Forum Lunatyczne forum Strona Główna
 FAQ   Szukaj   Użytkownicy   Grupy    Galerie   Rejestracja   Profil   Zaloguj się, by sprawdzić wiadomości   Zaloguj 

Kompleks Raskolnikowa [NZ, HP, aktualizacja: 13.05.2012]
Idź do strony Poprzedni  1, 2, 3, 4, 5, 6, 7, 8  Następny
 
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum Lunatyczne forum Strona Główna -> Archiwum literackie / Fanfiki
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Natalia Lupin
lunatyczka gondorska



Dołączył: 01 Wrz 2005
Posty: 3952
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: Minas Tirith

PostWysłany: Sob 14:15, 25 Wrz 2010    Temat postu:

Na razie przeczytałam tylko pierwszy fragment, ale obiecuję że dokończę!

Jak zwykle, reakcje na bieżąco:
#
Cytat:
Im dalej Remus oddalał się

Very Happy I cofał się do tyłu?

# Ha, Remus, moja krew! Jazz i prohibicja! Ostatnie dni przed końcem świata... Mój świat, Hekate, wspaniałość! Uwielbiam cię :}

# O matkooo, on umrze, Diggy weźmie i zginie, bo jak ktoś mówi, żeby zawsze spada na cztery łapy, to później kaput...

#
Cytat:
Wiedział, że prędzej czy później będzie musiał założyć zieloną koszulę

O matko kochana, to jest przerażający fragment. Naprawdę. To zdanie jest przerażające. Mówi zbyt wiele w zbyt małej ilości słów i przenosi mnie na poziom jakiejś innej świadomości. Jest przerażające.

#
Cytat:
Tacy ludzie, jak on, nie powinni ginąć zbyt szybko
Następne.
Dannyyyyyy!!! Aaa, ale jak to, dlaczego, no odwróć się, on tam idzie!!! Aaaa...

Generalnie przeżywam ten tekst jak film. Powinnam się trochę opanować Smile
Nawet nie wiesz, jak się cieszę, że Raskolnikow wrócił!!! Bardzo mi tego brakowało.


Ostatnio zmieniony przez Natalia Lupin dnia Sob 14:18, 25 Wrz 2010, w całości zmieniany 2 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Hekate
szefowa



Dołączył: 01 Wrz 2005
Posty: 5680
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: Toruń

PostWysłany: Nie 13:12, 26 Wrz 2010    Temat postu:

Oj Nat, się wykończysz, jak będziesz to czytać w tak obłędny sposób, jak ja to piszę Wink Bo wiesz, że mnie odbija, w doły popadam i mam generalną fazę, to ok, ale czytelników wolałabym nie zabić na śmierć, bo kto, na jaja Merlina, będzie później czytał moje teksty? Wink
(Ale z drugiej strony, bardzo mi przyjemnie, że emocje docierają, przez ekran się przedzierają i w ogóleee!)

I nie bądź taką katastrofistką. Na razie Diggy jest potrzebny, swoją drogą właśnie o nim piszę.

(Tę część knajpiarską dobrze czytać przy autentycznym jazzie z międzywojnia!)

Amadea , pewnie się powtórzę, ale cholernie lubię, jak ktoś mi mówi, że któregoś z bohaterów lubi, a któregoś nie. Bo to tak, jakby lubił/nie lubił autentycznych ludzi - znaczy, że wierzy, że mogliby istnieć. Super! Przyznam się, że do Jima mam akurat trochę sentymentu, ale rozumiem, że może irytować jak diabli. Ewolucja charakterologiczna dopiero przed nim, to oblężenie Hogsmeade nieźle dało mu do wiwatu.

A co do Rudiego... ha, jasne, jest estetą i bibliofilem, ale to tylko część jego osobowości. Ten facet jest też, przy okazji, uzależniony od adrenaliny, kocha ryzyko i uwielbia manipulować innymi ludźmi. Zaryzykowałabym nawet teorię, że ma w sobie coś z psychopaty, co, niestety, tylko dodaje mu uroku.
A poza tym, jeżeli chodzi o jego działalność śmierciożerczą, to został, tak jakby, postawiony pod ścianą. A ponieważ nienawidzi być stawiany pod ścianą, dorobił sobie całą ideologię i wmówił sobie, że to, co robi, robi dobrowolnie, dla "eksperymentu". Nie próbuję go, broń Boże, usprawiedliwiać, nawet mnie ten człowiek czasem zaskakuje - o wyprowadzaniu z równowagi nie wspominając. Po prostu staram się zrozumieć, co nim kieruje.

Dziękuję za komentarze! Smile
/uściski/


Ostatnio zmieniony przez Hekate dnia Nie 13:14, 26 Wrz 2010, w całości zmieniany 3 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zaheel
wilkołak alfa, spijacz Leśnej Mgiełki



Dołączył: 14 Sty 2006
Posty: 2478
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: z Nibyladii

PostWysłany: Pon 0:44, 27 Wrz 2010    Temat postu:

Miałam przeczytać tylko pierwszy fragment i grzecznie iść prasować, ale nie wyszło, jak zwykle. Wink
Taka knajpka marzy mi się od zawsze, spróbować tylu rzeczy, zwiedzić cały świat, bo tak to traktuję, byłoby cudownie. I pijany Luniaczek w tym wszystkim, spowity dymem tytoniowym. Ale to nie on wzbudził moje najgorętrze uczucia, to raczej Jim i Peter to uczynili. I obaj nie zaskoczyli mnie pozytywnie. Z Jima zrobiłaś strasznego dzieciucha i nieco półinteligenta, a podobno trochę rozumu miał. Zachowuje się jak dziecko z podstawówki, dopiero kiedy doświadczył wszystkiego na własnej skórze przekonał się, że coś jednak im grozi. Nie lubię tak głupiego Jamesa. Co do Petera to z kolei jest zbyt dobry i rozsądny. Co prawda mojszy nie jest debilem, ale tego tutaj można uznawać za najleszego z tej całej wielkiej czwórcy, a to już mi tochę psuje światopogląd. Przepraszam, nie lubię Petera i już, nie potrafię się wyzbyć awersji do niego, tak samo jak do Umbrige czy Hermiony.
A co do uwielbienia to kocham Danna:) Niewiele go tutaj, ale zaznaczył swoją obecność. Uwielbiam tą jego niefrasobliwość, szaleństwo, myślę, że bez problemu byśmy się dogadali. Strasznie pozytywnie też odebrała Bellę - nie jako szaloną morderczynię, jaką jest w kanonie, ale kobietę z krwi i kości, trochę paranoiczkę, ale jednak z nutką człowieczeństwa. Nad Rudim sie rozpływać nie będę, jest mój i już. ;P
Mieszane uczucia mam co do Lucjusza, Regulusa i Syriusza, a że Luca mało było to poczekam do następnego odcinka, może się coś rozwiąże. Reg w pierwszej części pokazuje stronę panikarza, takiej ludzkiej pierdoły, która nie potrafi nic zrobić. To już nawet nie jest kwestia tchórzostwa, tylko tak zwanego przeze mnie syndromu sierotki marysi, jednak w końcu udało mu się jakoś to zmienić, jak by wyrwał się z jakiegoś kokonu. Oby tak dalej. Syriusz... ja nic nie poradzę, że mam do tego faceta jakiś taki sentymet, ale jego chora duma mnie przeraża. Gdyby jeszcze miał naprawdę jakiś powód, do wściekania siean Regulusa to i owszem, ale to tylko jakieś dzikie urojenia obu doprowadziły do takiej, a nie innej sytuacji. Ma plusa, że rzeczywiście jest, jeśli nie w pełni, to przynajmniej w większości świadom sytuacji, szybko potrafi się przystosować do zaistniałej sytacji.
Czekam na jeszcze i zaznaczm, że jestem niezmiernie głodna na twojego Raskolnikowa.
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Noelle
robalique



Dołączył: 01 Wrz 2005
Posty: 2024
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/5

PostWysłany: Pon 13:52, 27 Wrz 2010    Temat postu:

Zacne i nieliche. I gdzie to się potoczy... Nie szukam jakiś konkretnych nawiązań, ale w chwilach batalistycznych po prostu nasuwają się migawki z niezliczonych polskich filmów wojennych.

Petera lubię... jeszcze lubię. Być może już niedługo przejdzie na ciemną stronę mocy. wedle kanonu to było podłe. Może Voldy zaproponuje mu wyleczenie z choroby?

Szefowa i tej jej knajpy... a ta to istny szwedzki stół wśród knajp. Muzyka skrzypcowa u Syriusza - jednak wychowanie siedzi w nim głęboko.


Ostatnio zmieniony przez Noelle dnia Pon 13:53, 27 Wrz 2010, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Hekate
szefowa



Dołączył: 01 Wrz 2005
Posty: 5680
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: Toruń

PostWysłany: Pon 16:13, 27 Wrz 2010    Temat postu:

Noeś, ja o knajpach kiedyś napiszę powieść. Tak, tak. To jest jedyny temat, który mnie kręci Wink

Łaaa, Zah, to ja zrobiłam z Jima takiego idiotę? Miał być rozpieszczonym jedynakiem, który nie do końca zdaje sobie sprawę z tego, co robi, ale idiota? Neee. On dojrzewa. Teraz będzie dojrzewać w przyspieszonym tempie. Tak, wiem, irytujący bubek, ale wyjdzie jeszcze na ludzi.

Mój Peter ma niewiele wspólnego z Peterem Rowlingowym. Sama nie wiem, jak to się stało, po prostu tak wyewoluował, no i czekają go teraz w Raskolnikowie NAPRAWDĘ ciężkie czasy Sad Zawsze fascynowały mnie postacie zdrajców, więc nie mogło ich u mnie zabraknąć.

Tak, wiem. To już nie jest świat z Harry'ego Pottera. W zasadzie nigdy nie był. Ale jeżeli czytającym to nie przeszkadza, to mnie tym bardziej!

(swoją drogą muszę się sporo nagłówkować, żeby usprawiedliwić w opowiadaniu BRAK UŻYCIA MAGII. brr, brrr. nie lubię rowlingowskiej magii, nie tutaj!)


Ostatnio zmieniony przez Hekate dnia Pon 16:13, 27 Wrz 2010, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zaheel
wilkołak alfa, spijacz Leśnej Mgiełki



Dołączył: 14 Sty 2006
Posty: 2478
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: z Nibyladii

PostWysłany: Pon 17:19, 27 Wrz 2010    Temat postu:

Może przesadziłam, ale pisałam to zaraz po przeczytaniu, ze wszytskimi emocjami na świerzo. Tak go odebrałam, może teraz popatrzę na to trochę obiektywniej.
Do do porównań do Rowling to przepraszam, ale teraz jestem na bierząco, bo czytam młodszej siostrze całą serię i tak mi to wszytsko wróciło. Mój Peter też nie jest tym rowlingowskim, ale jest nieco inny. Ten tutaj jest taki inny od tego, którego znamy, ale jeśli nie łaczyć tego z cyklem potterowskim to jest świetną postacią.
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Kira
kryształkowa dama



Dołączył: 01 Wrz 2005
Posty: 3486
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: Z <lol>andii ;)

PostWysłany: Wto 20:12, 12 Paź 2010    Temat postu:

No wreeeszcie! Wreszcie udało mi się dotrzeć do najnowszej części Raskolnikowa! Very Happy Trochę to zabrało czasu, ale musiałam najpierw przypomnieć go sobie od początku i od początku wczuć się w atmosferę tego opowiadania (udało się! ^^). A teraz do rzeczy:

Strasznie mi się podoba, że akcja opowiadania zaczęła się toczyć jednocześnie na kilku frontach! Wiem, nie pierwszy raz, ale teraz to naprawdę widocznie przyspieszyło bieg wydarzeń - super Smile I naprawdę fajnie poznać nowych bohaterów. Diggy Lesic <3 Ciekawam bardzo, co z nimi dalej zrobisz! Co do starych bohaterów, to ja po kolejnym przeczytaniu Raskolnikowa starego i nowego zauważam u siebie pewne zmiany w sympatiach i antypatiach Cool
Regulus, jak zauważyła Amadea, jest bardzo ludzki i nawet mnie to jego "sieroctwo" nie irytuje, bo - nie oszukujmy się - tak jak on zareagowałoby w takiej sytuacji multum ludzi. Ciekawi mnie co z nim dalej zrobisz i jak bardzo okażesz się w jego przypadku kanonicza, Szefowo.
Sever to mój idol Very Happy Facet ma fenomenalne podejście do życia i ludzi! Faktycznie, po co pomagać wrogowi, zwłaszcza jeśli się wpakował w bagno na swoje własne życzenie? Nie mogę się doczekać aż pojawi się kolejny raz ze swoimi trafnymi, zjadliwymi komentarzami Wink
Peter - wciąż pozytywnie. Cieszę się, że nadałaś mu głębi, u Rowling jest przedstawiony dość jednowymiarowo a przecież za zdradą, zwłaszcza w stosunku do przyjaciół, muszą się kryć wielkie dylematy.
Rudolf - kocham. Lucjusz... też kocham! Sama nie wiem czemu, przecież ani go nie ma zbyt dużo ani nie jest specjalnie likeable. Słabość do typu wrednego drania...? Może Wink
Jim faktycznie dziecinny, może nawet za bardzo, a Syriusz z kolei strasznie ostry. Ja ich zawsze postrzegałam w sposób odwrotny - Jima jako dojrzalszego a Syriusza jako wesołka i pajaca, przynajmniej na zewnątrz. Ale nie przeszkadza mi Twoja wersja, w sumie jeśli o nich chodzi jestem gotowa łyknąć wszystko jako nie-fanka Razz
Remus... no, tutaj przyznać się muszę bez bicia, że lubię go coraz mniej *ucieka przed kanonadą zgniłych pomidorów* Próbuję sobie wyobrazić realną znajomość z takim człowiekiem i wiem, że nienawidziłabym go z całego serca (chociaż nie wykluczam niechętnej fascynacji). Zbyt egoistyczny jak dla mnie, zbyt pogrążony we własnym świecie i przez to nie dostrzegający problemów innych. Goniący za czymś nieuchwytnym a zaniedbujący świat rzeczywisty. Rozumiem typ, ale nie jestem go w stanie zaakceptować. Przepraszam! Ale wypada chyba, żebym nie lubiła przynajmniej jednej postaci, prawda? Cool

Kilka literówek było, ale mniejsza z tym ^^ Czekaaaaaaaam jak jasny gwint na ciąg dalszy! I na Lucjusza i Rudolfa :* I w ogóle na wszystkich :* :* :*
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Hekate
szefowa



Dołączył: 01 Wrz 2005
Posty: 5680
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: Toruń

PostWysłany: Wto 21:23, 12 Paź 2010    Temat postu:

Aaa, literówki, aaaaa! Kiruś, ty mnie nie stresuj! Jakbyś je przypadkiem dostrzegła raz jeszcze, to daj znać, będę wdzięczna dozgonnie!

Uwielbiam twoje komentarze Smile

I faktycznie, sympatie ci się troszku pozmieniały, hi hi. Tylko Rudiemu jesteś wierna.

Oooooo-tak, masz absolutną rację, Remus to cholernie trudny człowiek. Ale gdyby taki nie był, to prawdopodobnie nigdy by się z Rudolfem nie spiknęli i nie byłoby opowiadania.

Jejku-jej, muszę się zabrać za ciąg dalszy, bo do tej pory NIE MIAŁAM KURDE CZASU!
Może w łikend.
Powrót do góry
Zobacz profil autora
emotronica
wilczek kremowy



Dołączył: 13 Paź 2010
Posty: 2
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/5

PostWysłany: Nie 0:15, 28 Lis 2010    Temat postu:

Mogę napisać bardzo krótki komentarz? Przeczytałam "Kompleks ..." jakieś dwa tygodnie temu i ciągle siedzi mi w głowie, i ciągle czuję się za mała na skomentowanie. Mała, malutka, najmniejsza. Świat, który tworzysz, bohaterowie, których kreujesz, nasycenie sztuką, które osiągasz - niesamowite. Zatracam się w Twoim świecie. I, cóż, mam nadzieję na jeszcze, jeszcze! O, i cudowna polityka. Można wymieniać, wymieniać, wymieniać. Przy następnym odcinku - obiecuję - napiszę coś konstruktywnego. Na razie nadal jestem przez ten tekst "przygniecona" i nie potrafię objąć kunsztu całości - przepraszam.
Dla mnie jesteś czarodziejem słowa - piszesz dokładnie tak, jak lubię. Niebanalnie. Swojo. Zaraz zasypię Cię górą cukru. Egoistycznie mam nadzieję, że "Kompleks ..." potoczy się dalej, bo chyba bym nie wybaczyła, gdyby utknął w martwym punkcie.
Weny, weny, weny. Ośmielam się prosić o więcej.
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Kira
kryształkowa dama



Dołączył: 01 Wrz 2005
Posty: 3486
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: Z <lol>andii ;)

PostWysłany: Wto 20:34, 24 Maj 2011    Temat postu:

Szefowo:

MOOOOAR!!!

Plz? Crying or Very sad
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Hekate
szefowa



Dołączył: 01 Wrz 2005
Posty: 5680
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: Toruń

PostWysłany: Pią 16:55, 27 Maj 2011    Temat postu:

Łojej.
Auć.
To była bolesna przypominajka, Kiruś.
Chyba potrzebuję kopa w dupę albo jakiegoś wewnętrznego przymuszacza - albo inspiracji - bo od dawien dawna nie otwierałam pliku z Raskolnikowem. Ten plik mnie przeraża. Jest groźny i szczerzy kły.
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Kira
kryształkowa dama



Dołączył: 01 Wrz 2005
Posty: 3486
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: Z <lol>andii ;)

PostWysłany: Pią 19:43, 27 Maj 2011    Temat postu:

Hm, już raz próbowałam kopem w tyłek zmobilizować do pisania ale nic to nie dało, więc pozostaje mi tylko mieć nadzieję, że wena jakoś sama do Ciebie wróci, bo to byłby już... tak, czwarty fanfik do którego się przywiązałam, a który zostałby niedokończony. Nie wolno tak łamać czytelnikowi serduszka Sad
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Hekate
szefowa



Dołączył: 01 Wrz 2005
Posty: 5680
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: Toruń

PostWysłany: Pią 22:14, 27 Maj 2011    Temat postu:

No ja wiem Sad Ale przecież kiedyś skończę, prawda? Obiecuję, że niedługo się temu przyjrzę - muszę sobie przypomnieć, co chciałam napisać dalej.
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Hekate
szefowa



Dołączył: 01 Wrz 2005
Posty: 5680
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: Toruń

PostWysłany: Śro 18:46, 29 Lut 2012    Temat postu:

Ciąg dalszy Raskolnikowa nie powstałby, gdyby nie Fritz-Dietlof von der Schulenburg.

A także:
pułkownik Claus von Stauffenberg,
Hans Hellmut Kirst,
John le Carré,
Marek Licyniusz Krassus,
Marek Tuliusz Cyceron i jego przyjaciel Attyk,
Kira i Angua.


Betowała Vianne (dziękuję!)




Część czwarta
Piołunówka na ostro




Piwnica, czy raczej miniaturowa spiżarnia, w której ukrywali się od wielu dni (nie wiedzieli, od ilu dokładnie, bo dawno stracili rachubę czasu) była ciasna i piekielnie niewygodna. Spali na siedząco. W dodatku umierali z gorąca i gdyby istniała taka możliwość, zdarliby z siebie nie tylko ubrania, ale i skórę, byleby tylko poczuć się lepiej. Siedzieli półnadzy, niezdolni by czuć skrępowanie, i dzielili się ostatnią butelką wody, która robiła się coraz bardziej pusta. Żeby zabić czas, Scypion po raz kolejny głośno czytał artykuły z „Proroka” – gazetę podarował im właściciel kamienicy tej nocy, gdy dla bezpieczeństwa zamknął ich na dole, obiecując, że „nieprzyjemności” potrwają najwyżej dzień lub dwa. Nigdy nie wrócił. Nie wiedzieli, czy został aresztowany, czy po prostu uciekł, ale mieli jak najgorsze przeczucia i byli coraz bardziej zdesperowani.

Cassie bez przerwy mdlała, a gdy się budziła, co zdarzało się nader rzadko, w dalszym ciągu przebywała w innej rzeczywistości, monologując po hebrajsku i patrząc na pozostałych niewidzącymi oczami. Trudno powiedzieć, czy dręczył ją dar Widzącej, czy po prostu nie mogła wyjść z szoku. Prawdę powiedziawszy, żadne z nich nie mogło, bo to, co widzieli i słyszeli, przechodziło ludzkie pojęcie. Najlepiej trzymał się, oczywiście, niezmordowany Diggy Lesic, ale nawet on nie miał już sił na żarty i ironiczne komentarze, w pewnym momencie po prostu zamilkł i od tej chwili odzywał się bardzo niechętnie. Josie tuliła się do niego, jakby i bez tego nie było im zbyt gorąco, i pochlipywała, głośno pociągając nosem – potargana i spuchnięta wyglądała jak kupka nieszczęścia. Zupełnie nie przypominała tej wyluzowanej, ślicznej dziewczyny, która nie tak dawno – lub, inaczej rzecz ujmując, kilka dziesięcioleci temu – zachwycała się jazzem (i Garrym Fontainem) w pubie Mariusa Grindberga. Teraz była przede wszystkim śmiertelnie przerażona, bo od dziecka cierpiała na klaustrofobię i ciągle miała wrażenie, że się dusi. Nie umieli jej pomóc, z własnymi demonami musiała sobie poradzić sama.
– To jest tak niedorzeczne, że aż mnie skręca! – Tłumaczył po raz tysięczny Scypion, który, dla odmiany, stres rozładowywał, wdając się w niekończące się monologi. Gadał niemal bez przerwy, o wszystkim, od mitologii egipskiej począwszy, na nowinkach motoryzacyjnych skończywszy. Najczęściej jednak perorował na tematy polityczne, snuł daleko idące analizy i zamęczał wszystkich wnioskami, które były nie tyle głupie, co koszmarnie oczywiste. – Przecież wszyscy wiedzą, że magokomuniści nie mieli z tym nic wspólnego! Nigdy nie byli zbyt silni, a po aferze z szubienicami ich organizacja po prostu się rozpadła. Czy Riddle naprawdę sądzi, że jesteśmy tacy głupi, żeby uwierzyć w bzdury wyssane z palca?
– To bez znaczenia. – Gerda otarła pot z czoła. Jej oczy błyszczały od gorączki. – Nawet największa bzdura powtarzana bez końca, prędzej czy później, staje się prawdą. Powszechnie obowiązującą. I biada temu, kto zacznie się bawić w rozbieranie jej na części pierwsze…
– Ale…
– Nie pierdol, Scypio – przerwał mu Diggy, bawiąc się włosami Josie, która zapadła w końcu w niespokojną drzemkę. – Pan dyktator potrzebował kozła ofiarnego, to go sobie znalazł. I gówno go obchodzi, czy to kozioł wiarygodny, czy może oszust w koźlej skórze. Po co bawić się w niuanse, skoro ma się ludzi, broń i fajne więzienie z dużą ilością fajnych maszynek do łamania kości?
– Jezu, mam nadzieję, że mojej siostrze nic się nie stało… – szepnęła Gerda, porażona wizją sali tortur. – Nie mogę przestać o tym myśleć. Edda zawsze miała talent do pakowania się w tarapaty. I jeszcze ten małoletni Ślizgon… – Zagryzła wargi. – Od razu mówiłam, że to się nie może dobrze skończyć.
– Oj daj spokój – odparł Scypion. – O’Neil ma swoje wady, ale przecież nie on stoi za masowymi aresztowaniami. Poza tym, to raczej twoją siostra go zdeprawowała, a nie odwrotnie. Miejmy nadzieję, że nikt z naszych nie ucierpiał. Jak ich znam, to siedzą teraz w jakiejś piwnicy, grają w karty i gadają o „Wspomnieniach z domu umarłych”, zapijając smutki gorzałą.
– Oby – mruknęła, niezbyt przekonana. – Oby.
Podczas Nocy Długich Różdżek (jak zaczęto nazywać pamiętną noc aresztowań), byli Bunkierkowcy – malarka Edda, Gerda i ich przyjaciele – spędzali czas w jednej z zagubionych w czasie knajp Mariusa Grindberga. Riddle, trudno powiedzieć z jakiego powodu, zrezygnował z urządzania obławy w tym miejscu, ale członkowie bohemy byli zbyt dobrze znani, żeby cieszyć się świętym spokojem. Jeden ze śmierciożerców rozpoznał w nich groźnych opozycjonistów, a oni, ponieważ mieli już mocno w czubie, zamiast się poddać, na atak odpowiedzieli atakiem. A potem zaczęli uciekać. W trakcie tej szaleńczej gonitwy, musieli się rozdzielić, dlatego teraz Gerda nie miała pojęcia, co się dzieje z jej siostrą, z Jurijem, i z pozostałymi. Przez długi czas błąkała się sama, oszalała ze strachu, więc gdy w końcu, w jakimś zaułku, natknęła się na Scypiona, niosącego na rękach nieprzytomną Cassie, nie posiadała się ze szczęścia. Wkrótce do ich grupy dołączyli Diggy Lesic i Josie Moreno, którzy nie należeli wprawdzie do „towarzystwa”, ale Bunkierkowcy znali ich na tyle dobrze, by spróbować im zaufać. Od tej pory trzymali się wszyscy razem.
– A wracając do Riddle’a… – Scypion nie dawał za wygraną, uporczywie wracał do tego samego tematu. – Nie doceniliśmy drania. Cholera! Sam byłem pewien, że to tylko figurant, zabawka w łapach starego Blacka i innych zmurszałych grzybów! Jak, do diabła, mogliśmy pozwolić śmierciożercom na taką akcję?
– Och, on po prostu broni nas przed tymi paskudnymi, krwiożerczymi magokomunistami! Nie rozumiesz? – Lesic uśmiechnął się nieładnie. – Zasłużył na naszą wdzięczność. Dzięki niemu możemy się cieszyć spokojnym, szczęśliwym i dostatnim żywotem, aż po rychły kres naszych dni. Amen.
– Jestem półkrwi. – Rzuciła nagle Gerda i rozebrała się do stanika. Miała gdzieś, czy będą się gapić na jej cycki, czy też nie. – Myślicie, że mogę mieć z tego powodu jakieś nieprzyjemności?
– Jeśli nie jesteś przy okazji magokomunistką, cyklistką, masonką, Żydówką i lesbijką, ani, byłbym zapomniał, opozycyjną pisarką, obracającą się w podejrzanym towarzystwie, to prawdopodobnie jakoś przeżyjesz O ile, rzecz jasna, wydostaniemy się kiedyś z tej cholernej piwnicy… A tak w ogóle, Matt Tyler jest mugolakiem. – W głosie Lesica nagle zadźwięczał niepokój. – Mam nadzieję, że stary drań nie dał się złapać.
– Wiecie co? Można by sprawdzić, czy te drzwi faktycznie są zabezpieczone magią... – zauważył Scypion. Pozostali popatrzyli na niego jak na idiotę.
– Po dziesięciu próbach nadal nie możesz w to uwierzyć? – zironizował natychmiast Diggy. – Są. Naprawdę. I, o ile dobrze pamiętam, to był twój własny, autorski pomysł. Jak zwykle genialny.
Zamilkli na chwilę, wsłuchując się w ciężki oddech Cassie. Nie mieli sił na kłótnie. Powoli zaczynali popadać w zobojętnienie.
– Trzeba było uważniej słuchać, co mówiła. – Gerda westchnęła, zerkając na wciąż nieprzytomną koleżankę. – Ona zawsze wiedziała więcej niż inni.
– Ale nie umiała tego zwerbalizować. No wiesz, to takie mitologiczne. – Scypion nie zamierzał obrażać się na Lesica, jego odzywki dawno przestały sprawiać mu przykrość. Zresztą facet miał rację: to on, we własnej osobie, poprosił o magiczne zabezpieczenie drzwi od zewnątrz, przez co wszyscy znaleźli się w pułapce. Nie wolno ufać nieznajomym, którzy bezinteresownie oferują pomoc. Tacy ludzie rzadko miewają dobre zamiary – a jeśli, przez przypadek, naprawdę je mają, perspektywa wyrywania paznokci dziwnie łatwo rozwiązuje im języki. – Cholera, ciekawe, co się teraz dzieje z Rudolfem. I Teddym. Oddałbym wszystko, za dzisiejszy numer „Magicznych Słówek”!
– Naprawdę sądzisz, że „Słówka” nadal funkcjonują? – Gerda wachlowała się bluzką, ale niewiele to pomagało. Ukrop stawał się nie do wytrzymania. – Na moje, zamknęli je od razu, a dziennikarzy wsadzili do Twierdzy. To była tylko kwestia czasu. Teddy Gardin powinien wyjechać już ładnych parę miesięcy temu, przecież wszyscy mu to mówiliśmy! Ale nie, on się uparł. Stary palant.
– Idealiści tak mają. – Lessic nie wydawał się zbulwersowany głupim postępowaniem dziennikarza. Wręcz przeciwnie. Chyba mu nawet zazdrościł odwagi. – A o Lestrange’a się nie martwcie – dodał. – On akurat idealistą nie jest w najmniejszym stopniu. Zdaje się nawet, że gra teraz po drugiej stronie…
– Że niby dołączył do śmierciożerców? – Scypion uniósł brwi. – Jaja sobie robisz? Rudolf to machiavellista, on nie należy do żadnego obozu!
– Ano, machiavellista – zgodził się Diggy. – I pewnie dlatego widziałem go u Grindberga w towarzystwie Lucjusza Malfoya i paru innych pupilków Toma Riddle’a. Wyglądali na całkiem zaprzyjaźnionych.
– Nie wierzę. – Gerda wydęła wargi. – Rudolf nie ma w sobie nic z żołnierza, nie chciałoby mu się babrać w gównie. Po co miałby to robić, skoro stać go na luksusowe życie daleko stąd, na jakiejś ciepłej wyspie?

Diggy pokręcił głową, ale nie skomentował, w porę ugryzł się w język. Mógłby im, oczywiście, opowiedzieć parę ciekawych historyjek na temat Rudolfa Lestrange’a, uznał jednak, że to kiepski pomysł – okoliczności niezbyt sprzyjały opowieściom o zakazanych rozrywkach i krwawych jatkach. Jedno było pewne – ani Scypio, który grał wysublimowanego arystokratę, a w gruncie rzeczy miał duszę naiwnego farmera, ani wiecznie zazdrosna o siostrę Gerda, kompletnie nie znali Lestrange’a, chociaż widywali go kiedyś niemal codziennie. Natomiast Diggy Lesic, który nie rozmawiał z nim ani razu, wiedział i rozumiał o wiele więcej – bo potrafił, przynajmniej we własnym mniemaniu, wyciągać z przesłanek logiczne wnioski. Naprawdę chciałbym tego faceta kiedyś przelecieć… intelektualnie – myślał, nawijając na palce długie pukle włosów Josie. Lubił kobiece włosy. Pewnie gdyby nie został specem od pijaru, zająłby się fryzjerstwem. To byłaby niezła jazda! Prawie jak dragi. I seks. Tak, Diggy naprawdę marzył o tym, żeby spotkać Rudolfa Lestrange’a, marzył o tym od dawna, ale był na tyle rozsądny, żeby nie próbować tego marzenia zrealizować. Wiedział, że niektórym kaprysom w żadnym razie nie należy folgować.
– Teddy Gardin to materiał na pomnik. – W czarnych oczach Scypiona błysnęło coś dziwnego, ni to zawiść, ni to współczucie. – O takich ludziach czyta się w podręcznikach. No wiecie: poświęcił się dla Narodu, oddał życie dla Sprawy, i tak dalej. Schody zaczynają się dopiero wtedy, gdy trzeba zejść na ziemię…
– Myślałem, że Gardin to w miarę normalny facet. – Lesic oddałby wszystko za papierosa, nikotynowy głód coraz bardziej mu doskwierał. – W przeciwieństwie do paru jego narwanych kumpli. Pamiętacie tego anarchistę, Franka Emersbacha? – znacząco zawiesił głos. – Noo, to był dopiero wariat, w dodatku z kompleksem zbawiciela.
Ze zrozumieniem pokiwali głowami – o Franku Emersbachu trudno było zapomnieć. Jego podziemna działalność stała się legendą, a o redakcji opozycyjnych „Filipik” opowiadano niestworzone historie. Swego czasu, znajomość zamieszczanych w gazecie artykułów, należała do dobrego tonu i wszyscy dyskutowali wyłącznie na ten temat. A gdy w końcu śmierciożercy zareagowali i zarówno Emersbach, jak i jego wspólnik, dziennikarz Ed Mallory (nota bene przyjaciel Gardina i najlepsze pióro magicznej Wielkiej Brytanii) zniknęli w tajemniczych okolicznościach, na ludzi padł blady strach. Nawet najwięksi optymiści, którzy bagatelizowali dotąd zarówno Toma Riddle’a, jak i program jego partii, zaczęli zmieniać zdanie. Musieli przyznać, że sytuacja polityczna robi się coraz bardziej napięta – a działania śmierciożerców wymykają się spod kontroli.
– A wiecie, że podobno Emersbach miał romans… – zaczęła Gerda, ale urwała w połowie zdania. Nagle rozległ się szum, przypominający trzepot ptasich skrzydeł. Scypion poderwał się na równe nogi i zaklął szpetnie, bo uderzył głową w sufit – zupełnie zapomniał, że pomieszczenie jest bardzo niskie. Diggy natomiast nawet nie drgnął, wpatrzył się tylko w drzwi, jakby chciał je przewiercić wzrokiem.
– Co to było? – szepnęła Gerda. Znowu była bliska histerii. – Słyszeliście te dźwięki?
Diggy niecierpliwie machnął ręką, więc ukryła twarz w dłoniach i zamilkła, wstrzymując oddech. Skamienieli na kilka sekund, oczekując ciągu dalszego – i rzeczywiście, szum powtórzył się raz jeszcze, tyle tylko, że tym razem usłyszeli także słowa; ktoś usiłował zdjąć z drzwi zaklęcia zabezpieczające.
– Diggy…? – Josie obudziła się nagle i chciała wstać, ale Lesic ją powstrzymał. Porozumieli się ze Scypionem wzrokiem: już dawno ustalili, że nie dadzą się aresztować i prędzej sami palną sobie w łeb Avadą, niż pomaszerują do Twierdzy, potulni jak owce prowadzone na rzeź. – Co…?
I wtedy puściło ostatnie zaklęcie, a drzwi otworzyły się, wpuszczając do malutkiej komórki powiew chłodnego powietrza.

*

Najpierw wróciły dźwięki. Pojawiały się pojedynczo, w pewnych odstępach czasowych: buczenie prądu (nieosłoniętych kloszem żarówek nigdy nie wyłączano) splotło się z kapaniem wody z niedokręconego kranu, a potem do linii melodycznej dołączyło bicie serca i szelest siennika. Rytmicznym dopełnienie symfonii okazały się krzyki, urywane i rozpaczliwe, dobiegające zza ściany – czasem zmieniały się w jęki, innym razem przechodziły w szloch, który doszczętnie burzył harmonię utworu.

Gdy Teddy Gardin wydostał się nareszcie z bezdźwięcznej pustki i trafił do świata dźwięków, w jednej chwili zbombardowały go zapachy. Były intensywne i wszechogarniające, a jednocześnie na tyle nieokreślone, że nie dało się ich przypisać do konkretnych substancji. Drażniły zmysły, sprawiały ból. Przez twarz Gardina przemknął skurcz – mężczyzna jęknął i z trudem przekręcił się na drugi bok, ale wciąż nie był w stanie otworzyć oczu. Pod powiekami wrzała feeria obrazów, świetlne wybuchy i potoki kolorów wbijały się prosto w mózg, uniemożliwiając powrót do rzeczywistości.

A jednak mur oddzielający sen od jawy zaczął w końcu kruszeć, przepuszczając nie tylko dźwięki i zapachy, lecz także czysto fizyczne dolegliwości, które do tej pory, szczęśliwym zrządzeniem losu, pozostawały w uśpieniu. Kręgosłup pulsował tępym bólem, złamana, a później brutalnie nastawiona noga, zdawała się być żywym stworzeniem, które marzy o tym, by oderwać się od ciała i ruszyć własną drogą. Oparzenia i rany zaogniły się do tego stopnia, że zaczęły przyprawiać o mdłości. To właśnie atak torsji – bezowocny, bo żołądek Gardina od dawna był pusty – ostatecznie włączył świadomość i Teddy przytomniej rozejrzał się dookoła. Jeszcze przez chwilę nie bardzo wiedział, gdzie się znajduje i co się właściwie stało, ale amnezja szybko minęła. Jęknął, przyciskając dłonie do czoła. Wspomnienia bolały bardziej niż wszystkie połamane kości razem wzięte.

Nie mógł się dłużej oszukiwać: zaklęcia, rzucane przez Rudolfa Lestrange’a nie były częścią spektaklu, przygotowanego na użytek Malfoya i jego bandy. Rudolf strzelał po to, żeby trafić do celu. Nie wolno ci o tym myśleć, to do niczego nie prowadzi. – Teddy zagryzł wargi do krwi, metaliczny posmak znowu wywołał mdłości. Bardzo chciało mu się pić, nie pił od wielu godzin a może nawet dni, dekad, stuleci. Nie miał siły, żeby podejść do kranu. Nie wolno – tłumaczył sobie gorączkowo, ale mimo to, jak na złość przypominały mu się wieczory spędzone z Rudolfem, partie szachów, dyskusje przy koniaku, wspólne milczenie… To było nie do zniesienia. Celował prosto we mnie. We mnie. I w końcu, skurwysyn, trafił. Nawet mu ręka nie zadrżała.

Wtedy, w ten feralny dzień, nie miał czasu się zdziwić, gdy zobaczył w swoim domu Lestrange’a u boku Lucjusza Malfoya – musiał się bronić, zaklęcia, jedno straszniejsze od drugiego, bez przerwy przeszywały powietrze. Mieszkanie płonęło. Dobrze wiedział, że nie pokona w pojedynkę oddziału śmierciożerców, nie był idiotą, ale mimo to nie zamierzał poddawać się bez walki. Na pewno nie po tym, jak Bernard osunął się na podłogę, ugodzony Avadą przez Waldena Macnaira. Gdy to zobaczył, wstąpiła w niego jakaś dzika energia, absolutne szaleństwo: walczył za dziesięciu i używał zaklęć, o których znajomość nigdy by się nie podejrzewał. W dodatku tańczył jak akrobata na linie, unikając świetlnych pocisków, chociaż od lat nie uprawiał żadnych sportów i nie używał mięśni. Był przerażony. Był wściekły. Miał zamiar drogo sprzedać swoje życie, zabierając ze sobą tylu bandytów Riddle’a, ilu zdoła

Chociaż tak naprawdę zależało mu tylko na jednym z nich.

Głos Rudolfa, gdy rzucał kolejne klątwy, brzmiał przerażająco pewnie i spokojnie, nie wyczuwało się w nim wahania. Przecież o tym wiedziałeś. Wiedziałeś, do czego jest zdolny – myślał gorączkowo, walcząc z falą rozpaczy i mdłości. Spróbował usiąść, ale był tak słaby, że starania zakończyły się fiaskiem. Ból odbierał mu siły, doprowadzał do obłędu. Podobnie jak krzyki nieszczęśnika z sąsiedniej celi. Sam jesteś sobie winien, Tedzie Gardin. Naprawdę myślałeś, że potrafisz okiełznać tornado? Naprawdę? – prawdopodobnie parsknąłby śmiechem, gdyby nie połamane żebra. – To teraz masz za swoje: tornado przyszło i cię zmiażdżyło. Zgnijesz w tym cholernym lochu, a on…

… on przekroczył granicę i nic go już nie powstrzyma! Nawet ten uroczy, nastoletni poeta, któremu się wydaje, że pozjadał wszystkie rozumy.

Teddy wiedział, że potem jest o wiele łatwiej. Dawno temu trochę polował. Najpierw umyślnie chybiał, żeby przypadkiem nie skrzywdzić „pięknego jelonka” lub „uroczego zajączka” (jego wuj–myśliwy nie szczędził mu sarkastycznych uwag, estetyczno-moralne kryteria były mu obce), ale gdy zabił po raz pierwszy, coś się w nim pozmieniało. Nie od razu to zrozumiał. Na widok dogorywającego zwierzęcia o mało nie zalał się łzami, to było straszne przeżycie, ale gdy po kilku miesiącach znowu wziął do ręki sztucer, bez wahania zastrzelił kuropatwę. Potem jeszcze jedną. I jeszcze. Nie czuł nic, absolutnie nic, nawet odrazy do samego siebie. Do domu wrócił z tuzinem ubitych ptaków, które bez słowa rzucił na stół w kuchni. Wuj spojrzał wtedy na niego z mieszaniną niedowierzania i dumy, nie powiedział ani jednego słowa. Od tego czasu traktował jednak chrześniaka nieco inaczej, bez ironii, jakby nareszcie zobaczył w nim pełnoprawnego członka rodziny.

Atak histerii więźnia z sąsiedniej celi osiągnął apogeum, krzyki zmieniły się w zwierzęce wycie. W dodatku nieszczęśnik zaczął walić w ścianę pięściami – lub może własną głową – a monotonne uderzenia całkowicie uniemożliwiały Teddy’emu zebranie myśli. Z jednej strony było to dla niego błogosławieństwem, podobnie jak wcześniejsza utrata przytomności (nie myśleć, nie myśleć, NIE MYŚLEĆ), ale z drugiej – coraz większym, czysto fizycznym, utrapieniem. Miał wrażenie, że w jego mózgu zagnieździł się zespół bębnistów, który w nieskończoność katuje jeden i ten sam utwór. Jego palce mimowolnie wystukiwały rytm… tam, tam–tam, tamtamtam, tam… W końcu nie wytrzymał i krzyknął na tyle głośno, na ile pozwoliły mu zmaltretowane struny głosowe:
– Zamknij się wreszcie!
Łomotanie na chwilę ucichło, podobnie jak krzyki, ale chwilę później koncert zaczął się znowu. Tym razem Teddy wyłapał z bełkotu sąsiada kilka sensownych słów, nie potrafił jednak wywnioskować na ich podstawie, z kim ma do czynienia. Zrozumiał tylko, że nieznajomy cierpi na ciężką odmianę klaustrofobii i wkrótce zrobi sobie krzywdę, jeżeli nie zostanie przeniesiony do większej celi.
– Cudownie – mruknął do siebie i po raz kolejny spróbował się podnieść. Bolało jak wszyscy diabli, ale chyba zaczynał kontrolować własne ciało, bo po nieskończenie długim czasie udało mu się podpełznąć do przeciwległej ściany. Był z siebie dumny. Parę razy wydawało mu się, że serce wyskoczy mu z piersi, całe szczęście jednak skończyło się na zadyszce, zawał nie był mu jeszcze pisany. Potem co najmniej kwadrans siedział bez ruchu, oparty o chłodny mur celi i próbował uspokoić oddech. Krople potu ściekały mu po twarzy i znikały za kołnierzem koszuli.
– Uspokój się, to nic nie da – powiedział bardziej do siebie, niż do drugiego więźnia, bo nie bardzo wierzył, że tamten go usłyszy. Mur nie był zbyt gruby, a nieszczęśnik zza ściany znajdował się w zupełnie innej rzeczywistości. – Zrobisz sobie krzywdę. A oni przyjdą i cię dobiją.
Nawet, gdyby bardzo chciał, nie potrafiłby pomóc temu człowiekowi. Nie był w stanie. Chwilę później rozległ się przeraźliwy, nieludzki wrzask, który trwał i trwał, a od jego siły o mało nie zawaliły się ściany – z sufitu posypał się tynk, przykrywając posadzkę kredowym pyłem. To był udźwiękowiony strach, przejaw absolutnej rozpaczy. Głębinowe pokłady emocji, które w żadnym wypadku nie powinny wydostać się na powierzchnię.
– DUSZĘ SIĘ! DUSZĘ SIĘ! NIE MOGĘ ODDYCHAĆ!
Żarówki w celi Gardina zaczęły się niebezpiecznie kołysać, potem mrugać, wreszcie pękły z trzaskiem, plując wokół iskrami i odłamkami szkła. Gardin zasłonił twarz, więc szklane drobinki poraniły mu ręce aż do łokci. Nawet tego nie poczuł. Dopiero gdy otworzyły się drzwi i do celi wpadło zimne, niebieskawe światło z korytarza, zobaczył, że jego koszula jest całkiem czerwona od krwi.
– No, no – mruknął strażnik, podejrzliwie taksując wzrokiem pomieszczenie. Był nieduży, nieforemny i wyglądał tak, jakby spędził co najmniej dwadzieścia lat w łagrze. Sądząc po odgłosach, jego kolega właśnie masakrował drugiego więźnia; krzyki zmieniły się w jęki, charkot, a potem całkowicie ucichły. Słychać było jedynie głuche uderzenia. – Niezły numer z tego naszego kochasia zza ściany, czyż nie? Kto by pomyślał. Mimo blokady rzuca sobie zaklęciami jak jakiś Merlin. Się nie martw, zrobimy z nim porządeczek. Właściwie to już zrobiliśmy, prawda Albercie? – wyjrzał na korytarz. – O tak, Albert mówi, że wszystko załatwione. Możemy się przeprowadzić.
– Do…kąd? – Gardin został brutalnie postawiony na nogi, więc pytanie niemal ugrzęzło mu w gardle. Okazało się, że strażnik jest nadspodziewanie silny, pod brudnym kombinezonem grały mięśnie, wytrenowane przy ścinaniu tajgi syberyjskiej. Albo dżungli amazońskiej. Skojarzenia, jedno dziwniejsze od drugiego, jak szalone przemykały przez głowę Teddy’ego Gardina, podczas gdy jego ciało całkowicie poddało się cudzemu kierownictwu. Bez pomocy śmierciożercy nie potrafił zrobić ani jednego kroku.
– Na dół, rzecz jasna. – Strażnik był urodzonym gawędziarzem. Dźwięk własnego głosu sprawiał mu wielką przyjemność. – To są cele przejściowe, musimy je zwolnić dla kolejnych gości. A właśnie – zreflektował się nagle. – Jaki ja nieuprzejmy! Nazywam się Amycus Carrow i jestem pańskim wiernym fanem, panie Gardin, z zainteresowaniem śledzę pana karierę! To znaczy śledziłem. Co jakiś czas proszę dyżurnego, żeby mi przyniósł z góry egzemplarz tej waszej gazetki, zawsze to jakaś rozrywka na nocnym dyżurze. Naprawdę bardzo mi przykro, że nie przeczytam już w „Magicznych Słówkach” pańskiego felietonu…

Teddy nie skomentował. Półprzytomny z bólu zawisł na strażniku, który z wprawą targał go w kierunku schodów. Właściwie musiał go niemal nieść, co nie było proste, bo dziennikarz nie należał do ułomków. Tuż za nimi podążał gigantyczny rudzielec o imieniu Albert, dźwigając drugiego więźnia, jakby ten był workiem kartofli. Mężczyzna kwilił co jakiś czas jak małe dziecko, co pozwalało przypuszczać, że jeszcze żyje, chociaż jest bardzo ciężko ranny.
Wędrowali po wąskiej, metalowej kładce, która slalomem wiła się w dół, przechodząc gdzieniegdzie w niezbyt okazałe schody. Po jednej stronie znajdowały się cele, oddzielone od korytarza polakierowanymi na szaro drzwiami, natomiast po drugiej, tuż za sięgającą klatki piersiowej poręczą, rozpościerała się przepaść.
Twierdza sprawiała wrażenie tymczasowej siedziby, skleconej naprędce i byle jak z materiałów, które śmierciożercy zdobyli w ostatniej chwili – przeważał metal i beton, bez żadnych ozdobników. Oto sztuka nowoczesna – pomyślał Teddy z ironią, patrząc pod nogi. Przez pręty, z których zbudowano kładkę, widać było dolne piętra, bliźniaczo podobne do tych górnych – zmieniały się tylko numery na drzwiach. Stawały się coraz mniejsze. Gardin wolał się nie zastanawiać, co też może skrywać najniższe piętro, umiejscowione w samym sercu tych metalicznie połyskujących piekieł, miał wrażenie, że prędzej czy później i tak się tego dowie. A potem zabierze sekret do grobu.
– Zgaduję, że myśli pan o „Boskiej komedii” – zarechotał Carrow, ciągnąc dziennikarza po kolejnych schodach. Tamten nawet nie próbował się opierać. – Ale niech się pan postara iść samodzielnie, dobrze? O tak, od razu lepiej, noga za nogą, powoli. A wracając do Dantego… Coś w tym jest, przyznaję. Szef podarował mi tę książkę, gdy przyszedłem tutaj pierwszego dnia. Gdybym go dobrze nie znał, pomyślałbym, że stara się być dowcipny!

Nagle, gdzieś na górnych piętrach, rozległ się potężny huk, a potem do Gardina dotarły strzępy zniekształconych przez echo rozmów. Do Twierdzy wprowadzono nowych więźniów, którzy, na widok monumentalnej, metalowej konstrukcji, przypominającej rusztowanie, reagowali w najróżniejszy sposób – jakaś kobieta wybuchła płaczem, ktoś przeklinał, ktoś inny starał się uspokoić pozostałych. Wszyscy byli przestraszeni i zdezorientowani.
– Przecież nie zamkną nas w więzieniu bez procesu! Wielka Brytania to państwo prawa! – Gardin skrzywił się, gdy to usłyszał, natomiast jego osobisty bodyguard wzruszył tylko ramionami.
– Niech się cieszą, że to nie Azkaban! – mruknął po chwili. – Tam to dopiero była robota! Mówię panu, prawdziwe ekstremum. Dostawałem dodatek do pensji za pracę w trudnych warunkach!

Informator potwierdził, że w Azkabanie od lat funkcjonowała tajna komórka wywiadowcza, kontrolowana przez Toma Riddle’a. Specjalnie wyszkoleni śledczy, za zgodą dementorów, zajmowali się rekrutacją agentów i zdobywaniem poufnych informacji, co w konsekwencji doprowadziło do zamachu stanu. – Niestety, taki artykuł nigdy już nie powstanie, chociaż Teddy Gardin bardzo chciałby wydrukować go na pierwszej stronie „Proroka”. Obok nieprofesjonalnej, uderzającej w godność profesji dziennikarskiej, wiązanki inwektyw. Dopiero w tamtym momencie, gdy wybrzmiało cudownie naiwne zdanie o państwie prawa, w pełni sobie uświadomił, co oznaczają słowa: „Ty, który tu wchodzisz, żegnaj się z nadzieją”. Zrozumiał, że jest skończony. On i cały świat, który przez tyle lat, z większym lub mniejszym entuzjazmem, udzielał mu prawa głosu.
– Jesteśmy na miejscu – oświadczył Carrow, gdy zatrzymali się przed drzwiami celi numer osiemnaście. Byli już tak głęboko, że głosy z góry przestały do nich docierać, słyszeli jedynie kroki strażników, którzy patrolowali wyższe piętra. – No, no, niski numerek! Widać jest pan dla szefostwa smakowitym kąskiem!
Teddy nie wiedział, czy ma się z tego powodu cieszyć, czy wręcz przeciwnie. Prawdę powiedziawszy, było mu wszystko jedno. Przestał się bać. Przestał cokolwiek czuć. Nie obchodziło go, że mężczyzna, który wcześniej urządził w celi obok pokaz histerii, został przez Alberta zakatowany na śmierć – gigantyczny strażnik zniknął wraz ze swoim balastem, gdy tylko zorientował się, że więzień wyzionął ducha. Nie obchodziło go także, co się stanie z nim samym. Będą go przesłuchiwać? Torturować? Zostawią w tych cholernych kazamatach i zapomną o jego istnieniu? W gruncie rzeczy nie miało to większego znaczenia, bo zamach stanu i tak był faktem dokonanym. A on, dziennikarz tuż przed emeryturą, zgorzkniały palant, któremu na stare lata zachciało się zabawy w rewolucjonistę, nie miał na to absolutnie żadnego wpływu.
– Do zobaczenia, panie Gardin. Wkrótce znowu się spotkamy! – oświadczył Amycus Carrow i wepchnął Teddy’ego do celi. Drzwi zamknęły się z trzaskiem, odcinając dostęp do błękitnej, nieziemskiej poświaty, wypełniającej korytarz. W pomieszczeniu panował półmrok, rozświetlany gdzieniegdzie słabym blaskiem żarówek, które ktoś umyślnie zamalował ciemną substancją. Widocznie tutaj nigdy nie wyłączano światła.
Pod ścianami siedziało kilku mężczyzn. Grali w karty, ale na widok Gardina przerwali i popatrzyli na niego tak nieufnie, że niemal wrogo. Wszyscy byli zarośnięci, wychudzeni i nosili mocno zniszczone ubrania. Prawdopodobnie siedzieli tutaj od dłuższego czasu.
– Grypsujesz? – Zapytał jeden z nich, najstarszy. W kąciku jego warg żarzył się papieros własnej roboty. Dym śmierdział jak wszyscy diabli, ale nikomu to nie przeszkadzało – lub nikt nie śmiał zaprotestować.
Teddy wyjął z kieszeni paczkę własnych papierosów, których jakimś cudem nie odebrano mu w czasie przesłuchania. Były zgniecione niemal na proch, niemniej jednak nadal stanowiły najlepszą walutę. Wiedział o tym, bo w młodości przeżył już jeden, niezbyt chlubny, więzienny epizod, o którym nie lubił opowiadać. Niewiele osób o tym wiedziało. Jak na ironię, należał do nich Rudolf Lestrange.
– Ja polityczny – odparł spokojnie i wyciągnął paczkę w kierunku „przywódcy” celi. Od tej chwili wiele zależało, właściwie wszystko – cała najbliższa przyszłość. Tamten milczał przez dobrych kilka minut, nie spuszczając z dziennikarza spojrzenia intensywnie niebieskich oczu, śledząc każde, najmniejsze drgnienie mięśni jego twarzy. A potem niemal niedostrzegalnie skinął głową. Przyjął podarek i gestem wskazał wolne miejsce tuż obok siebie.
– W takim razie zakurzmy i porozmawiajmy.


Ostatnio zmieniony przez Hekate dnia Śro 19:30, 29 Lut 2012, w całości zmieniany 3 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Hekate
szefowa



Dołączył: 01 Wrz 2005
Posty: 5680
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: Toruń

PostWysłany: Śro 18:47, 29 Lut 2012    Temat postu:

*

Po raz kolejny zerknęła na zegarek i zaklęła w duchu. Akcja niebezpiecznie się przedłużała, już godzinę temu powinni się ze wszystkim uporać, wrócić do domów i zająć się przygotowaniami do balu, a tymczasem końca tej mordęgi nie było widać. Kilka kamienic nadal płonęło. Stała w dość dużej odległości od epicentrum pożaru, ale i tak docierał do niej przykry zapach spalenizny; słyszała krzyki i dalekie odgłosy bijatyk. Miała tego serdecznie dosyć. Czemu ci głupi ludzie nie mogli po prostu pogodzić się z nieuniknionym?
– Waldi, ja wracam – oświadczyła w końcu kategorycznie i podniosła z ziemi torbę. – To będzie trwało z miliard lat, nie zdążę się przebrać! Już od godziny powinnam konwersować o sztuce z pieprzonym Rosierem, nie wspominając o tym, że obiecałam Narcyzie wsparcie duchowe. Ona tam umrze na zawał, jeśli zaraz nie przyjdę. Organizowanie imprez zawsze strasznie ją stresowało.
Walden Macnair wzruszył ramionami. Jego twarz jak zwykle nie wyrażała niczego. Bella nie raz zastanawiała się, czy ten człowiek potrafi odczuwać jakiekolwiek emocje, czy też jest jakąś genetyczną pomyłką – planowała nawet, że się z nim prześpi, żeby to sprawdzić, ale w końcu zrezygnowała, bo kompletnie jej nie pociągał. W każdym razie na pewno był doskonałym żołnierzem. Przede wszystkim dlatego, że wykonywał rozkazy, nie wdając się w filozoficzne rozważania. Tak jak teraz, w Lefajach. Nie obchodziło go, co czują ludzie, których obudzono w środku nocy i zmuszono do natychmiastowej przeprowadzki, rodzice, którym odebrano dzieci, by przewieźć je do magicznych dzielnic, ani rozdzieleni małżonkowie. Padł rozkaz, a rozkaz jest najważniejszy. Konsekwencjami i ocenami moralnymi niech się zajmują inni – on, Walden Macnair, umywa od tego ręce.

Bardzo wygodnie. Bardzo – pomyślała z niechętnym podziwem.

– Nie jesteś tu potrzebna. – Uprzejmość także nie należała do mocnych stron Macnaira, chociaż czasami się starał. Nie tym razem. – Opanowaliśmy sytuację, trzeba tylko stłumić ostatnie przejawy buntu. Bardziej się przydasz na balu. Intrygi…
– … to domena kobiet, tak, wiem – przerwała mu z irytacją. – Lucjusz powtarza mi to średnio co pół godziny. Pewnie ma rację, ale ja zawsze byłam bardzo bezpośrednią dziewczynką. Wolę Avadę od dyskusji o niczym. Weź pod uwagę, że gdyby nie ja, zaklęcie tego małolata oderwałoby ci pośladek…
– Tak, wiem. I jestem wdzięczny.
– Aha, właśnie słyszę – mruknęła Bella i poklepała kolegę po ramieniu. Fizyczny kontakt sprawił mu wyraźną przykrość, co przyjęła z dużą satysfakcją. A jednak coś czujesz, draniu! – Nie pogrążaj się, Waldi, lepiej nic już nie mów. Zmykam. Jak posprzątasz ten burdel, wpadnij do Malfoy Manor, zostawimy ci odrobinę koniaku. I homara na zagryzkę.
Przewiesiła torbę przez ramię – była ciężka, zawierała cały podręczny arsenał Belli plus kilka kobiecych drobiazgów – i szybkim krokiem ruszyła w kierunku bramy. Nie chciała się teleportować z Lefajów, były za bardzo obłożone zaklęciami, wolała zrobić to po opuszczeniu dzielnicy. Minęła kilku chłopców z młodzieżówki Riddle’a, którzy palili papierosy w pobliżu muru, umilając sobie patrol opowiadaniem dowcipów. Na jej widok zamilkli, pełnoprawni śmierciożercy nadal wzbudzali w nich respekt, ale ponieważ była kobietą, pełna szacunku cisza bardzo szybko zmieniła się w sprośne chichoty. Niezbyt ją to obeszło. Wiedziała, że gdyby tylko miała chęć, w pięć sekund pokonałaby każdego z tych chłopaczków – zarówno w walce, jak i w łóżku. W przeciwieństwie do swoich sióstr nigdy nie miała problemów z poczuciem własnej wartości.

W mieszkaniu Rudolfa panował straszny bałagan, książki i ubrania (głównie jej własne, przetransportowane tutaj z posiadłości Blacków) walały się dosłownie wszędzie. W dodatku wysiadł prąd i Bella musiała się ubierać przy świecach, co, jakkolwiek bardzo romantyczne i bardzo w stylu magicznej arystokracji, niezbyt ją zachwycało. Ciekawe, gdzie się podziewa Rudi… – przemknęło jej przez głowę, gdy kończyła makijaż. Nie widziała się z nim od kilku dni, czyli od chwili, gdy wiadomość o „magogettcie” przedostała się do wiadomości publicznej, i powoli zaczynała odczuwać jego brak. Nie nazwałaby tego uczucia tęsknotą, nie lubiła określeń o romantycznej proweniencji, ale zaczynała czuć się nieswojo, gdy wracała do pustego domu. Tak wiele się działo, a ona nawet nie miała o tym z kim porozmawiać, bo wokół kręcili się sami idioci, którzy nie mieli pojęcia, w czym naprawdę biorą udział! Potrzebowała Rudolfa, właśnie jego i właśnie teraz. Miała nadzieję, że spotka go na balu u Malfoyów, takie wylęgarnie intryg zawsze były jego żywiołem. W świecie aluzji i zawoalowanych pogróżek czuł się jak ryba w wodzie, zawsze wiedział, z kim porozmawiać i jakich użyć argumentów, żeby osiągnąć swój cel.
– Według twojej idiotycznej, szowinistycznej teorii, panie Malfoy, Rudi powinien się urodzić kobietą! – oświadczyła głośno i uśmiechnęła się do swojego odbicia w lustrze. Była gotowa. I piękna. Jeszcze tylko kilka kropli perfum i bez obaw mogła wkroczyć do jaskini lwa.

*

– Wielka szkoda… – powiedział Ernst Gadamer, umyślnie przeciągając samogłoski. Sięgnął po pudełko cygar. Z miejsca, w którym siedział, miał doskonały widok na stół bilardowy i kręcące się wokół towarzystwo. Nie lubił tej gry, ale przepadał za obserwowaniem grających, ich reakcje wiele o nich mówiły. Większość z nich, na szczęście, nie zdawała sobie z tego sprawy. – Mógłbyś…? – spojrzał znacząco na Rosiera, więc pułkownik natychmiast wyciągnął zapalniczkę. Błysnął ogień, zapachniało dymem. – Ładna. To prezent?
– Raczej trofeum.
Rudolf Lestrange przejął kij bilardowy i z wdziękiem wbił kolejną bilę do łuzy. Podniósł ręce w triumfalnym geście, a potem uściskał młodego porucznika, najwidoczniej kolegę z drużyny, i rzucił jakąś dowcipną uwagę. Wszyscy się roześmieli. Zdaje się, że znowu wygrywał. Oczywiście, jakże by mogło być inaczej! – Gadamer nie mógł powstrzymać uśmiechu, ten człowiek naprawdę zaczynał mu imponować. Nie był żołnierzem, a jednak nigdy nie tracił zimnej krwi, potrafił wyplątać się z najgorszej kabały. Dowódca śmierciożerców żałował, że to nie jemu, lecz Malfoyowi – ze wszystkich ludzi właśnie tej gnidzie! – udało się zwerbować Rudolfa Lestrange’a. Był na siebie zły z tego powodu. Tracę refleks, czas odejść na emeryturę – pomyślał nieszczerze, zaciągając się dymem i rozglądając dookoła spod półprzymkniętych powiek. Tytoń sprowadzony z Kuby smakował znakomicie. Muszę podziękować Fidelowi, jak zawsze stanął na wysokości zadania.

– Mogę z nim porozmawiać, jeśli chcesz – zaproponował Rosier bez przekonania. Też obserwował Rudolfa od dobrych kilkunastu minut, ale, w przeciwieństwie do swego dowódcy, z o wiele mniejszą estymą. Nie przepadał za prawnikami. Pewnie dlatego, że jego ojciec był emerytowanym sędzią, a siostra radcą prawnym w Medea Corporation, największej agencji reklamowej w magicznym Londynie. – Chociaż mam chyba lepszy pomysł…
– Cały zamieniam się w słuch.

Gadamer szanował Evana Rosiera – sam go zresztą swego czasu wyłowił spośród oficerskiego narybku – i lubił z nim współpracować. Nie raz ratowali się nawzajem z opresji. Obaj byli przede wszystkim żołnierzami i myśleli w innych kategoriach niż śmierciożercy, zwerbowani w późniejszym okresie działalności Riddle’a. Ci rozpieszczeni synowie arystokratycznych rodów (najczęściej młodsi, których należało jak najszybciej wypchnąć z domowych pieleszy, żeby nie przeszkadzali w zarządzaniu majątkiem), o wojaczce mieli raczej nikłe pojęcie, a szkołę oficerską znali jedynie z nazwy. Robili wokół siebie wiele szumu – jak Malfoy – ale, gdy przychodziło co do czego, bez skrupułów chowali się w portfelach swoich ojców i braci. Nie można było na nich polegać. Gadamer, jako ich dowódca, wiedział o tym najlepiej. Dlatego, gdy po Nocy Długich Różdżek doszedł do wniosku, że sytuacja wymyka się spod kontroli i należałoby pomyśleć o ewentualnym zabezpieczeniu, najpierw ściągnął z placówki w Paryżu swojego dawnego protegowanego. Dopiero potem zaczął przekonywać innych.

Evan nie zmienił się zbytnio przez tych kilka lat przymusowej emigracji, może tylko trochę „sfrancuział” i przybrał na wadze. Podobno w swojej paryskiej rezydencji zgromadził sporą kolekcję dzieł sztuki, głównie malarstwo impresjonistów. Gdy jednak Gadamer spojrzał mu w oczy, prawdę powiedziawszy trochę zaniepokojony krążącymi o nim pogłoskami, od razu wiedział, że ma do czynienia z tym samym człowiekiem, który kiedyś wyciągnął go spod ostrzału, narażając własne życie. Całe szczęście „przykrywka” bogatego kolekcjonera nie zawróciła Rosierowi w głowie. Polubił ją, do pewnego stopnia nawet w nią uwierzył (w przeciwnym razie byłby wyjątkowo marnym szpiegiem), ale po powrocie do Londynu natychmiast zrzucił ją z siebie niczym wąż niepotrzebną skórę. Był gotowy na kolejne wyzwania. A ponieważ długi czas przebywał poza Anglią i zdążył od niej odwyknąć, patrzył na rewolucyjną zawieruchę z dystansem i przenikliwością właściwą dyplomatom z drugiej strony Kanału.

– … dlatego nie będzie wzbudzał podejrzeń. – Rosier zakończył właśnie krótki wykład na temat taktyki i odwrócił się, żeby zlokalizować swojego siostrzeńca. – O, tam jest. Rozmawia, nomen omen, z Bellą Black. Wyglądają na zaprzyjaźnionych.
– Proszę, proszę… – zamyślił się Gadamer. – Sama śmietanka. Brakuje tylko Rabastana Lestrange’a. Jak myślisz, pojawi się dzisiaj u boku Wodza? Ostatnio awansował na jego ulubionego gwardzistę. Ciekawe, co na to Rudolf… A wracając do twojego projektu. – Przesunął w kierunku Rosiera pudełko cygar, ale tamten pokręcił głową. Zadowolił się własnymi papierosami. – Można spróbować, czemu nie. Pytanie brzmi, czy potrafisz go do tego przekonać, nie wtajemniczając w żadne szczegóły. To nie tak, że mu nie ufam. Wręcz przeciwnie. Po prostu życie mnie nauczyło, że przez idealistów najłatwiej wylądować na szubienicy.
– Ależ ja nie zamierzam go w nic wtajemniczać! – roześmiał się Evan. Wziął od przechodzącego w pobliżu kelnera dwa kieliszki szampana: jeden postawił przed Gadamerem, a drugi opróżnił jednym haustem, jakby to była woda albo czysta wódka. – Właśnie o to chodzi. O jego idealizm. Po pierwsze, jest ideologicznie czysty jak łza i nawet Malfoy nic na niego nie znajdzie, chociaż będzie szukał do upadłego. A po drugie, młody Charlie na pewno zainteresuje Rudolfa.
– A dlaczegóżby to? – Gadamer uniósł brwi do góry. – Sugerujesz coś konkretnego?
– Nic nie sugeruję. Mówię tylko, że cynicy pokroju Lestrange’a uwielbiają mordować cudze złudzenia. Zdzierać łuski z oczu. Toczyć sofistyczne batalie przy kieliszku bourbona. Uwierz mi, Rudolf nie zdoła się oprzeć. Gdy tylko porozmawia z Charliem na osobności, od razu zrozumie, z kim ma do czynienia i nie spocznie, dopóki chłopaka nie wypatroszy i nie porzuci na pastwę rozterek. To nieuniknione. Nie zostawia się alkoholika sam na sam z butelką wódki!

Gadamer pokręcił głową z niedowierzaniem. Był rozbawiony, ale i nieco zaskoczony. Nie spodziewał się, że Rosier podstanowi wciągnąć do akcji własnego siostrzeńca, narażając go na taką traumę. Z drugiej strony, plan był naprawdę dobry i miał szanse się powieść, więc Evan miał rację, należało jak najszybciej wyzbyć się wszelkich skrupułów.
– Zdaje się, przyjacielu, że nie tylko Rudolf Lestrange jest w tym towarzystwie skończonym cynikiem – mruknął w końcu i raz jeszcze zaciągnął się ulubionym cygarem. Dym poszybował ku sufitowi i zniknął w gąszczu misternych rzeźbień. Malfoy wydawał fortunę na dekoratorów wnętrz. – A wiesz, co w tym wszystkim jest najśmieszniejsze?
– Co? – Rosier nie wydawał się oburzony posądzeniem o cynizm. Wręcz przeciwnie.
– To, że Lestrange naprawdę będzie potrzebował adiutanta. Słyszałem, że Riddle zamierza go przenieść do głównego sztabu. Nasz przyjaciel zrobił na Wodzu piorunujące wrażenie!

Przerwali rozmowę, bo na horyzoncie pojawił się Garry Fontaine, który zmierzał w ich kierunku, szczerząc zęby w wilczym uśmiechu. Jak zwykle miał na sobie odpustowy strój ranczera, upstrzony cekinami, i wyglądał tak, jakby przed chwilą wyszedł z Country Clubu i nie zdążył się przebrać. Rosier zaklął cicho. Nie lubił prawników, to prawda, ale dziennikarzy po prostu nienawidził (być może dlatego, że jego matka swego czasu kierowała redakcją „Proroka”) i najchętniej wszystkich by powystrzelał lub udekorował nimi okoliczne drzewa.
– O nie, przyjacielu – syknął Gadamer, widząc, że jego protegowany szykuje się do ucieczki. – Nawet o tym nie myśl. Jak się masz, Garry? – zwrócił się do dziennikarza, gdy ten dotarł wreszcie do ich stolika i, nie pytając o pozwolenie, usiadł na jednym z wolnych krzeseł. – Podobno postawiłeś wczoraj na właściwego konia? Gratuluję!
– A i owszem, generale, miało się trochę szczęścia. – Fontaine roześmiał się głośno. Zdaniem Rosiera, zdecydowanie zbyt głośno. I ordynarnie. – Wiedziałem, że moje kochanie pierwsze dobiegnie do mety, to dobra klacz, prawdziwa królowa toru!
– Uważaj, młodzieńcze, hazard wciąga. – Fontaine nie był ani młody, ani tym bardziej nie należał do przyjaciół lub krewnych Ernsta Gadamera, niemniej jednak generał zwracał się do niego jak do niesfornego bratanka. Sprawiało mu to dużą satysfakcję. – Zanim się obejrzysz, puszczą cię z torbami. Wiem, co mówię, za młodych lat uwielbiałem pokera. Nie raz spłukałem się w kasynie do suchej nitki.
– Wolę wyścigi od kart, dają więcej radości. – Dziennikarz niezbyt dyskretnie spojrzał na zegarek. – Zdaje się, że nasz drogi Wódz się spóźnia. Miał zaszczycić nas swoją obecnością już pół godziny temu! Ciekawe, co też go zatrzymało. Może ta sprawa ze zniknięciem Hogwartu?

I tu cię mamy, kochasiu! – ucieszył się Ernst Gadamer, wymieniając znaczące spojrzenie z Rosierem. – Nie jesteś tu dla przyjemności, prawda? Przyszedłeś na przeszpiegi. Generał podejrzewał, że Fontaine, chociaż okazuje entuzjastyczne poparcie dla „ruchu” i co jakiś czas płodzi poematy na cześć „Lorda Voldemorta”, tak naprawdę służy tylko jednemu panu. I nie jest to, bynajmniej, ich Wielki Wódz, Tom Riddle. Jak to się stało? Kiedy ten pajac zdołał przegryźć wędzidło? Lucjusz Malfoy, jakby wyczuwając, że Gadamer o nim myśli, przerwał rozmowę z egzotycznie wyglądającym notablem zza Żelaznej Kurtyny, i odwrócił się w kierunku ich stolika. Uśmiechnął się lekko i skinął generałowi głową, przesyłając toast kieliszkiem szampana. Gadamer odwzajemnił ten gest. Zrobiło mu się zimno: w ułamku sekundy zrozumiał, że jeżeli trafi kiedyś przed pluton egzekucyjny, to tylko z winy Malfoya. Nie zamierzał do tego dopuścić.

– Hogwart, powiadasz… – odparł w końcu, budząc się z zamyślenia. – Hogwart był niespodzianką. Przyznaję, Dumbledore mnie zaskoczył. Spodziewałem się raczej, że zatrąbi na apel i wyśle uczniów do boju, a tymczasem on, jakby nigdy nic, zwinął manatki i uciekł. Nie jestem pewien, co kombinuje.
– Prawdopodobnie on sam jeszcze tego nie wie – zakpił Rosier. – Działał pod wpływem emocji.
– Tak sądzisz? – Gadamer był innego zdania. Prawdopodobnie dlatego, że znał Albusa Dumbledore’a nieco lepiej niż pozostali. Ten człowiek nigdy nie podejmował działań, których wcześniej dobrze nie przemyślał. Emocje nie miały z tym nic wspólnego. – Garry, a jakie jest twoje zdanie na ten temat? Nie wątpię, że słyszałeś rozmaite plotki – dodał z naciskiem.

Fontaine przysunął się nieco bliżej i konspiracyjnie ściszył głos.
– Słyszałem, że wreszcie go zlokalizowali. Znaczy Hogwart. Wiedzą, gdzie Dumbledore go ukrył i zamierzają negocjować.
Evan Rosier o mało nie parsknął śmiechem. W zamian za to rozkaszlał się jak gruźlik, uniósł rękę, dając znak, że przeprasza, i sięgnął po butelkę z wodą. Gadamer posłał mu groźne spojrzenie.
– Ciekawe, ciekawe… – Generał dopalił cygaro i splótł ręce na brzuchu. Mimo munduru i wysportowanej sylwetki wyglądał jak pasza w prywatnej rezydencji, brakowało mu tylko sterty poduszek i nagiej hurysy. – Moich chłopców nie poproszono o wsparcie, pewnie nie chcą przestraszyć uczniów… To delikatna operacja.
– Jak diabli! – zgodził się Fontaine. – W końcu chodzi o dzieci naszych towarzyszy broni! Trzeba ograniczyć ryzyko do minimum.

Gadamer przytaknął, nie okazując najmniejszym gestem ani słowem, że jego wiedza na temat Hogwartu jest bardzo duża – a w każdym razie większa, niż przypuszcza Fontaine. Evan Rosier, któremu swego czasu zlecono dowodzenie akcją pacyfikacyjną w Hogsmeade, sporządził szczegółowy raport na temat tamtych wydarzeń, nie zatajając niefortunnego spotkania jednego z oddziałów z Syriuszem Blackiem i jego kolegą. Podobno bystre dzieciaki, waleczne. Byliby z nich świetni śmierciożercy. W swoim raporcie, przygotowanym z myślą o Riddle’u, pułkownik nie uwzględnił jednak pewnego szczegółu – otóż nie wspomniał o spotkaniu z drugim z braci Black. Oraz, co najważniejsze, z niejakim Peterem Pettigrew. Z tego też powodu to Ernst Gadamer i Evan Rosier, a nie Riddle czy Malfoy, mieli najświeższe wieści z Hogwartu, którymi dzielili się wyłącznie z najbardziej zaufanymi przyjaciółmi.
– O, chyba nadchodzi! – W głosie Fontaine’a zabrzmiało coś na kształt obawy. Czyżby dziennikarz bał się Toma Riddle’a? A może miał na pieńku z jednym z jego pretorianów? – Do zobaczenia później! – Zwykle ociężały, gdy chciał, potrafił poruszać się bardzo szybko. Zanim Voldemort wkroczył do sali, ranczer zniknął w tłumie bankietowych gości, umiejętnie wtapiając się w tło.

– Skurwysyn – mruknął Rosier. Trudno powiedzieć, czy miał na myśli Fontaine’a, Malfoya, czy samego Toma Riddle’a. Prawdopodobnie wszystkich jednocześnie. – Przekonałeś mnie, Ernie. Teraz jestem pewien, że to jedyne wyjście.

Generał Ernst Gadamer nie odpowiedział. Podobnie jak dziesiątki innych osób, wstał z miejsca, żeby powitać swojego Wodza.

*

– Rudolfie, pozwól, że ci przedstawię mojego siostrzeńca, Charlesa Ashera – powiedział Evan Rosier, a chłopak w mundurze podporucznika, stojący obok niego, uśmiechnął się powściągliwie i oświadczył, że możliwość poznania pana Lestrange’a to dla niego zaszczyt. Zabawny dzieciak – pomyślał Rudolf parę minut później, zdejmując przed lustrem krawat i rozpinając górne guziki koszuli. Część oficjalna nareszcie dobiegła końca, Riddle teleportował się w cholerę do kwatery głównej (a wraz z nim Rabastan i paru innych nadgorliwców), więc można było pozwolić sobie na odrobinę luzu. Trudno wprawdzie mówić o relaksie, gdy wokół kręcą się, z nadzieją na żer, stada hien i szakali, ale Rudolf miał nadzieję, że przynajmniej szampan spełni jego oczekiwania. Musiał zachować trzeźwy umysł, dlatego do tej pory nie wypił ani kropelki, dopiero teraz z ulgą dał sobie dyspensę. Malfoy Manor słynęło z doskonałych trunków.

– Świetny pomysł! – Bella aż klasnęła w ręce, gdy usłyszała, że Rosier zasugerował Rudolfowi, żeby przyjął jego siostrzeńca na swojego adiutanta. – To miły chłopiec, w dodatku bardzo bystry! Nie mówi zbyt wiele, ale wierz mi, nie ma w naszych szeregach wierniejszego zwolennika Idei. Sam Wódz wręczył mu świadectwo ukończenia szkoły oficerskiej!
– W takim razie chyba będę musiał go zatrudnić. – Rudolf pocałował narzeczoną i wymknął się z sali bankietowej, żeby zaczerpnąć świeżego powietrza. Nie omieszkał zabrać ze sobą butelki szampana. Był zmęczony. Widok nadchodzącego ogrodową ścieżką Waldena Macnaira nie poprawił mu humoru. Szczególnie, że Waldi nie szedł sam, towarzyszył mu potężny Bułgar o dzikim spojrzeniu i sadystycznych skłonnościach, który po pijanemu śpiewał po rosyjsku tęskne ballady, a na trzeźwo zabawiał się rozpłatywaniem ludziom czaszek.

Dołohow, tylko ciebie tu, kurwa, brakowało – pomyślał Lestrange, dziwiąc się swojej przesadnej reakcji. Na co dzień stykał się przecież z wieloma psychopatami i żaden nie budził w nim takiej instynktownej niechęci jak Antonin Dołohow, który dotychczas w niczym mu przecież nie zaszkodził. W przeciwieństwie do Macnaira okazywał mu nawet sympatię. Teraz także uśmiechnął się szeroko na jego widok i zamachał wielkimi łapskami, jakby zamierzał schwytać i podusić wszystkie okoliczne nietoperze. Krzyczał z radości. Był niebezpieczny jak drapieżnik, a jednocześnie miał w sobie coś z dziecka, które nie potrafi panować nad emocjami i ciągle popada ze skrajności w skrajność: od absolutnej radości do absolutnego smutku, od uwielbienia po totalną nienawiść. W dodatku cokolwiek Dołohow robił i cokolwiek czuł, zawsze był szczery ze światem i z samym sobą, dlatego wyrzuty sumienia były mu całkowicie obce.

I dlatego tak bardzo drażnił Rudolfa Lestrange’a.

– Hop, hop, Rudi! Dobrze cię widzieć, bracie! – krzyknął raz jeszcze Dołohow i rzucił się ściskać Rudolfa. Potem wyrwał mu butelkę szampana i przytknął sobie do ust. – Ble, arystokratyczne gówno! – splunął z rozmachem. – Zostało jeszcze trochę gorzałki? Zmarzliśmy jak psy!

Waldi, w płaszczu z kołnierzem postawionym na sztorc i w wysokich, czarnych butach, wyglądał jak widmo, przybyłe do Malfoy Manor wprost z innej epoki. Skinął Rudolfowi głową. Na początku okazywał mu jawną niechęć, potem po prostu przestał się do niego odzywać – a w każdym razie nie robił tego zbyt często, za co Lestrange był mu niebotycznie wdzięczny.
– Jasne, gorzałki ci u nas dostatek. Nie mieliśmy czasu pić, słuchaliśmy przemowy Wodza. – Rudolf naprawdę starał się nie być ironiczny. Z marnym skutkiem. – Jak tam wielka przeprowadzka? Przekonaliście nieprzekonanych?
– A daj spokój. – Dołohow ściągnął czapkę, uwalniając gęste, ciemne włosy, które dawno nie widziały fryzjera. Ktoś inny prawdopodobnie od razu dostałby reprymendę za niedbalstwo, z naganą wpisaną do akt, ale Bułgarowi wszystko uchodziło na sucho. Nieważne, jak wyglądał. Ważne, że był skuteczny i zbyt wiele przy tym nie myślał. – Masa incydentów. INCYDENTÓW – powtórzył ze złością. – Tak je nazywają, wiesz? A nasi ludzie dostają po łbie, wystarczy, że któryś za bardzo oddali się od oddziału. Jasne, w końcu to tałatajstwo wyłapiemy, ale jakim kosztem? Ktoś tutaj skrewił, pewnie ten pierdolony pismak, jak mu tam…
– Fontaine – podpowiedział usłużnie Waldi.
– No właśnie. On. Albo inny skurwiel z gazety. Gdyby nie puścili pary z gęby, to ludzie bez szemrania daliby się przenieść do magicznych dzielnic. Nie mielibyśmy takiej jazdy. A tak? Daj Boże, żeby cała akcja skończyła się przed świętami!
– Którymi? – zapytał z głupia frant Rudolf, a Dołohow, ku jego zaskoczeniu, wybuchnął gromkim śmiechem. Aż łzy napłynęły mu do oczu.
– Dobre pytanie, stary! Bardzo dobre! – wydusił w końcu, gdy trochę się uspokoił. Potem klepnął się po udach, aż zadudniło. – Ale dość tego gadania, idziemy do środka, trzeba się napić! Zimno jak diabli. Idziesz z nami, Rudi?
– Zaraz do was dołączę – odpowiedział pojednawczo. – Przejdę się tylko po ogrodzie, żeby rozprostować nogi.

Nie kłamał, naprawdę poszedł się przejść – ogród był jedynym elementem Malfoy Manor (poza trunkami), który darzył niejaką sympatią. To było naprawdę niesamowite miejsce, kojarzące się z romantycznymi powieściami gotyckimi, pełne umyślnie zaniedbanych zakątków, starannie spreparowanych ruin i gęstych, egzotycznych krzewów. Oczywiście teraz, zimą, nic tutaj nie kwitło, ale gdy Rudolf spacerował po ogrodzie późną wiosną ubiegłego roku, zaproszony przez Narcyzę na urodzinowe przyjęcie, intensywny zapach kwiatów nieomal pozbawił go przytomności. Miał wrażenie, że nigdy nie zdoła wydostać się z labiryntu dzikiej zieloności. Remus byłby zachwycony – pomyślał, zanim zdążył się powstrzymać, w zamyśleniu gładząc krawędź zamarłej fontanny. Kamień był zimny i nienaturalnie gładki. – Na pewno napisałby o tym miejscu niejeden poemat.


Szybko pożałował, że nie zabrał płaszcza. Dołohow miał rację, zrobiło się przeraźliwie zimno. Mimo to jednak, spacerował jeszcze przez jakiś czas, zatrzymując się przy rzeźbach i niektórych budowlach, przypominając sobie ich kształty i kolory. Myślami uciekał w daleką przeszłość, chociaż obiecywał sobie, że nie będzie tego więcej robić. Drogę oświetlały mu porozmieszczane tu i ówdzie latarnie, anachroniczne jak cała posiadłość Malfoyów, a jednocześnie pełne niewysłowionego uroku. Im bardziej oddalał się od pałacu, tym robiło się ciszej, aż w końcu rozmowy i śmiechy gości niemal całkowicie umilkły. Rudolf pozostał sam ze sobą. Kiedyś samotność bardzo mu odpowiadała, rozkoszował się takimi chwilami, które, prawdę powiedziawszy, nie zdarzały się zbyt często, ale tym razem ogarnął go niepokój. Nie było w pobliżu osób, przed którymi musiałby grać, a nie wyczuł jeszcze nowej roli na tyle dobrze, by obywać się bez widowni. Musiał nad sobą popracować. Wiedział, że jeżeli tego nie zrobi – jeżeli nie uwierzy w scenariusz – to albo bardzo szybko strzeli sobie w łeb, albo da się komuś zabić, najprawdopodobniej jakiemuś skończonemu idiocie. Ani na jedno, ani na drugie nie był jeszcze gotowy.

– Tu się ukrywasz. – Lucjusz Malfoy, w przeciwieństwie do Rudolfa, nie zapomniał o płaszczu. – Tak podejrzewałem. Zawsze miałeś słabość do mojego ogrodu.
Rudolf bez zdziwienia odkrył, że obecność Malfoya, zamiast go zirytować, tym razem przynosi ulgę. Dzięki niemu od razu się pozbierał, niepewność wyparowała. Znowu musiał uważać na każde słowo i gest – miał przecież do czynienia z wyjątkowo niebezpiecznym człowiekiem – dzięki czemu adrenalina zabuzowała mu w żyłach i momentalnie poczuł się… bardziej żywy. Potrzebował wrogów, nie przyjaciół. To oni sprawiali, że każdego rana chciało mu się wstawać z łóżka.
– Podobnie jak ty – odparł, rozcierając zgrabiałe ręce. – Sam przyznaj, że ten ogród to twoje oczko w głowie. Narcyza nie raz się skarżyła, że wolisz spędzać czas „z tymi głupimi krzakami” niż z własną żoną, i że niedługo zacznie być zazdrosna o kamienne nimfy!
Malfoy uśmiechnął się enigmatycznie i obszedł dookoła fontannę, uważnie przyglądając się wszystkim pęknięciom.
– Ano masz rację – zgodził się w końcu. – To cholernie piękny ogród. Wydałem na niego kupę pieniędzy.

Od pamiętnej Nocy Długich Różdżek ich relacje były do bólu poprawne: prześcigali się w uprzejmościach, chociaż nie ufali sobie ani przez chwilę. Malfoy od dawna zamierzał zwerbować Lestrange’a („okiełznać” – jak powtarzał w myślach), podporządkować własnym planom. Bella stanowiła tylko środek prowadzący do celu. Natomiast Rudolf, chociaż bardzo się starał, nie potrafił gardzić Malfoyem, mimo że tamten niewątpliwie na to zasługiwał – traktował go jak wroga, na którego trzeba uważać. Niestety, przez długi czas patrzył na niego nieco z góry, podobnie jak stary Black i inni arystokraci, nie doceniając ani inteligencji, ani sprytu tego człowieka, co doprowadziło do wiadomych konsekwencji. Rudolf dał się złapać w pułapkę. Od tego czasu jego szacunek do Malfoya znacznie wzrósł. Podobnie jak pragnienie odwetu.

– No dobrze. – W głosie Lestrange’a zabrzmiała nieco inna, twardsza nuta. Był gotowy na pojedynek. – Zakładam, że nie szukałeś mnie tylko po to, żeby podyskutować o wyższości narcyzów nad tulipanami. O co chodzi, Malfoy? Znowu mam kogoś zamordować? A może podpalić jakiś dom?
Tamten prychnął cicho. Nadal patrzył na fontannę, a nie na Rudolfa. Często unikał kontaktu wzrokowego.
– Skoro tak stawiasz sprawę… Bardzo mi przykro, ale nie jesteś typem kilera, od tego mamy Dołohowa. Więc żadnych trupów. Tym razem potrzebujemy prawnika, dobrego prawnika. Jesteś nim, o ile mnie pamięć nie myli?
– Bardzo zabawne.
Malfoy jakby nie usłyszał ostatniej uwagi.
– Trzeba raz na zawsze zrobić porządek z Albusem Dumbledorem – ciągnął powoli. – Zagrozisz mu konsekwencjami prawnymi, zaszantażujesz, wszystko mi jedno, co zrobisz, daję ci wolną rękę. Ale Hogwart ma wrócić na swoje miejsce. Razem z uczniami. Rozumiemy się? – dopiero teraz popatrzył Rudolfowi prosto w oczy. Jego tęczówki były stalowoniebieskie i zimne jak lód. Rudolf wytrzymał to spojrzenie.

– Nie wiem, czy zdajesz sobie sprawę, ale jest pewien problem – zauważył z lekką ironią. – Zamek zniknął. Dumbledore także. Nikt nie wie, gdzie się podziali, włącznie z naszym kochanym Wodzem. Który, nawiasem mówiąc, wcale nie krył dzisiaj swojego rozczarowania. Właśnie z tego powodu. Wydawało mi się nawet, że ma do ciebie jakieś pretensje…
– Masz rację, wydawało ci się – odciął się Malfoy. Znowu się uśmiechnął. Tym razem z wyższością. – Otóż mylisz się, drogi przyjacielu. Doskonale wiem, gdzie Dumbledore przeniósł zamek, mam dobrych agentów. Dlatego, jeśli pozwolisz, wróćmy do rzeczy i pomińmy szczegóły operacyjne. Prawda jest taka, że chcę Hogwartu, potrzebuję naukowego zaplecza i młodych, wykształconych rekrutów. I prędzej czy później dostanę to wszystko, ale najpierw musisz sprowadzić Dumbledore’a z tego zadupia, na którym się ukrywa, a uwierz mi, nie jest to bynajmniej Szkocja, i przekonać go, że nasza sprawa to jedyna słuszna sprawa. Chcę mieć tego starego palanta po swojej stronie, czy to jest jasne, Lestrange? Nie chcę go zabijać. Potrzebuję go żywego.
– Mam wrażenie, że mylisz mnie z Ernstem Gadamerem, Luc. Dlaczego nie wyślesz jego? Albo Rosiera? To specjaliści.
Lucjusz zaśmiał się nieprzyjemnie.
– Rosiera? Dumbledore nawet nie wpuściłby go za próg. A Gadamer… powiedzmy, że zamierzam oddelegować Gadamera na przymusowy urlop. Ciebie nie tylko wpuści, ale w dodatku chętnie z tobą porozmawia. On lubi rozmawiać. Podobnie jak ty. Poza tym nie zapominaj o jego przeszłości, ten człowiek ma nam wiele do zaoferowania! Musi w to tylko uwierzyć.

Lestrange pokręcił głową. Nie wiedział, czy od razu wyśmiać Malfoya i jego kretyńskie pomysły, czy jeszcze trochę go pomęczyć. W końcu wybrał tę drugą opcję.
– Czy Riddle wie, co kombinujesz? Zwierzasz mu się ze swoich tajnych planów, co, Luc? Bo mam wrażenie, że pieczesz na tym ogniu swoją własną pieczeń.
– Czyżbyś wątpił w moje bezgraniczne oddanie? – Lucjusz nie zamierzał dać się zapędzić w kozi róg. Lestrange’owi coraz bardziej kojarzył się z Markiem Krassusem. – Oczywiście, że wie. Ba, zapładnia moją wyobraźnię swoimi ideami! Mam u niego niekończący się kredyt zaufania.
– Ach tak – mruknął Rudolf, bynajmniej nie przekonany. – No to powiedz mi w takim razie, co będzie, jeśli nie uda mi się przekonać Dumbledore’a. Zamkniesz mnie w pokoju z różdżką i dasz piętnaście minut na popełnienie samobójstwa?
– To zależy.
– Od czego?
– Od tego, czy uda ci się odzyskać Hogwart. To priorytet. Zdaję sobie sprawę, że Dumbledore to twarda sztuka, od czasów burzliwej młodości bardzo się zmienił. Możesz nie dać sobie z nim rady, nawet ty. Natomiast zamek musi wrócić na swoje miejsce, bo w przeciwnym razie nasi wysoko ustosunkowani znajomi, których dzieci uczą się w murach tej zacnej placówki, rozerwą mnie na strzępy i powieszą moją głowę w salonie nad kominkiem. Nie muszę ci chyba tłumaczyć, że zanim mnie dopadną, ja zrobię z tobą dokładnie to samo…? – Malfoy był mistrzem w stosowaniu wielopiętrowych gróźb. Zawsze uderzał tam, gdzie bolało najbardziej. – Dlatego lepiej się postaraj. Pamiętaj, że po tym, co zrobiłeś temu dziennikarzowi, nie masz już żadnych przyjaciół… poza mną, rzecz jasna. To prawda, mogę zamienić twoje życie w piekło, ale mogę też sprawić, że będziesz opływać w dostatki na wieki wieków amen. Wraz z ukochaną małżonką, oczywiście.
– Wiesz, czasami mam ochotę obić ci mordę – powiedział Lestrange z uśmiechem bazyliszka i pomyślał, że adrenalina to cudowny wynalazek. Dzięki niej człowiek potrafi przenosić góry. – A innym razem pocałować. Nie martw się, nie zrobię ani jednego ani drugiego, nie jestem aż takim kamikadze. Wracamy do środka? Stęskniłem się za twoim koniakiem.
– Jak sobie życzysz. Myślę, że dla prawdziwego konesera znajdzie się jeszcze jedna butelka.


cd mam nadzieję n


Ostatnio zmieniony przez Hekate dnia Nie 13:54, 13 Maj 2012, w całości zmieniany 5 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Wyświetl posty z ostatnich:   
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum Lunatyczne forum Strona Główna -> Archiwum literackie / Fanfiki Wszystkie czasy w strefie EET (Europa)
Idź do strony Poprzedni  1, 2, 3, 4, 5, 6, 7, 8  Następny
Strona 7 z 8

 
Skocz do:  
Możesz pisać nowe tematy
Możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach


fora.pl - załóż własne forum dyskusyjne za darmo
Powered by phpBB © 2001, 2005 phpBB Group

Theme xand created by spleen & Emule.
Regulamin