócić się na pięcie i uciec, nie zrobił tego jednak i nadal stał w tym samym miejscu. W końcu wyciągnął z torby jakąś mocno podniszczoną książkę, w której trzymał plik kartek, zapisanych nieładnym, trudnym do odcyfrowania pismem.
Rzucił je na ziemię, jakby pozbywał się czegoś obrzydliwego.
– Mógłbyś na to zerknąć? – Jego twarz wyrażała skrajne emocje, od nadziei, przez złość, aż do dzikiej rozpaczy. Remus czytał kiedyś opowieść o pewnym ukraińskim watażce – w tamtej chwili Regulus Black bardzo go przypominał.
To były wiersze. Gdy przeczytał kilka wersów, od razu zrozumiał, że ma do czynienia z niepoślednim talentem. Aż mu się gorąco zrobiło z wrażenia! Nie mógł sobie jednak pozwolić na wybuch entuzjazmu, bo prawdopodobnie spłoszyłby Regulusa, a przecież chciał go namówić do współpracy z „Enigmą”. Tylko spokojnie, Remus, musisz uważać na to, co gadasz, tłumaczył sobie. Jedno nieprzemyślane słówko i koniec zabawy... Na Merlina, jak to możliwe, że wcześniej się nie domyśliłem?! Przecież ten człowiek, to skarb!
– Od dawna piszesz? – zapytał, siląc się na spokój.
– Niestety od zawsze. – Tamten wzruszył ramionami. – Próbowałem przestać, ale się nie udało. Więc pomyślałem...
– ... że fajnie by było z kimś o tym pogadać? Na przykład z wariatem, który sam pisze, a na dodatek wcale się tego nie wstydzi? Bardzo dobrze, że ci się nie udało przestać, Reg, nie należy się do niczego zmuszać!
– Optymista z ciebie, Lupin. Bo ja mam wrażenie, że całe życie składa się z robienia czegoś, czego się wcale nie chce. Ale to nie ma nic do rzeczy. Przejrzysz te teksty? Nie znam się na poezji, więc nawet nie umiem powiedzieć, czy to się do czegoś nadaje...
Gra, czy naprawdę nie wie, jaki jest dobry...?
– Jasne, że przejrzę! Bardzo chętnie. Dramaty też piszesz?
– Skąd ten pomysł? – Teraz Regulus się zdziwił, ale szybko zrozumiał, o co Remusowi chodzi. – Ach, to. – Machnął książką, w której trzymał swoje wiersze. – Po prostu Schiller pasuje mi do nastroju. Na dramatach znam się tak kiepsko, jak i na poezji, przynajmniej mój kuzyn zawsze tak twierdził...
– Kuzyn?
– Nooo... przyszywany kuzyn. Rudolf Lestrange. Pewnie o nim słyszałeś, jest świetnym prawnikiem. Polubiłbyś go. Uważa, że „Maria Stuart” to jeden z najlepszych dramatów, jakie w ogóle powstały.
– Ma rację. Schiller jest ponadczasowy. Polityka, namiętności, gra charakterów... coś niesamowitego! Kiedyś widziałem niezłą adaptację, zdaje się, że w Edynburgu...
Regulus popatrzył na niego dziwnie.
– Tak, myślę, że świetnie dogadałbyś się z Rudolfem. On mówi o sztuce z takim samym błyskiem w oku, chociaż próbuje ironizować. Moi znajomi nie mieli racji – dodał po chwili. – Nie jesteś pozerem, ty faktycznie wierzysz w to, co robisz.
– Jasne, że wierzę. – Remus zmarszczył brwi. – Jak można cokolwiek robić, jeśli się temu całkowicie nie odda? Przecież to bez sensu!
– Być może. A jednak zwykle tak jest. – W głosie Regulusa zabrzmiał smutek. – No nic, nie zawracam ci dłużej głowy, pewnie chcesz zostać sam. Jak przeczytasz, daj znać. Tylko nie próbuj mnie oszczędzać, powiedz wprost, jeśli wiersze są kiepskie.
– Nie ma sprawy. Będę szczery do bólu. Oczywiście pod warunkiem, że w ogóle rozczytam twoje pismo... Bazgrzesz jak kura pazurem!
– Wszyscy mi to mówią. – Black uśmiechnął się lekko. – To u nas rodzinne.
Zupełnie normalny i sympatyczny chłopak, myślał Remus, gdy Regulus skręcał na klatkę schodową. W dodatku utalentowany i bystry. Jak to możliwe, żeby ktoś taki opowiadał się po stronie fanatyków, którzy najchętniej wymordowaliby wszystkich mugoli, z mugolakami na dokładkę...?

„Optymista z ciebie, Lupin. Bo ja mam wrażenie, że całe życie składa się z robienia czegoś, czego się wcale nie chce.”

Odłożył gitarę – nie chciało mu się już grać – i rozłożył na kolanach kartki; nie zamierzał dłużej czekać, zresztą w pokoju wspólnym Gryfonów i tak nie znalazłby ani chwili spokoju. Miał nadzieję, że gdy przeczyta wiersze, znajdzie wreszcie odpowiedź na pytanie, kim NAPRAWDĘ jest Regulus Black.
I czego się można po nim spodziewać.


Ostatnio zmieniony przez Hekate dnia Pią 23:57, 23 Sty 2009, w całości zmieniany 14 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Aurora
szefowa młodsza



Dołączył: 01 Wrz 2005
Posty: 6548
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/5

PostWysłany: Wto 9:33, 28 Paź 2008    Temat postu:

Nowy remdolf! *skacze z radości*

1. Drzewa-domy. I świat obrazów pana Lupina. Prawie jak ten Atramentowy Very Happy

2. *tuli Rudolfa* To była ciężka scena. Bo nagle, jak to Lupin zauważył, Rudolf okazuje się rozdartym na strzępy człowiekiem. *nie wie, co powiedzieć* I nie spodziewałam się wyznania Lupina. Naprawdę. W sumie, wychodzi szczerość za szczerość...

3. Regulus. Wiesz, w listach go nie czułam. Ale w "Kompleksie Raskolnikowa" okazuje się bardzo prawdziwym, bardzo poruszającym bohaterem. Fascynuje mnie. I chyba, przynajmniej dla mnie, nie ma lepszego wprowadzenia do akcji Regulusa, jak tutaj - w opustoszałym korytarzu, bez świadków, w sytuacji półmroku. I to rzucenie wierszy (i stwierdzenie, że nie chciał ich pisać, to bardzo kojarzy mi się z Tobą, huh).
I, oczywiście, wspomnienie Rudolfa. Smile

Mrr. Podoba mi się. Mignęłam mi gdzieś literówka, ale nie mogę teraz znaleźć. Jakieś "ą" zamiast "ę".

(dlaczego musiałaś podzielić, no? tak szybko się skończyło...)

Ori
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Hekate
szefowa



Dołączył: 01 Wrz 2005
Posty: 5680
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: Toruń

PostWysłany: Wto 12:14, 28 Paź 2008    Temat postu:

Poprawiłam kilka usterek, między innymi to "ą" zamiast "ę", o którym mówiłaś.
Poza tym doszłam do wniosku, że jestem durna, popełniam merytoryczne błędy, a w dodatku zdarzają mi się orty. Bleee <tłucze głową w mur>
Ale całe szczęście nikt krytyczniej ode mnie nie podejdzie do moich tekstów, bo to zwyczajnie niemożliwe :/

Jakby ktoś jeszcze jakieś błędy wyszukał (tak, tak, Kira, pamiętam o tym "Który" na początku zdania - ale widziałam niedawno w książce podobne użycie, więc sama już nie wiem, czy to błąd, czy nie...), to będę wdzięczna za wskazanie.
To samo dotyczy wszelkich nielogiczności fabularnych.

Cytat:
I to rzucenie wierszy (i stwierdzenie, że nie chciał ich pisać, to bardzo kojarzy mi się z Tobą, huh).


Hehe, Ori, no wiesz, każdy egocentryk pisze przede wszystkim o sobie Wink (aczkolwiek najwięcej moich cech ma Remus, nie Regulus) Według kryteriów takiego Sapkowskiego, w ogóle nie powinnam się tykać literatury, bo zbyt osobiste podchodzenie do niej jest zzzZUE.

W ten sposób mister Sapkowski wywala do szaletu wielu autorów, których bardzo cenię. I spory kawał tradycji literackiej *krzywy uśmieszek*


Ostatnio zmieniony przez Hekate dnia Wto 12:17, 28 Paź 2008, w całości zmieniany 2 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Black Lights
wilczek kremowy



Dołączył: 25 Wrz 2008
Posty: 27
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/5

PostWysłany: Wto 17:20, 28 Paź 2008    Temat postu:

Ten rozdział chyba podobał mi się najbardziej. Dlaczego?! To chyba oczywiste!
Przede wszystkim dlatego, że Rudolf po raz pierwszy odrzucił swoja maskę. Wreszcie możemy zobaczyć jaki jest naprawdę. Długo czekałam na to czekałam i wreszcie się dokonało!

Podobało mi się wspomnienie związane z Regulusem. Rozmawiają o dziełach i wielkich twórcach (No i wymieniają Rudolfa, który oczywiście jest bardzo obeznany)

„Optymista z ciebie, Lupin. Bo ja mam wrażenie, że całe życie składa się z robienia czegoś, czego się wcale nie chce.”

To zdanie ruszyło mnie najbardziej. Właściwie to wyłapałam je już w ich rozmowie. Cieszę się, że Lupin też zwrócił na nie uwagę. To bardzo głębokie słowa, które mi też dały do myślenia. Na dodatek bardzo wiele nam o nim mówią.

Ale przede wszystkim cieszy mnie to, w jaki sposób Lupin rozmawia z Rudolfem. Jakby byli starymi znajomymi, a przecież są po dwóch stronach batali. Bardzo lubię ich rozmowy. Obydwoje mają zupełnie inne punkty widzenia na wiele spraw. Z ciekawością przyglądam się rozwojowi ich znajomości.

Czekam na ciąg dalszy!

Pozdrawiam.
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Wyświetl posty z ostatnich:   
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum Lunatyczne forum Strona Główna -> Archiwum literackie / Fanfiki Wszystkie czasy w strefie EET (Europa)
Idź do strony Poprzedni  1, 2, 3, 4, 5, 6, 7, 8  Następny
Strona 3 z 8

 
Skocz do:  
Możesz pisać nowe tematy
Możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach


fora.pl - załóż własne forum dyskusyjne za darmo
Powered by phpBB © 2001, 2005 phpBB Group

Theme xand created by spleen & Emule.
Regulamin