Forum Lunatyczne forum Strona Główna
 FAQ   Szukaj   Użytkownicy   Grupy    Galerie   Rejestracja   Profil   Zaloguj się, by sprawdzić wiadomości   Zaloguj 

Kompleks Raskolnikowa [NZ, HP, aktualizacja: 13.05.2012]
Idź do strony Poprzedni  1, 2, 3, 4, 5, 6, 7, 8  Następny
 
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum Lunatyczne forum Strona Główna -> Archiwum literackie / Fanfiki
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Zaheel
wilkołak alfa, spijacz Leśnej Mgiełki



Dołączył: 14 Sty 2006
Posty: 2478
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: z Nibyladii

PostWysłany: Sob 1:13, 01 Lis 2008    Temat postu:

Ach, Szefowo ubij, bo to zniewaga, ale czytam dopiero pierwszy odcinek drugiej części. Niestety, moje oczy odmawiaja posłuszeństwa i ogólne zmęczenie po całym tygodniuy też daje znać - wiecej nie dam rady przeczytać, tak, jak się należy. A co do tego tekstu to uwielbiam hogwardzkie historyjki właśnie w takiej małej ilości - wyrawanych z kontekstu wspomnień wiele tłumaczących. Danny jest obłędny, ale to chyba już pisałam. Mogłabym o nim czytać cały czas - niby kanciarz, drań, ale ma pewien urok.
Co do pracy gazety kojarzy mi się z jakimś podziemiem. Ech uwielbiam takie klimaty, i mam nadzieje, że gdzieś dalej pojawi sie jeszcze Teddy. Strasznie mnie zaintrygował.
No i na deser pan Lestrange^^ Ju widy taki jego uđmiesyek na twaryz kiedz mwi o tym, że Lupin się wróci. Ech jak go nie uwielbiać? Wink
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Kira
kryształkowa dama



Dołączył: 01 Wrz 2005
Posty: 3486
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: Z <lol>andii ;)

PostWysłany: Sob 18:00, 01 Lis 2008    Temat postu:

Nooo, wreszcie!!! Wreszcie Rudolf ukazał się Remusowi ze swojej najbardziej intymnej strony! Nie wiem co prawda jak na to zareaguje kiedy wytrzeźwieje, ale biorąc pod uwagę, że za szczerość otrzymał jeszcze większą szczerość, myślę, że jakoś to przeboleje. Ale zanim przeboleje, to jego dalsze kontakty z Lupinem mogą być bardzo ciekawe... I ja z niecierpliwością na to czekam ^^

Niezwykła wyobraźnia Johna Lupina i jej płody mnie urzekły. Nie jestem specjalnie uwrażliwiona na malarstwo, ale sposób, w jaki opisałaś obrazy, Hekate, bardzo do mnie przemówił. A już ten fioletowy las i pląsającą w nim nimfę widzę tak wyraźnie, jakby wyrastał tuż przede mną! Incredibile Shocked

Króciutka myśl Rudolfa na temat Remusa - perełeczka. W najczystszej postaci. Tak samo jak to:
Cytat:
- Nie. Masz mi opowiedzieć, jak to jest być człowiekiem, któremu chce się zaufać.
- że tak sobie pozwolę nawiązać do pierwszej części komentarza, i to:
Cytat:
Więcej go nie zobaczę, przemknęło mu przez myśl, nie wybaczy mi, że oglądałem go w takim stanie. Ta myśl zmroziła go do szpiku kości.
Buuuzi Ci za to, Hekatku!!!

Retrospekcja szkolna - bardzo ciekawa według mnie, głównie ze względu na to, że mnie znajomość Remusa z Regulusem fascynuje. Co prawda za Chiny nie mogę się przekonać do wizji Regulusa jako poety (podobnie jak Belli - doktorantki, ale w jej przypadku moja wyobraźnia jest nieuleczalnie kanoniczna, więc Bellatrix już zawsze pozostanie dla mnie nikim więcej, jak tylko wariatką mającą chorą obsesję na punkcie wszystkiego, co ma związek z LV. Oh well), ale jako zwyczajny chłopak jest naprawdę godną uwagi postacią, zwłaszcza że przedstawiasz ją przez pryzmat tak zapadających w pamięć opisów jak choćby to zdanie, które zapamiętał Remus. No... po prostu tulę tego chłopaka do serca!

Co do spraw organizacyjnych ^^:

Cytat:
mógł tylko siedzieć na widowni i czekać na ogłoszenie wyrok.

- wyroku

Cytat:
Remus, wiedząc o tym, od razy szepnął odpowiednie zaklęcie.

- razu

Cytat:
W ciągu pięciu lat wymienili najwyżej kilka grzecznościowych uwag,

- przecinek wygryzł kropę Wink

Cytat:
Gra, czy naprawdę nie wie, jaki jest doby...?

- dobry

Aaaach, oby się kolejna część pojawiła jak najszybciej! Bo ja się uzależniłam od tych Twoich facetów i bardzo nie koHam być na przymusowym odwyku Sad

Saluto!
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Hekate
szefowa



Dołączył: 01 Wrz 2005
Posty: 5680
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: Toruń

PostWysłany: Nie 0:14, 02 Lis 2008    Temat postu:

Kiruś, całusy za literówki! Co ja bym bez ciebie zrobiła?

Dziewczyny, dziękuję za komentarze, bo one jak zwykle motywują mnie do pracy. Chociaż teraz, przyznaję, miałam parę dni odpoczynku od "chłopców" z raskolnikowa - nie mogłam już na nich patrzeć... Ale już, zaraz, natychmiast się za nich biorę, żeby za bardzo nie rozrabiali Wink
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Black Lights
wilczek kremowy



Dołączył: 25 Wrz 2008
Posty: 27
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/5

PostWysłany: Nie 9:56, 02 Lis 2008    Temat postu:

Weszłam, bo już myślałam, że jest nowy rozdział! (Narobiłaś mi nadziej) W każdym razie błagam pospiesz się, bo potrzebuję potężnej dawki Rudolfa i Remusa.

Życzę wena! =)
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Hekate
szefowa



Dołączył: 01 Wrz 2005
Posty: 5680
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: Toruń

PostWysłany: Sob 0:10, 22 Lis 2008    Temat postu:

Chciałam rzec, że od pewnego czasu wspierają mnie betowniczo dwie wspaniałe wiedźmy.
Vianne zajęła się szlifowaniem poprzednich części (wklejam je fragmentami, więc troszkę zajmie, zanim wszystko będzie poprawione), natomiast Mara betowała ostatni odcinek. Bardzo, ale to bardzo dziękuję!

A Wam, Czytacze, życzę przyjemnej lektury.




*

Inicjatorem wyprawy do biblioteki był – jak zwykle zresztą – Remus, który uparł się, że jeszcze dzisiaj musi wypożyczyć „Marię Stuart” Schillera. Na uprzejme zapytanie, dlaczego, na jaja Merlina, chce iść po książkę właśnie teraz, wieczorem, w trakcie wyjątkowo ekscytującej partii eksplodującego durnia, i po kiego diabła potrzebna mu obstawa przyjaciół, zareagował wzruszeniem ramion.
– Bo tak – dodał po chwili. – Zresztą Jim musi przecież przedłużyć książki, dzisiaj mija termin. Jeżeli tego nie zrobi, czekają go urocze chwile w kantorku pani Pince...

To ostatnie przeważyło. Potter mruknął coś na temat upierdliwych literatów, którzy nie dają człowiekowi odpocząć, a potem wstał i przeciągnął się, aż chrupnęły kości.

– To w sumie niezły plan. - Syriuszowi błysnęły oczy. - Proponuję zawadzić też o świetlicę.
– Czarnobrewa Melissa o ustach niczym róż pąkowie? - zakpił Lupin. - Możemy zahaczać, nie mam nic przeciwko. Peter?
– Żądam ciasteczek cynamonowych – Glizdogon przewrócił kartkę czytanego właśnie podręcznika historii magii - i dużej flaszki rumu na poprawę krążenia.
– Może jeszcze willi z basenem na Malediwach, co? - zaśmiał się Syriusz. – A jachtu sobie wielmożny pan nie życzy? Półnagich hurys? Bo jakby co – ukłonił się błazeńsko – zawsze do usług.
– Odwal się, świrze. – Peter rzucił w przyjaciela jabłkiem, ale ten uchylił się i owoc uderzył w ścianę. – Wystarczą ciastka. Przecież wiesz, że cynamon pomaga mi w przyswajaniu historii.
– A rum dobrze działa na potencję...?
Remus nie czekał na dalszy rozwój sytuacji, po prostu wypchnął Syriusza za drzwi.
– Nie słuchaj go, on ma problem. - Mrugnął konspiracyjnie do Glizdogona. – Ze sobą. No i nie siedź ciągle nad tą historią, bo w końcu dostaniesz zapalenia spojówek!
– Podręcznik do historii przynajmniej się ze mnie nie nabija, w przeciwieństwie do was.
– Ale też, w przeciwieństwie do nas, nie przyniesie ci ciasteczek cynamonowych.

Na korytarzu Syriusz zaczął udawać, że tańczy walca. Postacie z obrazów przyglądały mu się z pobłażliwym zainteresowaniem, natomiast nieliczni uczniowie, buszujący o tej porze po Hogwarcie, przystawali zaskoczeni albo odwracali głowy, jakby właśnie zobaczyli stepującego trzygłowego pufka. Dotyczyło to zwłaszcza dziewcząt. Starszy Black cieszył się bowiem niegasnącą popularnością wśród płci przeciwnej.
– Cokolwiek głupiego zmalujesz – mawiał Jim, nie ukrywając zazdrości – i tak ci to wybaczą, dodając, że to przecież takie „urocze dziwactwo”. Nawet McGonagall mięknie na twój widok!
– O nie, McGonagall uwielbia tylko jednego Gryfona – odgryzał się Syriusz. – Wydaje mi się nawet, że go znam. Taki kędzierzawy w okularach. Podobno gra w quidditcha...

To była prawda; opiekunka Gryffindoru przepadała za Jimem Potterem i nie potrafiła tego ukryć. Zresztą jego trudno było nie lubić. Niefrasobliwy, radosny, pełen życia; jeżeli się kłócił lub bił, to następnego dnia pojęcia nie miał o co poszło i szedł z przeciwnikiem na piwo. Bardzo przypominał w tym Danny’ego O’Neila, Ślizgon był jednak o wiele bardziej świadomy swojego zachowania i często działał z premedytacją. Potterowi zdarzało się, rzecz jasna, sprawić komuś przykrość, ale najczęściej przez nieuwagę – po prostu nie bardzo radził sobie z empatią. Mówił szybciej niż myślał, a potem chorował na wyrzuty sumienia i pierwszy wyciągał rękę do zgody.

Syriusz dłużej pamiętał urazy. Dusił je w sobie, aż w końcu wybuchały z taką mocą, że biada temu, kto znalazł się w pobliżu! Black bywał nieobliczalnym furiatem, zatracał się we własnych uczuciach, ale po takim wybuchu, który zdarzał mu się od czasu do czasu, atmosfera zwykle się oczyszczała i wszystkim robiło się lżej na duszy.

Remus nie zapominał nigdy. I bardzo się z tego powodu męczył.

– Czasami mam wrażenie, że ty sobie wszystko notujesz – powiedział kiedyś Syriusz, wpadając w poważny ton. – I niby się godzimy, niby stawiam ci flaszkę, ale nic już nie jest takie jak przedtem...
– Oczywiście, że nie jest – odparł po chwili Lupin. – Z tej przyczyny, że wszystko się zmienia, relacje międzyludzkie też. Nic w tym złego – dodał, widząc, że Syriusz chce zaprotestować – wręcz przeciwnie! Nazwałbym to po prostu ewolucją.
– Dzięki wielkie za taką ewolucję. – Black nie chciał dać się przekonać. – Ja tam bym chciał za każdym razem czystą kartkę...
– A kto by nie chciał...?

Byli tacy różni! Gdy Remus się nad tym zastanawiał, za każdym razem dochodził do wniosku, że powinien serdecznie nie cierpieć tak Syriusza, jak i Jima. Właściwie najbliżej mu było do introwertycznego Petera, który – gdy czasem się otwierał – zaskakiwał głębią przemyśleń i zrównoważonym podejściem do życia. Problem w tym, że Peter potrzebował oparcia, natomiast Remusowi zupełnie ta rola nie odpowiadała. Wolał chodzić własnymi ścieżkami, nie mówiąc już o tym, że ciągle rozglądał się za nowymi impulsami stymulującymi twórczość. A w towarzystwie Syriusza i Jima nigdy takich impulsów nie brakowało. Lubił obserwować przyjaciół, kłócić się z nimi, dogryzać im, niepoprawnie szaleć; z drugiej jednak strony czuł niesamowity komfort, bo przecież miał coś własnego, do czego oni nie mieli dostępu - swoją pasję twórczą. W każdej chwili mógł wycofywać się w świat liter i zamknąć za sobą okładkę książki. Był Huncwotem, a jednocześnie wcale nim nie był, nie musiał być. Bronił niezależności tak usilnie, że czasami popadał w przesadę, a potem sam siebie bezlitośnie wykpiwał.

Gdyby jeszcze potrafił zachować przy tym dystans! Ale nie, każda porażka zwalała go z nóg, a każdy sukces doprowadzał do skrajnej euforii. I to chyba było jeszcze gorsze od pamiętliwości. Przynajmniej Remus tak uważał. Marzył nawet, żeby naćpać się jakichś leków i przez jakiś czas patrzeć na świat zza grubej szyby. Literatura tylko pozornie pozwalała uciec, tak naprawdę wciągała w wir kolejnych emocji, o wiele głębszych, potwornie wyczerpujących. To było jak niekończąca się karuzela paradoksów! Chciał nawet kiedyś napisać na ten temat piosenkę, ale nic z tego nie wyszło; utknął na czterowierszu, który czasem jeszcze chodził mu po głowie:

Kiedy sprzeczności się ze sobą zetkną
Jedno jeszcze pragnienie nieodmiennie suszy:
Zgubić za sobą ból gorycz i żal
W ostatnim skoku w nieskończoną dal...
(1)

– Remus? No tylko na niego popatrz, Jimmy, znowu lunatykuje! A może by tak odrobina zimnej wody...?
– Popieram! – ucieszył się Potter. – Było nawet takie zaklęcie na kaca, niestety nie pomnę, jak szło. Akwacośtam. Akwamaryna?
– Sam jesteś akwamaryna, debilu. – Remus błyskawicznie się ocknął, nie miał zresztą innego wyjścia, bo właśnie dochodzili do biblioteki. – Podowcipkuj sobie lepiej z panią Pince, na pewno się ucieszy.
– O tak, w to nie wątpię. – Przez twarz Jima przemknął cień obawy. – Ta kobieta ma wyjątkowo rozwinięte poczucie humoru. A może przedłużylibyście książki za mnie, coo? Poczekałbym na was na zewnątrz. Albo w świetlicy. Albo...
Syriusz i Remus wymienili znaczące spojrzenia.
– Nie ma mowy! – stwierdzili jednogłośnie.
Jim jęknął.
– Bezduszni! Wiedziałem, że na was nie można liczyć.

Jako się rzekło, Jima Pottera trudno było nie lubić; niektórym się to jednak udawało. Do tych nielicznych osób należała Irma Pince, hogwarcka bibliotekarka, na którą nie działał ani łobuzerki urok, ani legenda najlepszego szukającego w historii szkoły. Dla niej najważniejsze były książki. A Jim książek nie szanował, przynajmniej w opinii pani Pince. Zaginał rogi, czytywał przy jedzeniu, a na dodatek nigdy nie odstawiał tomów na właściwą półkę. Ignorował terminy zwrotu, w czytelni zachowywał się skandalicznie i – co chyba najgorsze – najbardziej w świecie kochał klasyczne kryminały, przygodówki i dreszczowce spod znaku Edgara Allana Poe. Irma Pince nie mogła i nie chciała przyjąć do wiadomości takiej czytelniczej degrengolady.

W bibliotece było niemal całkowicie pusto, tylko kilku Krukonów siedziało jeszcze nad podręcznikami – dla nich piątek niczym nie różnił się od innych dni tygodnia. Remus bardzo lubił hogwarcką książnicę, chociaż denerwował go brak wielu wybitnych dzieł literatury światowej. Nienawidził podziału na twórczość mugolską i magiczną, uważał, że nie ma on żadnego sensu. Niestety, pani Pince miała na ten temat inne, zdecydowanie bardziej konserwatywne, zdanie. Dlatego wcale nie było pewności, czy „Maria Stuart”, której treść Remus chciał sobie odświeżyć, znajdzie się na którejś z dostępnych półek. Wielki prekursor niemieckiego romantyzmu nie miał bowiem nic wspólnego z machaniem różdżką, uprawiał magię zupełnie innego rodzaju.

Irma Pince niemal bezszelestnie wyszła zza regału, niosąc stertę tomów oprawnych w skórę. Mimo takiego balastu, poruszała się lekko i z gracją, jakby książki nic nie ważyły. Na widok Gryfonów zacisnęła wąskie wargi w grymasie niezadowolenia.
– Dobry wieczór. – Remus był przyzwyczajony do mało przyjaznych min bibliotekarki, nie robiły już na nim wrażenia. Natomiast Jim wyglądał na cokolwiek przerażonego. – Chciałbym zamówić jeszcze dzisiaj jedną książkę, bardzo mi na niej zależy.
– Panie Lupin, wie pan, która godzina? Za chwilę zamykam.
– Bardzo proszę, to ważne. Chodzi o „Marię Stuart” Schillera. W katalogu nie figuruje, ale pomyślałem...
Pince zmierzyła go wrogim spojrzeniem i bez słowa zniknęła na zapleczu. Znajdowały się tam prawdziwe skarby, do których uczniowie nie mieli swobodnego dostępu. Tylko od łaski bądź niełaski bibliotekarki zależało, czy książki trafią do zachłannych rąk, czy też nie, były to wszak pozycje spoza listy lektur. Nie traktowały o prastarej sztuce magicznej, nie omawiano ich na lekcjach, a jednak w dalszym ciągu potrafiły zachwycić i oszołomić prawdziwych wielbicieli literatury.
– O Merlinie, co za jędza – mruknął Jim. – Czy ona ma męża?
– Miała. Pięciu – odparł Remus, udając powagę. – Wszystkich zamordowała, ale niestety nikt nie potrafi tego dowieść. Odziedziczyła ponoć niesamowitą fortunę, a w bibliotece pracuje tylko dla kaprysu, no wiesz, ekscentryzm wśród bogaczek to norma. Równie dobrze mogłaby siedzieć w swoim zamku nad Loarą i pławić się w forsie...
Jim szeroko otworzył oczy ze zdumienia, a Syriusz parsknął śmiechem.
– Luniak, twoja wyobraźnia czasem mnie przeraża – powiedział. – Serio. Aż się boję zapytać, kim NAPRAWDĘ jest Ślimak. Lordem na wygnaniu? Baszą, który przemieszcza się w czasie?
– Slughorn? – Remus uniósł brwi do góry. – Jak to kim jest? Przemytnikiem! A Daniel O’Neil to jego nieślubny syn...
W tym momencie wróciła bibliotekarka, więc rozmowy natychmiast się urwały.
– Nawet przez chwilę nie możecie być cicho? – fuknęła.
Syriusz nie był w stanie wytrzymać jej spojrzenia, więc spuścił wzrok i zaczął w skupieniu obserwować rysy na posadzce.

Niechętnie położyła książkę na blacie stołu. Remus miał ochotę natychmiast ją stamtąd porwać, ale jakoś się powstrzymał; zamiast tego uśmiechnął się do bibliotekarki i skinął głową. W gruncie rzeczy szanował Irmę Pince, chociaż czasami się z nią nie zgadzał. Była niesamowitym fachowcem, znała się na książkach jak nikt inny, a ktoś, kto zamierza związać się z literaturą na stałe nie może takich osób do siebie zrażać. Są zbyt cenne.
– Bardzo dziękuję – powiedział.
Doskonale zdawał sobie sprawę, że każdy inny uczeń – może z wyjątkiem Regulusa Blacka – zostałby odesłany z kwitkiem i mógłby co najwyżej o Schillerze pomarzyć. Remus szanował Irmę Pince, natomiast ona zdawała się go tolerować – co było naprawdę sporym wyróżnieniem, biorąc pod uwagę to, że bibliotekarka ludzi nie lubiła w ogóle i wcale tego nie ukrywała. Mawiała, że tylko przeszkadzają jej w czytaniu, a na dodatek nie ma z nich większego pożytku.
– Chcę ją mieć z powrotem najdalej w przyszły piątek – burknęła. – Czy to jest jasne?
– Oczywiście, na pewno przyniosę. Do widzenia.
Remus zarejestrował błagalne spojrzenie Jima Pottera, ale je z premedytacją zignorował. Bez słowa pomaszerował w kierunku wyjścia.
Syriusz pobiegł za nim, jakby ścigało go stadko krwiożerczych gargulców.
– To było bardzo ślizgońskie, wiesz? – zachichotał, gdy znaleźli się na korytarzu. – Zaprawdę powiadam ci, powinieneś łazić po zamku w zielono-srebrnym szlafroku. Biedny Jim...
– A ty to, kurde, co? Niewiniątko? – odgryzł się Remus. – Trzeba było zostać i wspierać przyjaciela w trudnej sytuacji. Zwiałeś jak ostatni tchórz! Wylazło na wierzch wielopokoleniowe ślizgońskie dziedzictwo!
– O, wypraszam sobie. Ja wcale nie zwiałem, ja tylko dokonałem taktycznego odwrotu.
Teraz obaj zaczęli się śmiać.
– To jeszcze nie wszystko, Remmy. Muszę ci się do czegoś przyznać... – powiedział Syriusz konspiracyjnym tonem, gdy tylko udało mu się złapać oddech. – Pamiętasz, w zeszłym roku, jakoś krótko przed Gwiazdką? Jim się rozchorował, i znosiłem mu wtedy mnóstwo kryminałów. On myśli, że brałem je na własne konto i że się z tego dawno rozliczyłem. Otóż – ściszył głos – myli się.
– W pierwszej czy w drugiej kwestii?
– W obu.
Remus pokręcił głową z uznaniem.
– To bardzo nieładnie z twojej strony. Bardzo. Powinieneś się wstydzić! Już wiem, dlaczego poparłeś mój pomysł wyprawy bibliotecznej! Jim cię zabije. Będziesz absolutnie martwym trupem.
– Pewnie tak... – Syriusz udał smutek. – Dlatego najpierw znieczulę się rumem, a potem spokojnie poczekam na miecz przeznaczenia. Idziemy do świetlicy, wielmożny markizie Remy de Lupin...? – wyszukanym gestem wskazał drewniane, niemożebnie obdrapane drzwi.
– I owszem, jaśnie oświecony baronie Zygfrydzie von Black. – Remus szurnął nogami i skłonił się nisko. – Pana życzenie jest dla mnie rozkazem.

Tego piątku nie odbywał się w świetlicy żaden wieczorek artystyczny, więc nie było tłumów. Kilka dziewcząt dyskutowało, popijając sok z dyni; przy sąsiednim stole zawzięcie rżnięto w karty, a tuż obok jakiś czwartoroczny Krukon uczył kolegę ze Slytherinu grać w szachy. W fotelu przy kominku siedziała Melissa, aktualny obiekt starań Syriusza, i czytała jakąś książkę, od czasu do czasu sięgając po ciasteczka cynamonowe. Lektura wciągnęła ją do tego stopnia, że nawet nie podniosła głowy, gdy trzasnęły drzwi.

Przy stole ustawionym pod ścianą stał Regulus Black, który właśnie zalewał herbatę wrzątkiem. Bez większego zainteresowania zerknął na nowoprzybyłych, ale gdy zorientował się, że jednym z nich jest jego brat, zbladł mocno, jakby cała krew nagle odpłynęła mu z twarzy. O mało się przy tym nie oparzył, bo czajnik, który trzymał, wysunął mu się z dłoni, a wrzątek chlusnął na podłogę.

Teraz już wszyscy oderwali się od swoich zajęć, nawet Melissa ocknęła się z lekturowego odurzenia. Zapadła bardzo nienaturalna cisza, słychać było tylko trzask ognia i brzęczenie muchy, która jakimś cudem dostała się do świetlicy i uskuteczniała rozpaczliwy balet pod sufitem.
Z twarzy Syriusza zniknął uśmiech. Starszy Black zastygł, z palcami zaciśniętymi na ramieniu Remusa, którego jeszcze chwilę wcześniej zamierzał przewrócić – przepychali się wśród salw śmiechu, zataczali jak pijani i w takim nastroju wpadli do świetlicy, niemal wyrywając przy tym drzwi z futryny. Niefrasobliwy nastrój prysnął, nie pozostało po nim nawet śladu. Powietrze pulsowało dosłownie od złych emocji; atmosfera stała się tak gęsta, że niemal można ją było kroić nożem.

Znowu musieli się pokłócić - pomyślał Remus - znowu powiedzieli o jedno słowo za dużo. I tym razem poszło chyba o coś poważnego, bo patrzą na siebie tak, jakby zamierzali się pozabijać... Jak można doprowadzić do takiej sytuacji? Przecież są braćmi!

To był impuls, Remus ani przez moment nie zastanawiał się nad tym, co robi. Wyrwał się Syriuszowi, a raczej stanowczo odgiął jego palce, żeby uwolnić ramię, i podszedł do Regulusa. Schylił się, podniósł czajnik i nalał wody.
– Dać głupiemu marchewkę, to się pokaleczy – zakpił, jakby nic wielkiego się nie stało. – Ty już lepiej, Reg, niczego nie ruszaj, bo jeszcze sobie zrobisz krzywdę. Jabłko z cynamonem? – Sięgnął do pudełka z herbatami.
Młodszy Black powoli skinął głową.
– Prawdę mówiąc, przydałyby się jakieś ziółka uspokajające, ale chyba nie dostaniemy ich w tym lokalu - ciągnął Remus, czując się coraz paskudniej. Bardzo żałował, że w pobliżu nie ma Danny’ego O’Neila, który świetnie sobie radził w podobnych sytuacjach, wszystko potrafił obrócić w żart. Niestety, Ślizgon nie przyszedł; pewnie zaszył się w jakimś schowku i udawał małego alchemika. A na Blacków raczej nie można było liczyć, obaj byli uparci, jak osły. – Syriusz, siadaj, zaraz przyniosę tę twoją ukochaną, diabelską kawę... Siadaj!

Tamten nie zareagował. W dalszym ciągu stał na środku sali. Jedynym pozytywnym skutkiem przemowy Remusa było to, że pozostali hogwartczycy wrócili do swoich zajęć. Albo udawali, że wrócili. Chwilę później przy stoliku karciarzy wybuchł spór o jakąś wyjątkowo kontrowersyjną regułę gry i cisza rozmyła się w słowach, przestała doskwierać. Remus postanowił więc zawalczyć o rozejm, czy może raczej – o unormalnienie relacji.
– Drukujemy twój cykl poetycki, no wiesz, Ogień-Woda. Julie obiecała, że zajmie się ilustracjami, chociaż mi się wydaje, że lepiej by było poprosić Bena. Tego od komiksów. Ma ostrą kreskę, pasowałaby idealnie. Co o tym myślisz?
– Ja... - Regulus wyglądał jak człowiek, który nadal nie jest pewny, czy śni, czy już się obudził. – Nie wiem. Sam zdecyduj.
– Taa, dzięki za pomoc. – Remus skrzywił się lekko. – Mógłbyś chociaż udawać, że cię to interesuje. Poczekaj, zostaw ten kubek, przecież mówiłem, żebyś się dzisiaj nie bawił wrzątkiem! Ręce ci latają jak alkoholikowi!
– Zmęczenie – odparł młodszy Black i nareszcie spojrzał Remusowi prosto w oczy, przerywając tym samym hipnotyczne połączenie z bratem. – Ostatnio nie mogę spać, za dużo... za dużo myślę. Nadmiar myśli bywa męczący, jeśli wiesz o co mi chodzi.
– Fakt – zgodził się, kątem oka rejestrując pełne wyrzutu spojrzenie Syriusza. – Jest ich strasznie dużo, a żadnej nie da się doprowadzić do końca. Prawdziwa plątanina! Mnie to dopada zwłaszcza przed egzaminami. Tam siedzisz?
– Tak.
– Zaniosę ci tę nieszczęsną herbatę. Tylko mi nie właź pod nogi! Wy, arystokraci, nawet sznurowadeł nie potraficie porządnie zawiązać. A co do Bena, to chyba jutro go złapię, mamy z Krukonami eliksiry. Powinien się zgodzić. Dam mu wiersze, zobaczymy jak je zinterpretuje, a potem...
– Remus!
Urwał i popatrzył na Syriusza. To, co zobaczył, bardzo go zaniepokoiło.
– No, siadaj wreszcie! – powiedział, siląc się na spokój. – Zaraz przyjdzie Jim, trzeba szybko wymyślić, jak go udobruchać.
– Remus. – Black zignorował odpowiedź przyjaciela. Powoli cedził słowa: – Musimy. Stąd. Wyjść. NATYCHMIAST!

I znowu odruch. A może przekora? Żyłka hazardzisty...? W każdym razie Remus nie miał zamiaru ustępować. Odstawił kubek Regulusa. Palcami prawej dłoni odruchowo musnął kieszeń, w której trzymał różdżkę.

Nikt nie będzie mi mówił, co mam robić!

– Nie wygłupiaj się, przecież musimy poczekać na Jima.
– Chodź!
– Ani mi się śni!

Świsnęło. Melissa jak oparzona zerwała się z fotela, jeden z karciarzy zaklął szpetnie, inny jak długi runął na ziemię. Remus odskoczył, więc zaklęcie uderzyło w ścianę, zrzucając z niej grafikę przedstawiającą hiszpańskie tancerki. Regulus chciał podbiec do brata, ale w ostatniej chwili zrezygnował, zatrzymał się w pół kroku, zastygł. Nie wyciągnął różdżki.
– Remus, może faktycznie lepiej stąd wyjdźmy - powiedział głucho. – Albo ty wyjdź. To jest sprawa między Syriuszem a mną.
– Już nie. – Remus dobrze wycelował, ale Syriusz był szybszy. Niebieski płomień chybił celu. Potem cała świetlica wypełniła się krzykami, iskrami i dymem. Na szczęście dziewczęta, z Melissą na czele, zdołały dopaść drzwi; zniknęły w korytarzu; powiadomiona przez nie McGonagall mogła się zjawić w każdej chwili. I lepiej by było, gdyby to była mało odległa chwila – pomyślał Remus, kopiąc krzesło, które nieoczekiwanie zatarasowało mu drogę. Robiło się coraz goręcej.
– Popierdoliło was?! – wrzasnął ktoś, najprawdopodobniej Krukon-szachista. A może któryś z karciarzy? Wszyscy byli młodsi od Remusa i Syriusza, a co za tym idzie – o wiele słabsi w rzucaniu zaklęć. Nie próbowali się wtrącać.

Remus poczuł przyjemny przypływ energii, krew uderzyła mu do głowy. Miał wrażenie, że słyszy każdy najmniejszy szelest, dostrzega najmniejszy ruch. Ciało zmieniło się w niesamowicie sprawną maszynę.
Obudziło się w nim coś obcego, a jednocześnie bardzo bliskiego.

Usłyszał Zew.

Syriusz był tak wściekły, że niczego nie zauważył, emocje odebrały mu rozum. Ciskał błyskawicami bez opamiętania, bez planu, zużywając zbyt wiele energii; osłabiał się w ten sposób. Zamiast atakować brata, którego nienawidził (albo wmawiał sobie, że nienawidzi), próbował jak najbardziej zaszkodzić przyjacielowi, nie, on po prostu usiłował go zniszczyć! Właściwie bez powodu. Bo przecież nie dlatego, że Remus rozmawiał z Regulusem tak, jakby go dobrze znał i lubił!

Zdrajca!

Tym razem z różdżki wystrzelił ogromny łańcuch i poszybował w kierunku Remusa, unieruchamiając go na kilka sekund. Lupin był jednak mocny w zaklęciach bezróżdżkowych, opanował kilka bardzo przydatnych, bałkańskich trików – południowo-wschodnia magia rzadko korzysta z rekwizytów, opiera się przede wszystkim na wewnętrznej sile. Żelazne oczka łańcucha pękły, jakby coś rozsadziło je od środka.
Jedno z okien pękło z trzaskiem. Do świetlicy wpadł lodowaty podmuch wiatru.

Wylecimy stąd na zbitą mordę – pomyślał Remus, ale nie był w stanie przerwać walki. Czuł dziką radość, chciał tylko

rwać na strzępy zabijać pędzić pędzić pędzić...!

– Przestańcie! – Regulus wpadł między nich, próbując interweniować, ale oberwał jakąś zabłąkaną błyskawicą i zniknął w kłębach dymu. Liczyli się już tylko oni dwaj, Syriusz i Remus, cała reszta była nieistotna, przypominała bezkształtną, szarą masę. Nic już nie mogło powstrzymać katastrofy...

Nagle drzwi otworzyły się z hukiem, zagrzmiał czyjś głos. Remus poczuł, że traci grunt pod nogami, zorientował się, że to Regulus ciągnie go w dół, na podłogę. Próbował się jakoś uwolnić, ale zanim zdążył rzucić zaklęcie, leżał już na ziemi; coś wbiło mu się w plecy, prawdopodobnie odłamek rozbitej szklanki. Właściwie nie czuł bólu. Wszystko zabarwiło się na czerwono.

A potem wybuchła srebrna mgła i błyskawicznie skleiła mu powieki. Unieruchomiła ciało. Zatamowała oddech.

Czas się zatrzymał.

*

Jimowi odebrało mowę. Stał obok profesor McGongall, kurczowo zaciskając palce na różdżce, i zupełnie nie wiedział, co powiedzieć. Nie był już zły z powodu bibliotecznej pułapki, w którą wpakowali go przyjaciele, cała złość ulotniła się w jednej chwili. Patrzył na zrujnowaną świetlicę, na potłuczone okna, połamane krzesła i stoły, płonące zasłony, i czuł, że robi mu się słabo; był bliski zemdlenia.

Syriusz wyglądał jak połamana kukiełka; leżał z rozrzuconymi rękoma, w bardzo nienaturalnej pozie. Nieco dalej Remus, na plecach, z podkulonymi nogami. Wokół niego czerwone plamy.

Krew.

– A niech to – szepnął Jim, chociaż miał wielką ochotę wulgarnie zakląć. – Co tu się stało?
– Też bym chciała wiedzieć, Potter. – Minerwa McGonagall zmarszczyła brwi. – I nie spocznę, dopóki się nie dowiem. Proszę natychmiast wezwać panią Pomfrey, zdaje się, że nie obejdzie się bez jej pomocy. Zaklęcie za chwilę przestanie działać i wszyscy się ockną.

Ach, prawda, poza Syriuszem i Remusem w świetlicy byli też inni uczniowie, między innymi... Regulus Black...? Jimowi nagle zrobiło się zimno, zadrżał. Zaczynał się domyślać, o co poszło, nie trzeba było być wróżbitą, żeby się tego domyślić.
– No już, biegnij. Czekasz na pisemny rozkaz? – zbeształa go McGongall. – Chcesz, żeby twoi przyjaciele wykrwawili się na śmierć?
– Jasne, że nie – mruknął i zniknął w korytarzu. Miał wrażenie, że to jakiś koszmar, który nie chce się skończyć.

Pojedynki były zakazane, a wszystkich, których przyłapano na łamaniu tego zakazu przykładnie karano. Nikt wprawdzie jeszcze nie wyleciał ze szkoły za bijatykę, ale też nikt nie bił się tak... tak rozpaczliwie prawdziwie jak Remus z Syriuszem!

To było straszne.

Pewnie dlatego, że cholernie im na sobie zależy – pomyślał Jim. – Najgorsi wrogowie to przyjaciele, którzy się znienawidzili. Nie ma paskudniejszego wariantu!

Miał nadzieję, że w tym przypadku tak nie będzie i że wszystko wróci do normy. Przecież Remus i Syriusz nie mogli się znienawidzić! Jim często bywał zazdrosny o te ich wieczorne dysputy, partyjki szachów, ba, nawet o kłótnie, ale nie potrafił sobie wyobrazić, że coś mogłoby się zmienić. Wizja zimnej obojętności, albo – co gorsza! – otwartej wrogości, zupełnie nie mieściła mu się w głowie. Przecież tak dobrze się uzupełniali, wszyscy czterej; każdy wnosił do tej przyjaźni coś swojego, własnego i niepowtarzalnego; puzzle pozbawione któregoś z elementów traciły sens!

O nie, nie dopuszczę do tego. Po moim trupie! - Jim zagryzł wargi. Do skrzydła szpitalnego było coraz bliżej. - Już ja im nagadam. Zachciało im się, cholera, bijatyk w biały dzień... no dobrze, wieczór, ale to nie ma nic do rzeczy! Idioci! Wszystko przez tę „Enigmę”, Remus zmienił się nie do poznania. Trzeba mu to wybić z głowy, kontakty ze Ślizgonami jeszcze nikomu nie wyszły na dobre...

W drzwiach zderzył się z panią Pomfrey. Już wiedziała, że stało się coś złego. Przez ramię przewiesiła swoją uzdrowicielską torbę.
– Prowadź, Potter - zażądała. – I gadaj natychmiast, coście zmalowali, żebym wiedziała, na czym stoję!
Westchnął i opowiedział o wszystkim. Słowa brzmiały tak głupio, że podziałały na niego jak duży kubek melisy.

*

Współczesność


Żarówka zamigotała i zgasła. Siedzieli teraz w ciemnościach, rozrzedzonych nieco poblaskiem latarni i neonów. To znaczy Remus siedział, bo Rudolf znowu rozłożył się na podłodze; alkohol robił swoje. Przez okna w dachu – John Lupin kazał je wybić, żeby móc pracować przy naturalnym świetle – na strych zaglądały gwiazdy. Robiło się coraz chłodniej. Gdzieś niedaleko przejechała karetka, jej ostry pisk zakłócił ciszę.
– Ja się chyba jednak nie nadaję na gawędziarza – stwierdził Remus. Odkaszlnął, napił się wody, gardło zaczynało odmawiać mu posłuszeństwa. – A co do zaufania – dodał – to też nienajlepszy pomysł. Źle się na tym wychodzi. Sam wiesz.
– Bardzo... bardzo... bardzo... – Lestrange zaciął się. Albo smakował słowo. – Bardzo nietypowy z ciebie Gryfon. Lubisz swoje... mroczne strony.
– Skąd ten pomysł? – zdziwił się.
– Opis bitwy. Zew. To był najmocniejszy fragment twojej opowieści. Właściwie... właściwie niemal gotowy poemat.
– Jesteś porąbany.
Rudolf zaśmiał się chrapliwie.
– Wiem. Ale ja, w przeciwieństwie do ciebie, tak samo dobrze orientuję się w swoich wadach, jak i w zaletach. To... to niezła broń. Nosce te ipsum (2) , a potem... dopiero potem... zdobywaj świat.

Remus nie chciał się nad tym zastanawiać. W ogóle nie chciał się zastanawiać. Dlatego wypił jeszcze trochę wody (na widok bimbru robiło mu się niedobrze) i opowiedział Lestrange’owi, co było dalej.

Mówił o rekonwalescencji, o pogadankach z McGonagall, i o tym, że Dumbledore nie wyrzucił ich jednak ze szkoły, chociaż rada nadzorcza wyraźnie za tym optowała. Mówił też o Syriuszu....

Nie rozmawiali prawie dwa miesiące, traktowali się jak powietrze, mimo usilnych starań Jima, który starał się ich pogodzić. Odrabiali wprawdzie razem szlabany, ale to nie ułatwiało porozumienia, wręcz przeciwnie. W tym okresie Remus odsunął się nieco od Huncwotów, więcej czasu spędzał z Danielem, praca w gazecie pochłonęła go całkowicie. Właściwie prawie nie bywał w wieży Gryffindoru, przychodził tam jedynie na noc, a i to nie zawsze, bo zdarzało się, że oboje z Julie znikali w jakichś sobie tylko znanych zakamarkach. Poza tym był przecież Parnas. A Parnas zmienił wszystko.

Trafili tam zupełnie przypadkiem. Szli we trójkę: Dan, Regulus - który coraz częściej przebywał w towarzystwie redaktorów „Enigmy” - i Remus. W pewnym momencie schody zaczęły szaleć, jakby jakiś niewidzialny dowcipniś usiłował je zamienić w karuzelę; przykleiły się do czwartego piętra w całkiem innym miejscu niż zwykle! W pobliżu nie było drzwi prowadzących do klas, nie było też ławek, na których siadało się w czasie przerwy.
– Do kroćset! – mruknął O’Neil. – Chodzę do tej budy od sześciu lat, a w dalszym ciągu potrafi mnie zaskoczyć. Zawsze mi się wydawało, że za gabinetem Vector jest już tylko ściana!
Im też się tak wydawało. I oczywiście nie mieli racji. Nie wzięli pod uwagę małego korytarzyka, przy którym nie znajdowały się żadne użytkowe pomieszczenia. Można było nim powędrować aż do bocznej klatki schodowej, a potem schodami na górę, aż na sam szczyt jednej z hogwarckich wieżyczek.

Wejścia na strych strzegł obraz przedstawiający psychodeliczne wiatraki na tle pochmurnego nieba. Wiecznie kręciły się w kółko, więc łatwo było wpaść w trans, gdy patrzyło się na nie zbyt długo. Danielowi bardzo się spodobały. Stwierdził, że działają niemal tak samo dobrze, jak jego bimber.

Obraz żądał absurdów, na to też wpadli przypadkiem. Wystarczyło wymyślić jakieś dziwaczne połączenie słów, w rodzaju miauczącej zieleni, a płótno odsuwało się niemal bezszelestnie, odsłaniając wąski tunel. Potem szło się jeszcze kilka kroków w zupełnej ciemności, aż w końcu z mroku wyłaniał się właściwy Parnas, skrzypiący pod nogami i pachnący starym drewnem.

Umówili się, że nigdy, ale to przenigdy nie splamią tego miejsca magią. Od tej chwili różdżki zawsze zostawiali przed wejściem, w specjalnie ku temu przysposobionej skrzynce.

Julie ozdobiła ściany malowidłami, ciągle dodawała coś nowego. A to fauna, ślęczącego z lupą nad grubą księgą, a to driadę, czeszącą długie, zielone włosy. Uwielbiała mityczne i baśniowe stworzenia i wkrótce zaludniła nimi cały Parnas. Bywali tu także ludzie z krwi i kości, bo redakcja „Enigmy” szybko się rozrastała - dyskutowano o literaturze, pisano, śpiewano, pito hektolitry herbaty... Strych znowu tętnił życiem, przyciągając hogwartczyków zagubionych, pozytywnie trzepniętych, tęskniących za magią inną, niż ta, której uczono na lekcjach.

A na początku marca Syriusz obudził Remusa w środku nocy i powiedział, że nie miał racji. Rozmawiali do rana. Później nie wracali już do tej kwestii, omijali temat pojedynku szerokim łukiem.
I wszystko było takie, jak przedtem...

... ale niezupełnie.

Nie da się przecież cofnąć czasu, na kartce zawsze zostaje ślad po wymazanych słowach.

– Sentencja jak ze spalonego teatru – uśmiechnął się Remus, doskonale zdając sobie sprawę, że Lestrange od dawna śpi. Ciągnął tę opowieść nie dla niego, ale dla siebie; nagle poczuł się niesamowicie lekki, wolny. Wstał, przyniósł koc i przykrył nim Rudolfa, który mruknął coś niewyraźnie i przekręcił się na drugi bok. Potem wrócił na swoje miejsce, tuż pod płótnem przedstawiającym Wędrowca, położył się na wznak i zapatrzył w gwiazdy, które bladły, bo przecież zbliżał się świt.

Zwariowana noc – pomyślał sennie. – Jak dobrze, że wreszcie się kończy!

Bywa jednak tak, że dni są o wiele bardziej zwariowane od nocy...

*

Po raz ostatni szedł do redakcji, jego wakacyjny staż dobiegał końca. Właściwie nie miał tam już nic do roboty, chciał się tylko ze wszystkimi pożegnać, poza tym wieczorem Bernard urządzał domówkę – odkąd Riddle cofnął Zakaz Zgromadzeń, bawiono się niemal bez przerwy. Ostatnie dni sierpnia pachniały alkoholem i radosnym podnieceniem. Rudolf mawiał, że taki nagły, dekadencki szał, to stypa przed pogrzebem, ale nikt go nie słuchał, zresztą nigdy nie było wiadomo, czy Lestrange żartuje, czy mówi serio. W każdym razie Remus z przyjemnością odrzucił pesymizm i dał się ponieść zbiorowemu entuzjazmowi. Może faktycznie kończył się wreszcie czas grozy i prześladowań? Może nadchodziła odwilż?

Maszerował ulicami, ciesząc się słońcem, które tego dnia wyjątkowo intensywnie świeciło. Pogoda była idealna, aż chciało się uciec z Londynu i pojechać nad morze, w góry, gdziekolwiek, byleby tylko na łono przyrody. Niestety, już nazajutrz gromada młodzieży miała wsiąść do pociągu i wyruszyć do Hogwartu; zaczynał się rok szkolny. Remus prawie nie mógł w to uwierzyć! Szczególnie, że nagle dotarło do niego, że jest już na siódmym roku, a po siódmym roku... no właśnie. Dorosłe Życie. Biała plama, której Remus jeszcze nie potrafił zapełnić słowami.

Nie zamierzał się tym jednak przejmować, jeszcze nie teraz. Nie w chwili, gdy po brzegi wypełniała go czysta radość życia. Miał ochotę śmiać się sam do siebie, śpiewać albo fikać koziołki; nie obchodziło go, co pomyślą sobie na jego temat inni Londyńczycy. Pewnie i tak połowa ludzi brała go już za świra. „Gryzipiórek! Taki sam bezużyteczny dziwak, jak jego ojciec...!”

Parsknął śmiechem, bo oczyma wyobraźni zobaczył panią Brown, sąsiadkę z parteru, która od wielu lat wieszała psy na całej familii Lupinów. Była przy tym tak wspaniałym materiałem na postać literacką, że Remus nawet nie mógł się na nią złościć. Zawsze kłaniał się jej z przesadną uprzejmością, a ona wyglądała tak, jakby miała ochotę splunąć. Jej siwy kok drżał od serii niewypowiedzianych obelg.
O tak, pani Brown byłaby przeszczęśliwa, widząc „tego Lupina”, fikającego koziołki na środku ulicy. Przez pół roku miałaby o czym plotkować z przyjaciółkami.

Prawdę mówiąc, rzadko ostatnimi czasy bywał w domu, więc nawet nie wiedział, co też nowego dzieje się u antypatycznej sąsiadki. Ciągle gdzieś ganiał: a to do redakcji, a to na odczyt filozoficzny, a to na jakiś koncert... Z każdym dniem coraz bardziej uzależniał się od magobohemy, szczególnie zaś od Rudolfa Lestrange’a, z którym widywał się niemal codziennie. Pamiętna noc, zakończona pijaństwem w pracowni malarskiej Johna Lupina, bardzo ich do siebie zbliżyła. Jednak Remus w dalszym ciągu miał wrażenie, że tak naprawdę wcale Rudolfa nie zna. Nawet gdyby przeżył w jego towarzystwie setki lat, pewnie i tak nie wiedziałby, co się dzieje w jego głowie. To był człowiek-zagadka, jednocześnie drażniący i fascynujący. Prawdziwe wyzwanie dla kogoś, kto uważał się za niezłego znawcę ludzkich dusz.

Na początku Remus sądził, że już więcej się nie spotkają – powiedzieli sobie przecież trochę zbyt wiele! Gdy się ocknął, wtedy, po „nocy zwierzeń”, Rudolfa już na strychu nie było, nie zostawił nawet listu. Ale wszystko potoczyło się zupełnie inaczej. Lestrange pojawił się znowu, niespodziewanie, i jakby nigdy nic zaprosił Remusa na piwo. Potem były niekończące się dyskusje, wypady w dziwne miejsca, fajka wodna i absynt. Szalony, niesamowity sierpień. Taki, który na zawsze zapada w pamięć.

Jim i Syriusz wyjechali w góry, Peter siedział u ciotki na wsi, więc przez jakiś czas Remus nie miał z nimi kontaktu. W gruncie rzeczy bardzo się z tego powodu cieszył, bo zupełnie nie wiedział, jak mógłby im wytłumaczyć, co się z nim dzieje. Nie zrozumieliby. Nie pojęliby, że nagle, zupełnie niespodziewanie trafił do świata, o którym od dawna marzył i którego zręby tworzył w Hogwarcie. Nareszcie znalazł się we właściwej opowieści, będącej przedziwną mieszanką baśni i modernistycznego odurzenia! Nie pisał wprawdzie zbyt wiele, bo za dużo się wokół niego działo, ale za to kolekcjonował wrażenia. Miał nadzieję, że w końcu uda mu się je zwerbalizować.

Oczywiście sytuacja polityczna mocno go niepokoiła, nie był ślepy ani głuchy, w dodatku otarł się przecież o więzienie śmierciożerców. Codziennie w redakcji wysłuchiwał najnowszych plotek, które często mroziły krew w żyłach i powodowały, że miało się ochotę spakować walizkę i wyjechać jak najdalej od domu. Był jednak młody, a w dodatku czuł, że właśnie wkracza w najciekawszy okres swojego życia. Dlatego koszmary dnia codziennego traktował w kategoriach literackich - wydawało mu się, że jest czytelnikiem polityczno-sensacyjnej powieści, który z zainteresowaniem śledzi kolejne akapity. Tworzy własną wersję wydarzeń, szuka podtekstów. Był przekonany, że to wszystko po prostu go nie dotyczy, wyrzucił z pamięci nieprzyjemne wspomnienia, z pacyfikacją Bunkierka włącznie. Nie on jeden zresztą. Nawet Danny O’Neil przestał narzekać na przymusowy pobyt w Londynie; pracował gdzieś na peryferiach miasta, na budowie, a gdy tylko cofnięto Zakaz Zgromadzeń, wkręcił się do Dziurawego Kotła. Robił tak koszmarnie mocne drinki, że klienci zionęli po nich ogniem, ale i tak stary pub święcił tryumfy i przeżywał drugą młodość.

Złe czasy bezpowrotnie minęły...

Remus bardzo chciał w to wierzyć i chyba nawet przez jakiś czas mu się to udawało. Ale złudzenia nie przetrwały konfrontacji z tym, co zobaczył, gdy trzydziestego pierwszego sierpnia znalazł się na Pokątnej.
Od razu zrozumiał, że dzieje się coś niezwykłego – ulica była tak zatłoczona, jak tego dnia, gdy wprowadzono Zakaz Zgromadzeń. Wtedy jednak wszyscy głośno dyskutowali, wybuchały kłótnie, awantury, ludzie zbijali się w grupki i przez wiele godzin omawiali nową sytuację. Tym razem panowała niemal całkowita cisza. Wszyscy patrzyli w jednym kierunku. Remus przepchnął się przez tylne rzędy gapiów, aż doszedł do miejsca, w którym Pokątna rozszerzała się, tworząc coś w rodzaju prostokątnego rynku. Zwykle stały tam kramy albo – latem – stoliki należące do pobliskiej kawiarni. Teraz brukowana „kocimi łbami” przestrzeń była pusta, tylko dwa połączone ze sobą poziomą belką drągi wystrzelały w niebo, jakby chciały je skaleczyć. Remus nie miał pojęcia, do czego mogą służyć te konstrukcje; gdyby nie pobladłe i wyraźnie przerażone twarze widzów, pomyślałby pewnie, że to kuglarze urządzają jedno ze swoich przedstawień. Z drągów coś zwisało... Przeprosił jakąś kobietę, którą potrącił (chyba nawet tego nie zauważyła), i uporczywie szedł dalej. Bardzo chciał się dowiedzieć, o co w tym chodzi. Z daleka nie widział zbyt dobrze, szczególnie że słońce świeciło prosto w oczy.

W końcu wydostał się z tłumu, przed nim znajdował się już tylko jeden ludzki szereg. Kobieta w średnim wieku, za którą stanął, trzęsła się od tłumionego szlochu, dwie inne tulił do siebie mężczyzna, ubrany, mimo upału, w długi płaszcz.

Remus mrużył oczy; nadal nie był w stanie dostrzec szczegółów, zauważył tylko, że wokół drągów ustawiło się kilku śmierciożerców – najwyraźniej bronili do nich dostępu.

I wtedy słońce na chwilę schowało się za chmurami, a on popatrzył w górę.

Zrobiło mu się niedobrze.

Pewnie by się przewrócił, gdyby nie Teddy Gardin, który wyrósł jak spod ziemi i zdążył go podtrzymać.
– Patrz, Remus – syknął dziennikarz. – Nie odwracaj wzroku! Musisz ten obrazek dobrze zapamiętać.
Usiłował odwrócić głowę, ale nie mógł, Teddy mu to uniemożliwił.
– Patrz – powtórzył stanowczo.
Patrzył więc, prawie nie mrugając, aż łzy napłynęły mu do oczu. Wiatr poruszał kukłami, zawieszonymi na linach; kiwały się hipnotycznie, jakby w tak muzyki, której inni nie mogli usłyszeć. Spódnica dziewczyny uniosła się się do góry, odsłaniając uda.

Litery na szyldzie krzyczały. Wpijały się w mózg.

Śmierć magokomunistom.
Śmierć...


To nie były kukły, chociaż tak się na pierwszy rzut oka wydawało, to byli ludzie, niewiele starsi od Remusa, którzy przed chwilą zostali zamordowani. Trzech mężczyzn i dziewczyna. Publiczne egzekucje były w magicznej Wielkiej Brytanii zabronione, nie stosowano takiej kary od setek lat, a jednak w biały dzień na środku Pokątnej powieszono czwórkę magokomunistów. Bez procesu. Żaden sąd nie skazałby czarodzieja na szubienicę.
– Jak widzisz, w dniu dzisiejszym prawo przestało obowiązywać – szepnął Gardin, jakby czytał Remusowi w myślach. – Pogłoski były prawdziwe. Mogę się założyć, że to nie pierwsza taka egzekucja. Pierwsza publiczna – tak, ale na pewno nie pierwsza w ogóle.
– Riggs... – Remus dopiero teraz poznał mężczyznę, który próbował zabić Rabastana Lestrange’a.
– A i owszem, Christopher Riggs, ostatni przywódca londyńskich magokomunistów. Nigdy nie lubiłem fanatyków, niezależnie od opcji politycznej, ale wraz ze śmiercią Riggsa umiera wolność. Ludzie to wyczuwają, chociaż jeszcze nie mogą uwierzyć. Tylko krok dzieli nas... – urwał. Znowu zawiał wiatr, wisielcy rozpoczęli podniebny taniec. Starsza kobieta, ta, która wcześniej powstrzymywała się od płaczu, szlochała już całkiem jawnie, a szloch wkrótce zamienił się w nieludzkie wycie.
Remus drżał z zimna, mimo że było bardzo ciepło. Piękny, sierpniowy dzień.
– Dzieli nas od czego? – zapytał. Chłód rozprzestrzeniał się po całym ciele, aż w końcu dotarł do mózgu.
Teddy Gardin wykrzywił wargi w bardzo gorzkim uśmiechu.
– Od wojny.

Gdy wreszcie oddalili się od tego strasznego miejsca, Remus pochylił się i zwymiotował. Miał wrażenie, że za moment rozpadnie się na kawałki, a jednocześnie – i zupełnie paradoksalnie – czuł, że coś w nim od środka kamienieje. Mgiełka otępienia ustąpiła, umysł pracował sprawnie i nad wyraz logicznie. Nawet ręce przestały drżeć, chociaż jeszcze chwilę wcześniej latały jak w febrze.
– Zobaczysz testrale. – Gardin też był spokojny, przynajmniej pozornie. – Teraz już nie ma odwrotu.
Remus skinął głową. W jego oczach pojawiło się coś obcego, coś, czego nigdy wcześniej tam nie było.

Nienawiść.

*

(1) J. Kaczmarski, fragment piosenki pt. Kazimierz Wierzyński.
(2) Łac. Poznaj samego siebie.



KONIEC CZĘŚCI DRUGIEJ



Część kolejna, pod tytułem "Koktajl Mołotowa", w przygotowaniu.


Ostatnio zmieniony przez Hekate dnia Pon 1:15, 01 Gru 2008, w całości zmieniany 12 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zaheel
wilkołak alfa, spijacz Leśnej Mgiełki



Dołączył: 14 Sty 2006
Posty: 2478
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: z Nibyladii

PostWysłany: Pon 1:15, 24 Lis 2008    Temat postu:

To ja tak partiami - najpierw część przedostatnią. Żeby każdą na świerzo skomentować.
Jak przeczytałam o sposobie upiajnia się Rudolfa to jak bym o sobie czytała. Znajdując analogie coraz bardziej go uwielbiam, jest wąłsnie taki autodestrukcyjny- ale jak gdyby oczyszcza się - potem znów może być twardym i zimnym graczem. Ale też wie, że tylk oczasami moze pozwolić sobie na takie coś i nie przy wszytskich. A Remus rzeczywiście przyciaga ludzi, takim spokojem, pewnościa, że zostanie się wysłuchanym. Niektóre osoby tak mają, czego przykładem mozę być moja mama. Działają jak magnes na ludzi.
Reg taki zagubiony, ale starający się zgrywać kogoś innego, pozornie obojętnego. Ta scena nie była już gdzieś przedstawiana? jakos mi się kołacze po głowie...
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Kira
kryształkowa dama



Dołączył: 01 Wrz 2005
Posty: 3486
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: Z <lol>andii ;)

PostWysłany: Nie 21:40, 30 Lis 2008    Temat postu:

Hekate, moja miła... znów to zrobiłaś. Znów po prostu mnie zatłukłaś emocjonalnie swoim tekstem. Nie wiem z czego to wynika, czy z tego że ostatnio z braku czasu na jakąkolwiek lekturę i oderwanie się od rzeczywistości w ogóle odbieram fikcję literacką w tak przewrażliwiony sposób czy po prostu Twój tekst jest tak niesamowicie mocny, że inaczej go przyswoić nie można... w każdym bądź razie już wiem, że dziś mogę się pożegnać z jakąkolwiek konstruktywną pracą - ten odcinek zbyt głęboko wgryzł się w mój umysł.

Po pierwsze - Hucwoci. Ich codzienne relacje ukazane w tak humorystyczny sposób i niesamowity kontrast jaki tworzą z pojedynkiem Syriusza i Remusa. Przyznać się muszę, że w pierwszej chwili strasznie mnie ta bójka rozdrażniła. Pomyślałam sobie: "Tłuką się Huncwoci Hekate, tłuką się i Huncwoci Smagliczki - przecież gdyby faktycznie dochodziło między nimi do takich scysji, to gdzie u diabła jest ta opiewana później przez wszystkich przyjaźń?!" Ale refleksja Jima podziałała na mnie jak kubeł zimnej wody. On ma rację - gdyby nie było między nimi tej głębokiej przyjaźni, nie byłoby też i takiej nienawiści! W ogóle Jim - a co ciekawsze i Peter! - bardzo mnie w tym odcinku ujęli. Takich przyjaciół sama chciałabym mieć. Syriusz... no cóż, w świetlicy zachował się dość przewidywalnie - niesamowicie wybuchowy z niego typ, aż do szaleństwa. W zetknięciu z Regulusem i Remusem to się nie mogło dobrze skończyć.

Po drugie - Parnas. Niesamowicie sugestywnie opisany, zarówno pod względem wyglądu jak i sposobu odkrycia go. I to jeszcze przez taką trójkę, jak Remus, Danny i... Regulus! Mrau Wink

Po trzecie - zakończenie. No, to był cios poniżej pasa. Znów kontrast: ciepły, słoneczny dzień, zabawna pani Brown ze stosem swoich obelg, Remus fikający koziołki - i po chwili publiczna egzekucja magokomunistów. Egzekucja Riggsa. MOJEGO RIGGSA!!!
Płacząca kobieta, Teddy Gardin, krok do wojny.
I ostatni akapit. Ostatnie słowo.
Z trudem zdołałam doczytać ten odcinek do końca.

Kurczę, to co wychodzi spod Twojej ręki, Szefowo, to naprawdę nie jest łatwa lektura Confused

Z innej beczki: ośmielając się dopełnić dzieła szanownych bet wyłapałam trzy literóweczki:

Cytat:
Remus miał ochotę natychmiast ją stamtąd porwać, ale jakoś się powstrzyma;


Cytat:
Przeprosił jakąś kobietą, którą potrącił (...)


Cytat:
Ludzie to wyczuwają, chociaż jeszcze nie mogę uwierzyć.


Bardzo czekam na kolejny odcinek. Baaardzo.
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Hekate
szefowa



Dołączył: 01 Wrz 2005
Posty: 5680
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: Toruń

PostWysłany: Pon 0:31, 01 Gru 2008    Temat postu:

Oj Kiruś, żebyś wiedziała, jak ja przeżywam, gdy piszę!...

Niektórych nie rusza emocjonalnie to, co tworzą - mogą kogoś utrupić, a potem zejść na kolację i wypić drinka z przyjaciółmi. I są dzięki temu cholernie dobrymi pisarzami... Chciałabym tak, serio. Bo to pozwala spojrzeć "na zimno" na to, co się pisze; zachować obiektywizm. Niestety w moim przypadku jest całkiem inaczej. Pamiętam, że przy fikatonie, podczas którego pisałam "Mozaikę..." byłam absolutnie nie do życia, po skończeniu ostatniej miniatury poszłam spać i spałam chyba z dwanaście godzin. Wyczerpanie organizmu! Ten odcinek Raskolnikowa też mnie wyczerpał, pewnie dlatego nie mogę się zabrać za następną część. Ale... ale w przyszłym tygodniu może coś ugryzę, wpadnę w ciąg, i umęczę was dalszym ciągiem.

Dziękuję za literówki, już poprawiłam.

Zah, zdaje się, że podobny wątek z Regulusem pojawił się w "Zapiskach Remusa" (chociaż niezbyt dobrze pamiętam, w jakim kontekście).

Dziękuję za komentarze! Smile Czuję się napędzona do pracy Smile


Ostatnio zmieniony przez Hekate dnia Pon 0:32, 01 Gru 2008, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Angua
wilczek kremowy



Dołączył: 21 Maj 2008
Posty: 46
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: Poznań

PostWysłany: Czw 10:35, 11 Gru 2008    Temat postu:

Postanowiłam sobie, że przeczytam, dwa odcinki i skomentuję hurtem, ale się nie dało – nie mogłam się powstrzymać i po przeczytaniu pierwszego fragmentu piszę, co następuje:

Remus. Mój nick wziął się od kobiety – wilkołaka z Pratchetta. Ona nienawidzi swojego wilkołactwa, tak jak Remus, dla niej wilkołactwo jest tożsame z utratą kontroli. Podobnie rzecz ma się w przypadku Remusa. Dlatego lubię Remusa i Anguę. Bo jak oni, boję się utraty kontroli, to jest jeden z moich lęków. I lubię czasem chować się, znikać, tak żeby reszta świata zapomniała, że istnieję.
Bardzo poruszył mnie fragment, w którym Remus wyznaje, że jest wilkołakiem. To świadczy o naprawdę dużym zaufaniu, jakie żywi w stosunku do Rudolfa. Właściwie, Rudolf ma ten sam problem co Remus – lęk przed utratą kontroli, jednak ten lęk jest u niego bardziej widoczny, częściej go ukazuje, Remus jest bardziej stonowany.
Remus jest podobny do mojej koleżanki, która miała taki sam dar jak on – jej sposób bycia zachęcał do zwierzeń. I potrafiła dotrzymać tajemnicy, ale sama o sobie mówiła niewiele, dopiero po kilku latach się otworzyła.
Regulus? Zawsze go lubiłam. Żal mi go, z tym jego przekleństwem pisania wierszy.
Co skłoniło Rabastana do zmiany frontu? Ta kobieta, to było nawiązanie do „Czastuszki o precedensie”, prawda? Ech, właściwie takie nic, jedno rozczarowanie i już wszystko się wali. Tacy ludzie jak Rabastan nie powinni istnieć, sami siebie wypalają, niszcząc wszystko dokoła. Mówię jak początkujący śmierciożerca: „nie powinni istnieć”. Może lepiej zacznę czytać kolejną część…


Ostatnio zmieniony przez Angua dnia Czw 10:36, 11 Gru 2008, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Angua
wilczek kremowy



Dołączył: 21 Maj 2008
Posty: 46
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: Poznań

PostWysłany: Czw 11:26, 11 Gru 2008    Temat postu:

Po przeczytaniu dalszej części…
Miałam rację, ten ideowiec zawisł…
Byłam przerażona, kiedy oczami Remusa patrzyłam na szubienice. A jednocześnie widziałam, jak dziennikarz odwraca jego głowę tak, by widział. Sugestywne obrazy tworzysz. Widziałam uda tej dziewczyny. „Zobaczysz testrale.” Koszmar.
A jednak Remus w pewnym sensie lubi swojego Wilkołaka.
Rozmowy o sztuce, rozmowy huncwocke niesamowicie wciągają. Są żywe, dowcipne albo pełne melancholii. Wieczny Tułacz, obraz z psychodelicznymi wiatrakami – czy on istnieje?
Miejsca jak nie z tego świata – wtedy teatr, teraz Parnas oraz inne zakątki w Hogwarcie. Nawet ten schowek na detergenty robił na mnie niesamowite wrażenie. Może właśnie dlatego, że w porównaniu z otoczeniem był taki zwyczajny.
Świetni Huncwoci, nareszcie mogę ich sobie wyobrazić jako ludzi z krwi i kości, a nie jedynie szkice postaci. Tacy Huncwoci do mnie przemawiają, chociaż dla mnie ta czwórka zawsze chwiała się w posadach – z prostego powodu – Peter. Nigdy nie mogłam zrozumieć, dlaczego z nimi był, jak z nimi wytrzymywał i jak oni mogli go tolerować – to dla mnie nie jest z żadna przyjaźń. U Ciebie to się trzyma kupy. Glizdogon próbuje znaleźć sobie wśród nich miejsce, ale oni nie potrafią mu dać tego, czego potrzebuje – Jim i Syriusz są zbyt nieuważni, a Remus po prostu nie chce, jest niezależny.
Miałam pisać o czym innym, a o Huncwotach wyszło.
Właśnie: „Remus nie zapominał nigdy. I bardzo się z tego powodu męczył.”
Skąd ja to znam?
Regulus budzi we mnie uczucia opiekuńcze, chociaż Syriusza też darzę sympatią. Cały czas zastanawia mnie, jak dalej poprowadzisz młodszego Blacka.
Cóż, z niepokojem, co się dalej wydarzy złego, czekam na dalszy ciąg…
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Natalia Lupin
lunatyczka gondorska



Dołączył: 01 Wrz 2005
Posty: 3952
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: Minas Tirith

PostWysłany: Pią 19:44, 12 Gru 2008    Temat postu:

Jakie zaległości! Nareszcie znalazłam czas i rzucam się z obnażonymi zębiskami... znaczy, żeby fanfik skonsumować, nie pogryść autorkę Wink
Po pierwszej części jakoś nie przepadam za Regulusem. Wydaje mi się taki... sama nie wiem. Muszę się zastanowić. Hmmm.
W moim wyobrażeniu jakoś nie bardzo pasują mi do niego wiersze. W ogóle tyle się tu namnożyło tych wrażliwców, że wcalę się ie zdziwię, jak Jimmy zaraz zacznie recytować sonety Szekspira Wink Lecę dalej.
A, zaraz. Rudolf! Czy ja już mówiłam, że go kocham?!

Cytat:
Czarnobrewa Melissa o ustach niczym róż pąkowie?

Aaa XD XD XD
/schodzi, na bardziej konstruktywny komentarz jej nie stać/
Cytat:
Żądam ciasteczek cynamonowych.

/dogorywa/
Bogowie, kocham ich, po prostu kocham. Ageliza swojego czasu pisała tzw. "Dialogi Huncwockie", bardzo mi te teksty przypomina XD

Cytat:
Najgorsi wrogowie to przyjaciele, którzy się znienawidzili.

Dzisiaj normalnie wszystko mi łamie duszę. A poza tym nie lubię, jak Potter ma rację. Jakikolwiek Potter Wink
Wiatraki! Very Happy Bogowie, kocham Danny'ego. Zrobię sobię trójkącik z Rudim i Dannym Very Happy

Czuję się zabita. Musze to przemyśleć. Jeszcze tu wrócę. Zakończenie skomentuję, ale nie teraz. Jeszcze nie.
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Hekate
szefowa



Dołączył: 01 Wrz 2005
Posty: 5680
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: Toruń

PostWysłany: Sob 23:47, 13 Gru 2008    Temat postu:

Angua!
Obraz przedstawiający Wędrowca niestety nie istnieje - to znaczy nie miałam na myśli żadnego konkretnego, rzeczywistego płótna, gdy opisywałam pracownię Johna Lupina. Aczkolwiek nie mogę wykluczyć, że ktoś coś podobnego namalował - fajnie by było!

Natalia!
Wiem, że Regulus może budzić kontrowersje. Tak właśnie ma być. Zawsze się cieszę, gdy ktoś pisze, że nie lubi jakiego mojego bohatera, bo to znaczy, że bohater jest "jakiś". A to najważniejsze. (Bylebym go tylko psychologicznie nie spierniczyła, będę się starać...)

Dziękuję za komentarze i duchowe wsparcie Smile
Mam nadzieję, że dotrwam(y) do końca!

Ten odcinek betowała Vianne. Dziękuję!




Część trzecia
Koktajl Mołotowa






John Lupin pomyślał, że powinien kiedyś namalować dworzec. Fascynowały go tego typu miejsca. Niby jeszcze rzeczywistość: szara, zalepiona brudem, a już baśń: okrutna, fascynująca, taka, która nie pozwala o sobie zapomnieć i rozpala w sercu dziwną tęsknotę. John kochał baśnie. Gdy patrzył na żebraka, mimo wczesnej pory grającego na gitarze w jednym z podziemnych przejść, widział księcia, wygnanego z domu przez macochę. A gdy przyglądał się dziewczynie sprzedającej rajstopy, przychodziła mu na myśl historia służącej ukaranej za pychę przez leśnego bożka. Opowieści otaczały go ze wszystkich stron. Czasami wydawało mu się, że żyje w jednej z nich – miał za żonę czarownicę – a innym razem czuł się oszukany. Należał do ludzi, którzy nie potrafią być szczęśliwi, bo zawsze widzą jakieś niedopełnienie, pustkę, brak. A w dodatku zdawał sobie sprawę ze swojej ułomności. Może dlatego tak rzadko się uśmiechał – cała jego postać, od przedwcześnie posiwiałych włosów aż po zniszczone buty, tonęła w nieuleczalnej melancholii.

Nawet sztuka nie przynosiła ukojenia. Malował od zawsze, ale jego największym marzeniem było pisarstwo. Nie napisał jednak w życiu ani jednego opowiadania czy wiersza, trochę ze strachu, a trochę z przekory. Przeczuwał, że gdyby wziął do ręki pióro, opowieści krążące nad jego głową, momentalnie by go pożarły. Nie mógł sobie na to pozwolić.

Miał wspaniałą rodzinę. Tylko myśl o niej powstrzymywała go przed rzuceniem się pod pociąg. Bał się szczególnie o syna... Ann była silna, kobiety takie jak ona sięgały kiedyś po broń i do końca walczyły u boku swoich mężczyzn. Remusa ulepiono z całkiem innej gliny! Bardzo wcześnie odkrył moc słów, na dodatek – w przeciwieństwie do ojca – nigdy nie bał się ich używać. Nie dostrzegał niebezpieczeństw. Mógł zostać kimś wielkim, bardziej prawdopodobne było jednak to, że zniszczy sam siebie, zanim ktokolwiek zdąży zareagować.

Dlatego John musiał być czujny. Tylko pozornie zatracał się w malowaniu, a tak naprawdę uważnie śledził poczynania syna i od razu zrozumiał, że dzieje się z nim coś niepokojącego. Próbował skłonić go do zwierzeń – bez skutku. Remus odpowiadał półsłówkami i wychodził z domu, usprawiedliwiając się pracą. Ale nie chodziło o pracę, obaj to wiedzieli. W pewnym momencie zaczęli się rozmijać, utracili tę bliskość, która kiedyś pozwalała im przetrwać najtrudniejsze chwile. John zdawał sobie sprawę, że prędzej czy później będzie musiał pozwolić synowi odejść, to było naturalne. I nie miałby nic przeciwko, gdyby nie fakt, że ścieżka, wybrana przez Remusa, prowadziła po zboczu grani, a potem tonęła gdzieś w dole, pośród ostrych głazów. Każdy niewłaściwy krok groził upadkiem z wysokości.

Pożegnali się dzień wcześniej. Remus spakował plecak (od lat ignorował przepisowe, szkolne kufry) i odszedł, zapowiadając, że napisze, jak tylko dotrze do Hogwartu. Ostatni dzień wakacji zamierzał spędzić z nowymi przyjaciółmi – nigdy nie przedstawił ich rodzicom. John wiedział tylko, kim jest Daniel O’Neil, bo chłopak bywał u nich w domu; pozostałych nie widział ani razu. I niepokoiło go to bardziej, niż chciałby przyznać. Zamierzał powiedzieć Remusowi co myśli, szczerze, bez ogródek, nie miał jednak okazji, albo w ostatniej chwili tracił odwagę. W końcu postanowił, że przyjdzie na dworzec, gdzie może choć w przelocie uda mu się zamienić z synem parę słów – po prostu musiał go zobaczyć!

Miał niedobre przeczucia. Niedopowiedzenia i niejasne sytuacje budziły w nim lęk.

Stanął w pobliżu kiosku i zapalił papierosa. Liczył, że Remus pojawi się lada chwila: do odjazdu pociągu zostało najwyżej dwadzieścia minut. Na dworcu kłębił się wielokolorowy tłum, ludzie wsiadali i wysiadali, z głośników wylewał się nieprzerwany potok nazw i godzin. Wszyscy się gdzieś spieszyli, jakby bali się własnych myśli. To ucieczka, pomyślał John, wielka ucieka od własnego „ja”. W wir pracy, codziennych zajęć, bezrefleksyjnie powielanych czynności. Człowiek nie dostrzegający krat, wcale nie siedzi w więzieniu! Może gdybym spróbował…

Stracił wątek, uwagę rozproszyła muzyka. Zajęty obserwacją i autoanalizą nie zauważył skrzypka, który zdążył wyciągnąć z pokrowca instrument. Smyczek dotknął strun i wydobył z nicości płaczliwe dźwięki.

Muzyk wyglądał niechlujnie: miał długą, skołtunioną brodę i siwiejące włosy sięgające ramion. Płaszcz dawno stracił pierwotny fason i kolor – przypominał worek. Błoto oblepiające długie, wojskowe buty, układało się w fantazyjne esy floresy.

Był ślepy. Jego oczy patrzyły w pustkę.

Lupin znał melodię nieudolnie wygrywaną przez skrzypka, ale nie wiedział, skąd. To był jeden z utworów nie dających człowiekowi spokoju. Być może usłyszał go kiedyś na koncercie, albo w radiu, a może od zawsze nosił w sobie, chociaż nie zdawał sobie z tego sprawy. W każdym razie już po kilku sekundach poczuł przedziwną, telepatyczną niemal, więź z muzykiem, który – choć marny był z niego skrzypek – doskonale wyczuwał nastrój słuchacza. Szedł w ślad za jego myślami, wydobywał skrywane głęboko lęki, obnażał uspokajające fałsze. Okrutny i bezlitosny. Jak… jak…

Śmierć…?

– Jak czarodziej. – John pokręcił głową. Początkowo chciał powiedzieć: życie, ale wystraszył się banału i zrezygnował. Zresztą prawdopodobieństwo, że żebrak jest czarodziejem, było znikome. Dlaczego człowiek, umiejący posługiwać się magią, miałby zarabiać graniem na dworcu? Z pewnością znalazłby inne zajęcie!
Chyba, że świadomie wybrał życie między światami. Dworcowy margines wolności. A jego muzyka jest wołaniem z Hadesu lub wspomnieniem, którego nie można w sobie zagłuszyć…

Remusa w dalszym ciągu nie było, chociaż wskazówki zegara ani myślały na niego czekać. Zbliżała się jedenasta. John zapalił drugiego papierosa, zastanawiając się, w jaki sposób uczeń Hogwartu, który nie zdążył na pociąg, może dostać się do szkoły. Była przecież dobrze ukryta!

Z każdą kolejną minutą wzrastał niepokój, potęgowany przez muzykę. A jeśli Remus komuś podpadł? Napisał w felietonie o dwa słowa za dużo? Zabalował w jakieś spelunie i skończył w rowie z poderżniętym gardłem…? Lupinowi przychodziły do głowy najgorsze scenariusze.

Gdy zobaczył w tłumie jasnobrązową czuprynę syna, wcale nie poczuł ulgi. Tajemniczy, przeszywający na wskroś monolog skrzypiec, nie dawał mu odpocząć od strachu.
– To już inna historia – powiedział muzyk, albo wewnętrzny głos Johna Lupina. – I inny człowiek. Nie odzyskasz go!
– On nie odzyska siebie – zawtórował przechodzień, ubrany w wyzywająco fioletową koszulę. – Bogowie rozpoczęli grę, kości uderzyły o stół.
– Wiatr rozwieje pamięć o śmiertelnych – dodała kobieta w garsonce. – Rzeka popłynie z góry ustalonym torem i nikt nie zdoła jej powstrzymać.

– Nie..!
– Tato…?
Muzyka umilkła. John ocknął się gwałtownie, z trudem łapiąc powietrze. Z twarzy syna odczytał niepokój, pomieszany z irytacją i zdziwieniem.
– Chciałem cię jeszcze raz zobaczyć – wyjaśnił niepotrzebnie. – Chciałem…
– Spóźnię się na pociąg – przerwał mu Remus. – Odjeżdża za pięć minut. Napiszę, jak tylko dojadę, obiecuję! Poza tym przyjadę do domu w któryś weekend, wtedy porozmawiamy. Dobrze?
Pokiwał głową. Co mógł zrobić? Napotkał spojrzenie kolegi Remusa, tego Irlandczyka, ale w jego oczach nie znalazł kpiny. Tylko ciekawość.
– Uważaj na siebie – powiedział i odsunął się, przepuszczając chłopców. Remus posłał mu wymuszony uśmiech, a potem obaj z O’Neilem zniknęli na nieistniejącym peronie. Nikt nie zwrócił na to uwagi.
– Proszę… – szepnął do wszystkich lub do nikogo. Nie wierzył w Boga, ale wiedział, w jakiej intencji się modli.

Skrzypek zniknął. A może nigdy go nie było? John Lupin, postarzały o kilka lat, przydeptał niedopałek i odszedł w kierunku wyjścia.

*

– Szlag by to, zostawiłem u Eddy wszystkie ciuchy! – Danny zatrzymał się nagle, jakby nie był pewien, czy iść dalej, czy zawrócić. – Nie mam nawet szkolnej szaty!

Remus popatrzył na niego ze zdziwieniem.

– A torba? Przecież ją wziąłeś.
– Aha, wziąłem – prychnął. – Tyle, że przedtem wyjąłem z niej ubrania. A raczej Edda je wyjęła. Stwierdziła, że nie wypuści mnie z domu, dopóki wszystkiego nie doprowadzi do porządku. Nie omieszkała mnie przy tym opierdzielić za niechlujstwo, gałganiarstwo i spaczone poczucie estetyki. Jak wróciliśmy nad ranem, to oczywiście o wszystkim zapomniałem, więc paczuszka pełna czyściutkich i pachnących łaszków została na stole…
– No cóż. – Remus wzruszył ramionami. – Pójdziesz na rozpoczęcie roku w wytartych dżinsach i w koszulce z napisem „Pieprzę ten świat!”. Nie sądzę, żeby ktoś się zdziwił. A Edda na pewno jeszcze dzisiaj wyśle ci tę nieszczęsną paczkę. Teraz i tak nie mamy czasu, żeby się po nią cofnąć.

Faktycznie, do odjazdu pociągu został kwadrans, musieli się pospieszyć. Nie uśmiechał im się rajd pieszy do Hogwartu, szczególnie, że nawet nie mieli mapy. A w dodatku, po kiepsko odespanej, całonocnej imprezie, każdy wysiłek fizyczny wydawał im się przeszkodą nie do pokonania. Remus obiecał sobie w duchu, że przez następny miesiąc nie tknie alkoholu. I z góry zakładał, że jak zwykle skończy się na obietnicach.

Nie wiedział, w jaki sposób poprzedniego dnia dotarł do mieszkania Bernarda, szedł jak lunatyk. Teddy Gardin coś do niego mówił, ale Remus nie zapamiętał z tego monologu ani jednego słowa. Ciągle widział przed oczami tańczące na wietrze kukły, słyszał zwierzęce wycie staruszki. Nie był w stanie myśleć o niczym innym. Dopiero po dwóch, trzech godzinach, gdy wódka zaczęła uderzać do głowy, a krew rozsadzać żyły, rozejrzał się dookoła jak człowiek, który dopiero się obudził. Zobaczył gromadę dziennikarzy i magoartystów ze świętej pamięci Bunkierka. Siedzieli na kanapie, na pufach i fotelach, zajmowali nawet podłogę – pokój nie był zbyt okazały, goście ledwo się w nim mieścili. Bernard nie spodziewał się tylu osób, ale gdy przychodzili, pojedynczo i grupkami, witał ich z najszerszym uśmiechem, na jaki było go stać. Słyszał już o wydarzeniach na Pokątnej, chociaż nie był świadkiem egzekucji. Zrozumiał, że w takiej chwili nikt nie powinien być sam i najlepsze, co można zrobić, to spotkać się w przyjacielskim gronie i zagadać – a także zapić – odbierające rozum lęki.

Remus też to zrozumiał, choć nieco później, gdy Edda przyniosła mu kubek gorącej herbaty i zapytała, czy wszystko w porządku. A Danny, powstrzymując się od komentarzy, poklepał go po ramieniu.
– Jasne, że nie – odpowiedział wtedy. – Nic nie jest i nie będzie w porządku.
– Wiem. – Uśmiech malarki był bardzo smutny. – Ale przynajmniej jesteśmy tutaj, razem. Tylko w taki sposób można znaleźć w sobie dość siły, żeby przetrwać.

Ona też widziała szubienice. Nigdy więcej nie namalowała słonecznego krajobrazu, od tej chwili wybierała tylko ciemne pastele.

Lestrange’a nie było. Remus z początku nie zauważył jego nieobecności, za bardzo zajmowało go własne rozbicie psychiczne, potem jednak uświadomił sobie, że kogoś brakuje. Mijała godzina za godziną, a drzwi się nie otwierały i nikt nie rzucał od progu charakterystycznego „Salvete!”.
– Nie przyjdzie. – Danny powiedział głośno to, o czym wszyscy myśleli. – Jest już za późno. Mam tylko nadzieję, że w nic się nie wpakował…
Remusa zmroziły te słowa. Chciał wierzyć, że Rudolfa zatrzymały po prostu jakieś ważne sprawy, i że nie oglądał okrutnego przedstawienia, jakie zaserwował magicznej społeczności jego brat. Gdyby jednak znalazł się na Pokątnej o niewłaściwej porze… Trudno powiedzieć, jak mógłby zareagować. Jeszcze trzy tygodnie temu, Remus dałby głowę, że beznamiętnie otaksuje wzrokiem scenę jak z płócien Goyi i pójdzie swoją drogą. Teraz nie był już tego taki pewien. Dobrze pamiętał desperackie nuty brzmiące w głosie Rudolfa, wtedy, podczas „nocy zwierzeń”. I ten pęd ku autodestrukcji. Lestrange był zdolny do wszystkiego, jeżeli tracił nad sobą kontrolę, a istniało duże prawdopodobieństwo, że straci ją na widok nieżywego Riggsa dyndającego na sznurze. Dokąd mógł potem pójść, co zrobić…? Remus nie chciał się nad tym zastanawiać. Każde kolejne przypuszczenie było gorsze od poprzedniego.

Następnego dnia po szubienicach nie zostało nawet śladu. Remus został na noc u Bernarda, nie opłacało mu się wracać do domu. Umówili się z Dannym o dziesiątej w pobliżu Dziurawego Kotła – razem pojechali na dworzec. Oczywiście autobus się spóźnił, więc wpadli na King’s Cross chwilę przed planowanym odjazdem pociągu.
– McGonagall zemdleje, jak mnie zobaczy w tej koszulce… – mruczał O’Neil, w dalszym ciągu przeżywając utratę garderoby. – Dobrze, że nie założyłem innej, z napisem „Pieskie życie impotenta”, wtedy na bank dostałbym szlaban. Remus?
– No? – Lupin biegł, lawirując między ludźmi. Pierwszego września dworzec niemal pękał w szwach. Ścisk był niesamowity.
– Czy to nie jest twój ojciec? O, tam? – zapytał Danny, wskazując człowieka opartego o ścianę kiosku. – Chyba, że zaczynam cierpieć na pijackie omamy…
– Bimber padł ci na mózg – zakpił Remus. – Co niby miałby tu robić mój ojciec? Przecież wczoraj się z nim pożegnałem!
– Widać zdążył się stęsknić.
Kolejna cięta riposta zamarła Remusowi na wargach, bo wreszcie spojrzał w stronę kiosku.

Jego ojciec palił papierosa i wsłuchiwał się w niepokojąco znaną melodię, wygrywaną przez skrzypka. Wyglądał dziwnie, jakby nagle znalazł się pod wpływem jakiegoś czaru. Remus poczuł delikatną woń magii – ślad po użytym zaklęciu ciągle był wyraźny. A może tylko mu się zdawało? Umysł po nieprzespanej nocy czasem płata figle.
– Tato…?
Nie mógł z nim rozmawiać, nie teraz, nie po tym, co zobaczył i co przeżył. Chciał wszystko dobrze przemyśleć. Uporządkować. Nagle poczuł, że ojciec nie jest w stanie mu pomóc – tym razem sam musiał sobie poradzić z własnymi problemami.

Nawet go nie uściskał na pożegnanie. Wewnętrzny sprzeciw był zbyt silny. Powiedział kilka nic nieznaczących słów – byleby tylko nie przedłużać nieprzyjemnego milczenia – i pobiegł w kierunku barierki oddzielającej peron dziewiąty od dziesiątego. Z ulgą przywitał staroświecki parowóz, który po raz ostatni miał go zawieźć do szkoły.

– Co cię ugryzło? – Chwilę później na magicznym peronie pojawił się O’Neil. – Nie mogłeś być choć odrobinę milszy?
– Jakbym był milszy, to pociąg by nam zwiał – uciął. Nie zamierzał wdawać się ze Ślizgonem w dyskusje.
– Dobra, nie wnikam. – Tamten machnął ręką. – Idę się przywitać ze swoimi. Spotkamy się na uczcie. – Zarzucił torbę na ramię i zniknął w pociągu. Remus, chcąc nie chcąc, poszedł w jego ślady.

Zamiast szukać przyjaciół, którzy z pewnością trzymali dla niego miejsce w przedziale, został na korytarzu. Otworzył okno i wychylił się, wdychając powietrze londyńskiego dworca. Obok stały dwie młodsze od niego dziewczyny. Jedna z nich machała do rodziców stojących jeszcze na peronie, a druga usiłowała wydobyć z torby jakąś książkę albo album z fotografiami. Rozmawiały, ale nie można było usłyszeć ani słowa, bo właśnie rozległ się przeszywający gwizd – pociąg ruszał w drogę. Rozpędzał się niespiesznie, żeby w niedługim czasie osiągnąć zawrotną, niemal surrealistyczną, prędkość. Dla Remusa jazda pociągiem zawsze była niezwykłym przeżyciem: pachniała wolnością i przygodą. Dlatego, mimo kiepskiego nastroju, poddał się magii pędu – zamknął oczy i przez chwilę czuł się tak, jakby miał odlecieć. Krążyły mu przy tym po głowie wiersze, które kiedyś czytał, albo które sam układał na poczekaniu, wcale o tym nie wiedząc.

– Nareszcie cię znalazłem!

Gdy otworzył oczy, pociąg przecinał przepiękne, osłonecznione łąki, chociaż teoretycznie powinien w dalszym ciągu jechać przez miasto. Tam – za szybami i wbrew logice – panował sierpień, kuszący perspektywą beztroski i wakacyjnego nicnierobienia. Remus wiele by dał, żeby nagle znaleźć się na jednym z zielonych wzgórz majaczących na horyzoncie; powędrowałby daleko, przed siebie. Może udałoby mu się zapomnieć o tym, co widział, a przede wszystkim – czuł? W poprzednie wakacje wybrali się z Syriuszem na taki pieszy rajd, nocowali w stogach siana, albo w opuszczonych szałasach. Czuli się wspaniale, rozpierała ich energia i radość życia. Z perspektywy czasu, te dni wydawały się jakimś nierealnym snem. I chyba nie było już do nich powrotu. Nie da się, niestety, dwa razy wejść do tej samej rzeki.

– Już myśleliśmy, że nie wsiadłeś… Luniak: wcielenie punktualności, a tu taki numer! Hej, czy ty mnie w ogóle słuchasz? – Syriusz zorientował się wreszcie, że coś jest nie w porządku. Chciał po przyjacielsku uściskać Remusa, ale nie zdecydował się na to, pociągnął go tylko za rękaw bluzy.
– Dobrze znowu usłyszeć twój szczebiot. – Remus wziął się w garść i wrócił do rzeczywistości. Naprawdę stęsknił się za Syriuszem. Ten człowiek zawsze działał na niego jak łyk wody po ciężkiej wspinaczce. – Cholerny autobus mi zwiał i ledwo zdążyłem na pociąg. Jeszcze pięć minut i lazłbym do Hogwartu piechotą.
– No, sądząc po gębie, znowu zawaliłeś nockę – skrzywił się Black. – Nawet kilometra byś nie zrobił, pijaku. A podobno to ja jestem najbardziej rozrywkowym Huncwotem…
– Pozory mylą. – Remus trzepnął przyjaciela w ramię. – Prowadź do przedziału. Oddam królestwo i pół księżniczki za kawałek czekoladowej żaby!

Korytarz prawie opustoszał, uczniowie rozsiedli się w przedziałach i zajęli swoimi sprawami. Tylko kilku maruderów wyglądało przez okna, szukało znajomych, albo czatowało na toaletę. Syriusz z Remusem przeszli do kolejnego wagonu. Spotkali po drodze Lily Evans, więc zamienili z nią parę słów, a potem powędrowali dalej, przerzucając się najświeższymi nowinami z wakacji. Syriusz wiedział już, co się stało na Pokątnej, nie miał jednak pojęcia, że jego przyjaciel był tam podczas egzekucji. Remus nie zamierzał go uświadamiać, dalej miał problem z werbalizacją uczuć. Zresztą podświadomie wyczuwał, że ktoś, kto niemal cały lipiec i sierpień spędził poza Londynem, nie jest w stanie pojąć gorączki tych letnich miesięcy. Przez ten czas w stolicy tyle się wydarzyło! Manifestacje, aresztowania, Zakaz Zgromadzeń, niepewność, aż w końcu karnawałowa radość przerwana wstrząsającą zbrodnią. Złudzenia pryskały jak wiosenne lody na rzece. Można było nawet pokusić się o proroctwo – po takim wstrząsie magiczny Londyn najpewniej zapadnie w odrętwienie, schowa się do mysiej dziury i będzie czekać na dalszy rozwój wypadków.

A potem…?

Remus usłyszał w głowie ponury głos Teddy’ego Gardina:
„Tylko krok dzieli nas od wojny…”

Nie, o takim scenariuszu nie chciał nawet myśleć! Wiedział oczywiście, że gdzieś daleko, w innych krajach, wybuchają wojny i giną ludzie. Czytywał książki wojenne, znał historię. Wiele razy zastanawiał się, jak to jest, gdy los zmusza człowieka do dokonywania ostatecznych wyborów. Nigdy nie przyszło mu jednak do głowy, że sam może znaleźć się w podobnej sytuacji! Dlatego nie mógł i nie chciał przyjąć do wiadomości, że w dwudziestym wieku, w cywilizowanej Wielkiej Brytanii, może wybuchnąć wojna. Chociaż, gdyby wsłuchał się w podszepty swojego wewnętrznego logika, musiałby zmienić zdanie.

– Bój się, bo nie unikniesz przesłuchania – powiedział Syriusz, uważnie przypatrując się przyjacielowi. – Coś ukrywasz. A ja cholernie nie lubię tajemnic.
– Pogadamy wieczorem – mruknął Remus, nie zamierzając dotrzymać obietnicy. – Gdzie ten przedział? Trafimy do niego jeszcze w tym stuleciu, czy będziemy tak krążyć do końca świata?
– Nie marudź. Ciesz się, że w ogóle trzymaliśmy ci miejsce.

Przeskoczyli kolejne złączenie między wagonami i wreszcie znaleźli się we właściwym miejscu. Tutaj korytarz był całkowicie pusty, jakby jakaś tajemnicza siła wepchnęła wszystkich uczniów do przedziałów. Nawet zasłonki zostały opuszczone, chociaż w szkolnym pociągu zdarzało się to niezwykle rzadko. Nikt nie próbował spać podczas jazdy, było przecież tyle historii do opowiedzenia i wysłuchania! Remus nie potrafił wyjaśnić dziwnej reakcji Hogwartczyków, ich nienaturalnego spokoju. Dopiero, gdy drzwi oddzielające wagon od przedsionka rozsunęły się i stanęło w nich czterech uczniów siódmego roku, wszystko stało się jasne. Cała czwórka: Gordick i Stevens ze Slytherinu, Krukon McGuire i David Chagall z Gryffindoru, miała na sobie charakterystyczne, zielone koszule.
– Co się dzieje? – zapytał Syriusz, trochę zbyt głośno. – O co tu chodzi, do ciężkiej cholery?
Remus zagryzł wargi. Trudno było w dwóch słowach wyjaśnić, czym są młodzieżowe bojówki Toma Riddle’a. Tylko człowiek, który widział je w akcji, mógł to zrozumieć.
– Nie daj się sprowokować – szepnął. – Idźmy do przedziału jakby nigdy nic.
– Ale…
Stevens posłał Remusowi mordercze spojrzenie. Nadal pamiętał upokarzającą bijatykę w korytarzu zwanym Kiszką, i blef, dzięki któremu O’Neil uniknął zasłużonej kary. Nic jednak nie powiedział, bezgłośnie skarcony przez pałkarza Slytherinu. Obaj w milczeniu wyminęli Gryfonów, rozpychając się tak, że Remus wylądował na drzwiach i skaleczył się w ramię.

Pachnieli alkoholem i z trudem powstrzymywaną żądzą mordu.

– Kogóż my tu widzimy? – zagaił McGuire, podchodząc bliżej. – Poeta i Casanova. Absolutnie nieużyteczne społecznie śmieci. Takich jak wy powinno się eksterminować! Zdajecie sobie z tego sprawę?

Syriusz drgnął, ale nie wyciągnął różdżki.

– Och, chętnie bym sobie z wami pogawędził, ale niestety nie mam teraz czasu – ciągnął Krukon, bawiąc się pałką zakończoną ostrym szpikulcem. – Mam jeszcze sporo rzeczy do zrobienia, zanim dojedziemy do tego gniazda dekadencji – splunął. – Nie martwcie się, jeszcze się spotkamy. Mam was na oku.
– A z jakiej racji… – zaczął Syriusz, ale Remus zmiażdżył mu rękę w uścisku. Krukon tylko czekał na atak, aż rwał się do walki. I dlatego nie mogli mu dać satysfakcji. Nie teraz, nie w tych okolicznościach. Odpowiednia chwila na wystawienie rachunku jeszcze nie nadeszła.
– No co, Black, masz jakiś problem? – odezwał się wreszcie David, Gryfon, z którym nigdy wcześniej nie mieli na pieńku. – Jakby co, zawsze do usług! Mogę ci pomóc przezwyciężyć niemoc dziejową. Jestem w tym naprawdę dobry.
– Nie wątpię – warknął Syriusz. Musiał pojąć tok rozumowania przyjaciela, w przeciwnym wypadku już dawno rzuciłby się na któregoś z agresorów, nie zważając na konsekwencje. – Ale chyba podziękuję. Miło się gawędziło.

Nie próbowali ich zatrzymać, zarechotali tylko nieprzyjemnie i wkrótce wznowili obchód. Gdy zniknęli w następnym wagonie, Syriusz chwycił Remusa za gardło, jakby zamierzał go udusić.
– Nigdy więcej tego nie rób! – syknął z tłumioną furią. – Nigdy! Takie gnidy trzeba… trzeba…

Remus wyrwał się i odskoczył.

– Niczego nie rozumiesz! I dlatego się, kurwa, nie odzywaj! – krzyknął, tracąc panowanie nad sobą. – Chcesz się zachowywać jak oni? To może od razu załóż zieloną koszulę i zacznij wieszać ludzi na rynku, co?

Mierzyli się wzrokiem i milczeli.
Syriusz pierwszy spuścił oczy.

– Tam. – Wskazał ostatni przedział w rzędzie. Remus z rozmachem rozsunął drzwi.

Peter leżał na wznak, zajmując wszystkie siedzenia po jednej stronie i przykładał do nosa chustkę. Między palcami ciekła krew. Ktoś musiał porządnie go poturbować i nie trzeba było wielkiego wysiłku umysłowego, by odgadnąć, kto.
– Nareszcie – powiedział nienaturalnie piskliwym głosem, nie podnosząc się z miejsca. – Już myślałem, że nigdy nie przyjdziecie. Dobrze cię widzieć, Remus!

Wściekłość uderzyła Remusowi do głowy. Pożałował, że nie podjął wyzwania i nie skopał tyłków tym pustogłowym kretynom w zielonych koszulach. Wyleciałby pewnie za to ze szkoły – po zeszłorocznym pojedynku obaj z Syriuszem byli na cenzurowanym – ale przynajmniej miałby spokojne sumienie. Gdy patrzył na zakrwawionego przyjaciela, serce mu się krajało. Jak można było skrzywdzić kogoś, kto nawet nie próbował się bronić?

– Gdzie Jim? – zapytał Syriusz, siadając obok Petera.
– Wyszedł zanim… – zakrztusił się. – Zanim oni przyszli. Poszedł cię szukać, Remus. Pewnie się z kimś zagadał i dlatego nie wraca.
Najlepiej by było obrócić całą sytuację w żart, ale żaden z nich nie zdobył się na taki wysiłek. Poza tym Peter naprawdę cierpiał, chociaż się do tego nie przyznawał – Zieloni złamali mu nos.
– Ja po prostu idealnie pasuję na popychadło – powiedział w końcu, rejestrując pełne niepokoju spojrzenia przyjaciół. – Nie przejmujcie się. Każdy ma przecież jakąś rolę do odegrania, no nie? Trzeba się z tym pogodzić.
– Nie pieprz głupot – żachnął się Syriusz i wyciągnął z torby tabliczkę czekolady. – Zaraz cię zapcham słodyczami, bo działasz mi na nerwy.
– Sam widzisz. – Peter uśmiechnął się smutno. – Nawet ty masz mnie dosyć. Ci idioci w zielonych koszulach po prostu zwęszyli łatwy łup i dlatego oberwałem. To nie ich wina.
– Łapa ma rację, pierdzielisz, że ho. – Remus rzucił swój plecak na półkę i usiadł przy oknie. – Taki z ciebie stoik, jak ze mnie malediwski demon południa. Nie usprawiedliwiaj tych gnojów, prędzej czy później zrobimy z nimi porządek.
– A właściwie z jakiej racji oni się tak panoszą, co? – zapytał Syriusz. – Muszą mieć jakieś zaplecze, bo by się nie odważyli na taką akcję. Do tego śmierdziało od nich wódą… Wyobrażasz sobie, jak zareaguje McGonagall, gdy ich dorwie?
– Nie zareaguje – odparł Peter, zanim Remus zdążył otworzyć usta. – Albo w ogóle nie dorwie. Łapa, w jakim ty świecie żyjesz? Nie widzisz, co się dzieje? Też wyjechałem z Londynu, ale kurde, czasem jednak przeglądałem prasę. „Magiczne Słówka”, na przykład. – Spojrzał znacząco na Lupina.
– Poczekaj, Pete, tu trzeba powoli i bez nerwów. – Remus westchnął. Nie miał najmniejszej ochoty na pogadankę uświadamiającą, wiedział jednak, że jej nie uniknie. – Naprawdę ani razu nie obiła ci się o uszy nazwa Zielone Koszule?
– Nie.
– Szczęśliwy człowieku! Ale chyba o niejakim Tomie Riddle’u słyszałeś, co?
– Robisz ze mnie wariata? Trudno było nie słyszeć!
– No właśnie…
W połowie opowieści przyszedł wreszcie Jim Potter i gdy zobaczył, w jakim stanie znajduje się Peter, chciał od razu lecieć za „tymi skurwielami”, żeby „przerobić ich na mielonkę”. Ledwo udało im się go powstrzymać. Niestety, gdy wreszcie się uspokoił, Remus musiał zacząć polityczne uświadamianie od początku. Jim, tak jak Syriusz, był pod tym względem koszmarnym ignorantem. Obaj zachowywali się tak, jakby przez ostatnie kilka miesięcy mieszkali na bezludnej wyspie, z dala od wszelkich mediów. Remusowi trudno było to zrozumieć. W najgorętszym okresie pracował w gazecie, a tam o niczym innym nie mówiono, tylko o polityce. Na dodatek w formie zawoalowanej – język ezopowy znowu wrócił do łask. Ktoś, kto nie znał kodu, gubił się w gąszczu aluzji, ale Remus był pojętnym uczniem i szybko wrósł w ten świat: w dzień rozgorączkowany politycznie, a w nocy odurzony marihuaną. Mówienie o oczywistościach, teraz, w pociągu, na dodatek w formie przystępnej dla laika, sprawiało wiele problemów. Syriusz i Jim wielokrotnie się wtrącali, prosząc o wyjaśnienie różnych kwestii. Za to Peter tylko kiwał głową, jakby doskonale się we wszystkim orientował.

Stopniowo korytarz ożywał, najwidoczniej Zielonym Koszulom znudziło się patrolowanie pociągu. Pojawili się nawet prefekci, którzy dotychczas siedzieli w swoim wagonie, udając, że niczego niepokojącego nie zauważyli. Remus cieszył się, że w zeszłym roku odebrano mu odznakę. Pełnienie w dzisiejszych czasach oficjalnych funkcji wiązało się ze sporym ryzykiem. I stawiało przed trudnymi wyborami.

Wreszcie, gdy zapadł zmierzch i uczniowie przebrali się w szkolne szaty, w przedziale Huncwotów zapanowała cisza. Syriusz patrzył w szybę, chociaż nic już za nią nie było widać, Jim nerwowo targał włosy, a Remus pił sok jabłkowy, usiłując pozbyć się chrypki. Peter nadal przykładał do nosa chusteczkę, bardziej z przyzwyczajenia niż konieczności, bo krew dawno przestała ciec. Milczeli długo, porządkując refleksje. Musieli ochłonąć po burzliwej dyskusji.
– Panowie, żyjemy w historycznych czasach. – Ciszę przerwał Jim. Mówił z powagą i namaszczeniem.
Remus skrzywił się, bo dobrze pamiętał, w jakich okolicznościach usłyszał podobne oświadczenie. A także – kto je wygłosił. Historyczność, przełomowość… to były tak enigmatyczne terminy, że równie dobrze mogły znaczyć wszystko i nic!
– Dlatego – Potter wczuwał się w rolę – każdy nasz czyn również będzie…
– … historyczny. – Syriusz popukał się w czoło. – Jimmy, daj spokój. Nie rób szopki. Tym razem, to naprawdę poważna sprawa. Musimy się jakoś zdeklarować!
Znowu zamilkli. Pociąg powoli dojeżdżał do Hogsmeade.
– Ja myślę – powiedział cicho Peter, zaciskając palce na oparciu fotela – że inni zdeklarują się za nas. A my będziemy udawać, że wcale nie jesteśmy marionetkami, którymi ktoś porusza. Może nawet w to uwierzymy…?
– Pieprzony pesymista – skwitował Syriusz, nie rozumiejąc, co Pettigrew ma na myśli. – Potrzebna ci terapia wstrząsowa!
– Kieliszek bimbru i nadobna niewiasta – dodał Jim, z ulgą podchwytując żartobliwy ton.
Remus nie powiedział nic. Przez chwilę zdawało mu się, że słyszy melodię wygrywaną przez niewidocznego skrzypka, ale to tylko maszynista włączył w lokomotywie sygnał dźwiękowy.
Wjechali na stację.

*

Testral wlepił w niego białe, pozbawione źrenic oczy i tupnął nogą. Pod czarną skórą grały mięśnie i ścięgna – zwierzę było gotowe do biegu. Gdy człowiek oswoił się z widokiem, dochodził do wniosku, że te gadopodobne konie są całkiem… ładne, albo inaczej mówiąc, estetycznie brzydkie. W każdym razie na pewno interesujące wizualnie. Remus miał ochotę pogłaskać testrala po miękkich chrapach, ale nie chciał tego robić przy kolegach. Oni nigdy nie czytali „Historii Hogwartu”, więc nie mieli pojęcia, że powozy wiozące uczniów do szkoły, nie poruszają się samoistnie. Nie byli też świadkami niczyjej śmierci. Gdyby Remus zaczął głaskać „powietrze”, z pewnością naraziłby się na szereg niepotrzebnych pytań.

Panowała niepisana zasada: ktoś, kto zobaczył testrale, nie opowiadał o nich innym. Nawet na lekcjach nie mówiło się na ten temat zbyt wiele, ponieważ takimi doświadczeniami nie sposób się podzielić. Każdy sam musi oswoić śmierć. Testrale, jednocześnie piękne i szkaradne, przypominały te aspekty rzeczywistości, o których najchętniej by się zapomniało, a o których zapominać nie wolno.

– Wsiadasz? – zapytał Syriusz, nie kryjąc zniecierpliwienia. – Czy będziesz podziwiał widoki? Ach prawda, zapomniałem, że jest ciemno jak w jaskini trolla. Ale tobie, to chyba nie przeszkadza…?
– Już wsiadam, nie jęcz.

Bryczki, tak staroświeckie jak opowiadania Edgara Allana Poe, a jednocześnie wiecznie sprawne i pełne uroku, potoczyły się po asfaltowej drodze. Potem koła zaturkotały na kamieniach. Aż do samego zamku prowadził dukt brukowany „kocimi łbami”, ułożony chyba jeszcze za czasów Czwórki Założycieli. Uczniowie bardzo go nie lubili – mówili, że archaiczna trasa wytrząsa mózg z czaszki i przewraca żołądek na lewą stronę. Potem jednak, wiele lat po ukończeniu szkoły, wspominali ją z sentymentem i tęsknotą.
– Ciekawe, co powie Tiara… – zainteresował się nagle Jim. – Jak myślicie?
– A co, według ciebie, miała by powiedzieć? Bagnet na broń i hajda na śmierciożerców? – zironizował Lupin. Wychylił się przez okno bryczki i popatrzył na księżyc. Do pełni nie zostało zbyt wiele dni.

Znowu wybuchnie ból i nieokiełznana radość dzikiego zwierzęcia…! Jak długo można to znosić? Dwadzieścia, trzydzieści lat? Remus bał się, że po którejś pełni po prostu rozpadnie się na kawałki i nikt, nawet pani Pomfrey, nie zdoła go na nowo posklejać. Kiedyś marzył o takiej alternatywie, ale teraz za wszelką cenę chciał żyć. Oddałby wszystko, żeby pełnia księżyca kojarzyła mu się wyłącznie z tandetnym obrazkiem z horroru klasy zet.

– A mnie zastanawia reakcja tłumu – odezwał się Peter. Czuł się już lepiej, chociaż i tak czekała go wizyta w skrzydle szpitalnym. – Mniejszość, w tym wypadku Zielone Koszule, kompletnie stłamsiła większość. Bez trudu. Jasne, Gordick to siłacz, na jego widok mam ochotę uciekać, gdzie pieprz rośnie, ale i on nie jest Merlin wie jakim herosem. A jednak nikt nie powiedział: „Spadaj idioto! Bawisz się w faszystę? Lepiej znajdź sobie bardziej twórcze zajęcie!”. Nikt go nie wyśmiał. Przecież mieliśmy przewagę, w pociągu było tylu ludzi, a jednak…
– Otępienie – przerwał mu Remus. – To jedna z faz. Tuż po wstrząsającym, masowym przeżyciu. W tym wypadku, no… – zająknął się. – Wiecie. Już się nad tym nawet zastanawiałem.
– Trzeba było mnie nie powstrzymywać, wtedy chociaż McGuire dostałby po mordzie – mruknął Syriusz. – Przez ciebie obaj poddaliśmy się psychozie tłumu, czy jak to inaczej zwać…
– O nie. – Remus potrząsnął głową. – W naszym przypadku to był świadomy wybór. I nie gadaj, przecież też to zrozumiałeś! Dlatego mnie posłuchałeś. Zwykle nie jesteś taki skory do kompromisów…
– Dzięki – skrzywił się Black.
– Zawsze do usług. – Remus uśmiechnął się lekko. – Pomijając fakt, że po takiej bijatyce skończylibyśmy w jakiejś przetwórni ryb, bo drugi raz Dumbledore by nas nie wybronił. To nie byłoby rozsądne. Mamy jeszcze tyle zaklęć do opanowania!
– Czasami się zastanawiam, dlaczego, do cholery, nie trafiłeś do Slytherinu. – Black uchylił okno po swojej stronie. Na horyzoncie zamajaczyły podświetlone wieżyce Hogwartu.
– Pewnie z tego samego powodu, co ty. A wracając do…
– O nie – zdenerwował się Jim. – Stop! Koniec na dzisiaj z poważnymi gadkami, bo mój mózg odmawia posłuszeństwa. Zresztą przy was czuję się jak ostatni debil… Teraz będziemy jeść, pić i dobrze się bawić, jasne? A może ktoś jest przeciw?

Wniosek został przyjęty jednogłośnie. Gdy wreszcie znaleźli się w Wielkiej Sali, rozmawiali o głupotach i – wbrew pozorom – wkładali w to sporo wysiłku. Najbardziej męczył się Remus, ale też najlepiej się maskował. Grali przed sobą jak wytrawni aktorzy, zdając sobie sprawę z tego, że każdy spektakl musi się kiedyś skończyć.

Danny O’Neil faktycznie zjawił się na uczcie w dżinsach i koszulce z napisem „Pieprzę ten świat!”. Gdy zobaczyła go Minerwa McGonagall, zacisnęła usta i zmarszczyła brwi – Ślizgon nie uniknął ostrej reprymendy. Oberwało się także, wbrew proroctwom Petera, Zielonym Koszulom. Opiekunka Gryffindoru była odporna na psychozy tłumu i nie zamierzała tolerować braku dyscypliny. Slytherin już pierwszego dnia stracił pięćdziesiąt punktów i wylądował na minusie, a Slughorn do końca wieczoru miał zwarzony humor.

Zostali ukarani za niestosowny ubiór, a nie za zachowanie w pociągu, myślał Remus. To tak, jakby szefa mafii wsadzić do pudła za malwersacje podatkowe!

Potrawy były naprawdę przepyszne, ale jakoś stracił apetyt. Starał się nie patrzeć w stronę stołu Puchonów, przy którym siedziała Julie. Wiedział, że nie jest w porządku wobec dziewczyny i czuł się z tego powodu fatalnie, z drugiej jednak strony wcale nie spieszyło mu się do konfrontacji. Przeprosił ją za to, że nie przyszedł na umówione spotkanie, ale nadal unikał jej jak ognia, chociaż nie istniał żaden racjonalny powód podobnego zachowania. Była przecież taka, jak zawsze. Mądra, cicha, niepewna każdego słowa, a jednocześnie fascynująca i dowcipna. Nie robiła mu wymówek, po prostu powiedziała, że było jej przykro i więcej nie wracała do tego tematu. A jednak nic już nie było między nimi takie, jak dawniej.
– Nie przywitasz się z Julie? – Peter czasami czytał mu w myślach.
– Później – odparł i nałożył na talerz sałatkę, chociaż wcale nie miał na nią ochoty. Nawet nie czuł smaku.

Tego roku Tiara nie powiedziała niczego ciekawego, była wyjątkowo lapidarna. A Dumbledore przywitał tylko kadrę pedagogiczną i uczniów, oraz przypomniał, że samowolne wycieczki do Zakazanego Lasu są zabronione. Do aktualnej sytuacji politycznej nie nawiązał w ogóle.
– Nadal zamierza nas trzymać pod kloszem – podsumował Peter. – Może to i dobrze…
– A może źle – odparł Lupin. – Dlatego „Enigma” musi jak najszybciej wznowić działalność. Lepiej wiedzieć, na czym się stoi, wtedy przynajmniej można się podszkolić. I przygotować na najgorsze.
– Ja to bym czasami chciał nie zdawać sobie z niczego sprawy. – Petera nie przekonała argumentacja przyjaciela, albo udawał, że nie przekonuje. – Niewiedza bywa błogosławieństwem.

Remus chciał polemizować, ale w tym momencie wtargnęła do Wielkiej Sali chmara sów, rozpraszając uwagę. Zwykle roznosiły pocztę podczas śniadania, pierwszego dnia robiono jednak wyjątek. Wielu uczniów zapominało o ważnych książkach czy elementach garderoby, więc rodzice chcieli im je jak najszybciej podesłać.

Przed Remusem usiadła zupełnie mu nieznana sowa śnieżna, o przepięknym upierzeniu. Na jej widok Jim parsknął śmiechem.

– No co, Luniak, zapomniałeś szczoteczki do zębów? Skleroza nie boli!
– Odwal się, świrze – mruknął odruchowo. Był bardzo ciekawy, kto mógł mu przesłać wiadomość. – Przecież widzisz, że to nie paczka!

Gdy rozłożył kartkę, uderzyły go przede wszystkim jego własne inicjały, którymi kończył się list. A właściwie nie jego, tylko Rudolfa Lestrange’a: dopiero teraz uświadomił sobie, że mają identyczne. Wcześniej jakoś nie przyszło mu to do głowy.
– Mamusia się stęskniła? – dopytywał się Potter, pożerając kolejną porcję smażonych ziemniaków.
– Nie, kochanka z Singapuru – zripostował natychmiast Lupin. – Jasne, że matka. Mam kupić w Hogsmeade jakieś zielsko o dziwnej nazwie, potrzebne jej do eliksiru kosmetycznego. Cóż, będę musiał w sobotę przejść się do zielarni…
– I teraz musiała ci przypominać o tych zakupach?
– No jasne. Później by zapomniała.
Zanim schował kartkę, jeszcze raz odczytał wiadomość, żeby się upewnić, że dobrze ją zrozumiał.



Remus,

nie miałbyś przypadkiem ochoty na obrzydliwą ziołówkę Mariusa Grindberga…? Będę w sobotę w Hogsmeade – stęskniłem się za tym zadupiem – poza tym mam tu do załatwienia kilka spraw. Jeśli nie przeraża cię perspektywa ślepoty, kosmicznych wizji i małp grających w pokera, to zapraszam do piwnicy przy Piernikowej Alei. Swoją drogą ten, kto wybrał tę nazwę, musiał mieć wyjątkowo spaczone poczucie humoru… Ale pewnie rzadko bywasz na wschodnich rubieżach wioski, więc nie wiesz, o czym mówię. Będę w mordowni Grindberga koło siedemnastej. Liczę, że przybędziesz, albowiem cuius periculum, eius commodum.

Vale!
R.L.



Cuius periculum, eius commodum (1) – szepnął. – Cuius periculum…
– Co mówisz? – zapytał Syriusz.
– A nic, powtarzam tylko nazwę tego ziela, które mam kupić mamie. Ładnie brzmi.

Syriusz wzruszył ramionami, całe szczęście o łacinie miał raczej blade pojęcie. Natomiast Peter zamarł, z uniesionym w górę widelcem. Remus tego nie spostrzegł, był zajęty upychaniem listu do kieszeni. Zresztą Pettigrew szybko się opanował. Zanim jednak wrócił do konsumowania ciasta z bakaliami, zdążył mruknąć: Ratio discessit (2), jakby chciał w ten sposób podsumować dłuższy wywód myślowy.

Przeczuwał, że zbliża się burza.





(1) Łac. Kto ryzykuje, ten czerpie korzyści.
(2) Łac. Zdrowy rozsądek odszedł.


Ostatnio zmieniony przez Hekate dnia Śro 17:12, 19 Sie 2009, w całości zmieniany 6 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Black Lights
wilczek kremowy



Dołączył: 25 Wrz 2008
Posty: 27
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/5

PostWysłany: Pon 21:44, 15 Gru 2008    Temat postu:

Może zacznę od poprzedniego rozdziału. Przyznaję, że ta bójka Syriusza i Remusa… Trochę mną wstrząsnęła. Z drugiej strony oni mają zupełnie inne osobowości i jestem pewna, że w kanonie mieli wiele sytuacji „kryzysowych” – na szczęście łączyła ich mocna przyjaźń i pomimo różnic znajdowali w końcu kompromis.

Co do ostatniego rozdziału to jestem zachwycona. Zaimponowałaś mi wprowadzając łacińskie zwroty. Dzięki temu czytając twoje dzieło mam wrażenie, że nie czytam fanfiction, ale tekst na wysokim poziomie (i tak faktycznie jest) Ale bardzo mi to pasuje do Rudolfa i Remusa, bo oni dla mnie mają klasę. Co do Petera to fajnie, że zagłębiłaś się w niego głębiej. Jego gadka naprawdę zrobiła na mnie wrażenie, ale przecież to takie kanoniczne! On ma w grupie wyrobioną rolę i jest skazany na ciągłe odgrywanie jej na nowo. To już nie zależy od niego – teraz w nim wszyscy widzą chłopca do bicia. On miał tylko jeden wybór – nauczyć się z tym żyć. Jestem jednak pewna, że nie było to łatwe. Miało też pewnie wpływ na jego dalsze wybory – stale starał się uciec od swego „wizerunku”.

Pozdrawiam i czekam na ciąg dalszy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Angua
wilczek kremowy



Dołączył: 21 Maj 2008
Posty: 46
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: Poznań

PostWysłany: Śro 11:21, 17 Gru 2008    Temat postu:

Coraz bardziej intryguje mnie Peter. Ma tak inne poglądy od pozostałych.
James jest taki głupi nudny. Zastanawiam się, czy po prostu taki ma być, czy postanowiłaś nie zawracac sobie nim głowy i nie dawać mu więcej, niż dał kanon…
Niesamowity początek, wizje Johna Lupina, melodia grana przez skrzypka, scena przepełniona niepokojem. Wywołujesz we mnie dziwne stany emocjonalne – coś na kształt lęku, połączonego z fascynacją. Chyba zacznę czytać „Kompleks” przy akompaniamencie Dead Can Dance, albo przynajmniej przy piosence „Alice”, bo niektóre fragmenty opowiadania są właśnie jak „Alice”.
Bredzę, ale to już coraz mniej jest dla mnie opowiadaniem akcji, opowiadaniem przygodowym, staje się jakimś dziwnym snem.
Nie pamiętam, kiedy miała miejsce pierwsza wojna z Voldemortem, chyba jakoś w latach siedemdziesiątych? Ale Twoje opowiadanie ma klimat taki trochę, jak „Katyń”, trochę jak opowiadania Borowskiego, czyli kojarzy mi się z czasami bardziej odległymi.
Cały czas pozostaję pod wrażeniem, że można wklejać tak często tak dobre kawałki.


Ostatnio zmieniony przez Angua dnia Śro 11:43, 17 Gru 2008, w całości zmieniany 2 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Hekate
szefowa



Dołączył: 01 Wrz 2005
Posty: 5680
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: Toruń

PostWysłany: Śro 23:03, 17 Gru 2008    Temat postu:

Fajnie, że polubiłyście Petera! W mojej interpretacji nie jest głupią ofiarą losu, wręcz przeciwnie, ma w głowie dużo i to nieźle poukładane. Tyle, że dręczy go nadmiar kompleksów, filozofia chorągiewki na wietrze, i utajona fascynacja siłą fizyczną.
Może nawet pewne skłoności do masochizmu...?
W każdym razie jest mocno skrzywiony psychicznie, tak jak i większość moich bohaterów.

Jeśli chodzi o Jima... Kreacja jest świadoma. Rzecz w tym, że Potter, to niedojrzały nastolatek, który nie miał jeszcze żadnych poważniejszych zmartwień. Nie jest głupi, po prostu lubi z siebie robić bałwana. W przeciwieństwie do przyjaciół, którzy sporo już w życiu przeszli, nadal pozostaje na etapie Piotrusia Pana. Życzyłabym mu, żeby tak było jeszcze bardzo, bardzo długo, ale niestety, nadchodzi wojna i chłoptysiowaty Jim będzie musiał stawić jej czoła.

Dziwny sen? I owszem! Mieszam konwencje, akcja przeplata się z malarskością, wizyjnością nawet. Ale staram się nie przedawkować żadnego stylu, żeby czytelników nie zmęczyć. Nie wiem na ile mi się to udaje...


Dziękuję za komentarze!


Ostatnio zmieniony przez Hekate dnia Śro 23:04, 17 Gru 2008, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Wyświetl posty z ostatnich:   
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum Lunatyczne forum Strona Główna -> Archiwum literackie / Fanfiki Wszystkie czasy w strefie EET (Europa)
Idź do strony Poprzedni  1, 2, 3, 4, 5, 6, 7, 8  Następny
Strona 4 z 8

 
Skocz do:  
Możesz pisać nowe tematy
Możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach


fora.pl - załóż własne forum dyskusyjne za darmo
Powered by phpBB © 2001, 2005 phpBB Group

Theme xand created by spleen & Emule.
Regulamin