Forum Lunatyczne forum Strona Główna
 FAQ   Szukaj   Użytkownicy   Grupy    Galerie   Rejestracja   Profil   Zaloguj się, by sprawdzić wiadomości   Zaloguj 

*Jaki jest naprawdę Albus Dumbledore? - Lora vs Aurora
Idź do strony 1, 2  Następny
 
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum Lunatyczne forum Strona Główna -> Klub Pojedynków
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Puszczyk
moderator cyniczny



Dołączył: 01 Wrz 2005
Posty: 537
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: Miasto o trzech twarzach

PostWysłany: Pią 18:11, 19 Maj 2006    Temat postu: *Jaki jest naprawdę Albus Dumbledore? - Lora vs Aurora

No to WJO! Powodzenia obu autorkom życzę. Wink

Temat: Jaki jest naprawdę Albus Dumbledore?
Forma: Raczej proza, opowiadanie
Długość: nieograniczona
Inne uwagi: Raczej poważne, nie musi być kanoniczne, ma się pojawić Grindelwald i ktoś z rodziny Albusa (uwaga, Mary Sue niewskazana).

GONG!

(A ja znowu nie mogę oceniać... Fuk!)


Ostatnio zmieniony przez Puszczyk dnia Pon 16:42, 25 Wrz 2006, w całości zmieniany 2 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Puszczyk
moderator cyniczny



Dołączył: 01 Wrz 2005
Posty: 537
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: Miasto o trzech twarzach

PostWysłany: Pią 18:13, 19 Maj 2006    Temat postu:

PRZYGODA ŻYCIA

'Od szaleńców można się wiele nauczyć'
Andreas Steinhofel, 'Środek świata'

Odkąd sięgał pamięcią, kolacje mijały w absolutnej ciszy. Podłużny stół uginał się od wszelkiego rodzaju wykwintnych potraw, których wydawało się absurdalnie dużo w stosunku do ilości zasiadających do posiłku ludzi.
Matka i syn, samotnie po obu stronach drewnianej barykady.
Nie rozmawiali. Zajęcia matki były zbyt ważne i dorosłe, by Albus mógł się nimi interesować, zaś jego - nazbyt błahe, by zainteresować rodzicielkę.
Czasem miał ochotę podnieść wzrok znad talerza; przyjrzeć się rysom jej twarzy, fryzurze i sukni. Mimo to za każdym razem elegancki kołnierz zwężał się gwałtownie i łapał go za gardło, zaciskał, dusił. Albus czerwienił się, przełykał serce razem z kęsami jedzenia i próbował skupić na liczeniu sekund, tik-tak, tik-tak, li jedynie w jego wyobraźni; stojący zegar już od dawna służył tylko ozdabianiu jadalni.

*

Jego sypialnia na pozór wydawała się dokładnie taka, jaka powinna być. Duża, przestronna i nieskazitelnie czysta, z marmurową podłogą, kominem, rzeźbionym łóżkiem z czterema kolumnami i resztą pięknych, drogich mebli. Znajdowało się w niej jednak coś, o czym nie wiedziała ani matka, ani żaden z jego prywatnych skrzatów. Coś, co mogła odkryć jedynie osoba, która przez wiele lat, w każdy deszczowy dzień, chodziła dookoła i gładziła z nabożną powagą drogocenne obrazy, aż w końcu te uznały, że mogą wyjawić jej swój sekret.
Jeden z malunków, olbrzymia misa z owocami, przechylał się, gdy dotykało się pęku wiśni w prawym dolnym rogu. Ukazywał wówczas otwór w murze, ni mniej, ni więcej, ale dokładnie taki, by mógł się w nim zmieścić ktoś postury Albusa.
Po drugiej stronie znajdowała się gorsza połowa pokoju. Ciemne, stęchłe pomieszczenie, zarośnięte pajęczynami i z piętrzącymi się od góry do dołu skrzyniami. Jeśli przesunęło się jedną z nich, tę największą i najbardziej zakurzoną, ukazywało się Przejście; długi, podziemny korytarz, na którego końcu, po wyjściu za trawiastą dolinkę, rozpoczynał się Inny Świat.

Na początku tylko zerknął, szybko i ostrożnie, po czym pędem ruszył z powrotem. Następnym razem wyszedł kilka kroków dalej.

*

Był dwunasty sierpień i żar lał się z nieba, gdy odważył się w końcu w pełni zobaczyć Inny Świat.
Przypominał dżunglę w środku lata, dżunglę przedzieloną ubitą drogą, z tym, że drzewa przerobiono na sklecone byle jak stoły i półki, a owoce umieszczono na nich. Z prawej strony, przy straganie z warzywami, z nogi na nogę przestępował stary, pociągowy hucuł, odganiając ogonem stada much. Pulchna kobieta kłóciła się gwałtownie ze sprzedawcą ryb, wymachując rękoma.
Albus szedł jednocześnie ze strachem i niezdrowym zachwytem, kompletnie zapominając, że nie powinno go tu być. W powietrzu unosił się intensywny zapach, którego nie był w stanie skojarzyć z niczym sobie znanym.
Gdy zawrócił i skrył się za dolinką, wiedział, że to nie będzie jego ostatnia wizyta.

*

W przeciwieństwie do ludzi wokoło, patrzących na nich zawsze z łaskawym politowaniem, uważali się za ogromnych szczęściarzy. Nigdy nie wykazywali poczucia przynależności do jakiejkolwiek z warstw społecznych; nie potrzebowali dworu z ogrodem, pola, ani nawet żadnego miejsca do zamieszkania. Byli wolni.
Ojciec i syn, kolorowe wyrzutki z jedną harmonijką, kozą na sznurku i kolekcją brudnych obrazów.
Obrazów, które nie były malowane dobrymi farbami na pięknie naciągniętym płótnie ani sprzedawane koneserom sztuki. Podczas gdy wokół ludzie zastanawiali się nad wszystkimi problemami świata, one przedstawiały powyginaną, pstrokatą, zatrzymaną w czasie wizję wydarzeń, tak wesołą i kolorową, jak weseli i kolorowi byli jej twórcy.

Zdziwienie Abrama było ogromne, gdy ujrzał małego, rudowłosego chłopca, pochylającego się z zachwytem nad jednym z malunków. Rzadko zdarzało się, by w nieufnej wiosce ktokolwiek interesował się ich twórczością.
Podszedł i pochylił się niżej.
- A ty tu co? - spytał nieprzyjaźnie.
Rudzielec podskoczył i natychmiast się odsunął, patrząc na niego szeroko otwartymi oczami.
Abram, nie doczekawszy się odpowiedzi, rzucił:
- Gdzie twoja matka? Nie będzie z ciebie zadowolona.
Chłopiec nadal zerkał na niego z determinacją.
- Nie mam matki - odparł.

*

Oczywiste kłamstwo szumiało mu jeszcze w uszach, gdy biegł z powrotem przez drogę.
Nie mam matki.
I nagle jedna myśl wpadła mu do głowy. Przed oczyma przesuwały mu się samotne dni w ogrodzie, wielkim i pustym, samotne zwiedzanie dworu, pustego dworu, gdzie posłuszne skrzaty usuwały mu się sprzed nóg. I ciche, ciche kolacje, okraszone zimnymi spojrzeniami matki, których nie widział, ale czuł na karku.
Nie mam matki.
Obrócił się i równie szybko pobiegł w drugą stronę, w stronę obrazów i tego człowieka, który nieudolnie próbował brzmieć groźnie. Z mocnym postanowieniem, że już nie wróci.

***

Słońce chyliło się ku zachodowi, kiedy na błoniach Hogwartu, tuż przy jeziorze, pojawił się starszy człowiek. Pogładził siwą brodę, wsunął do ust żółty cukierek z podłużnej paczki i, jakby od niechcenia, wyczarował sztalugi.
Albus Dumledore, największy czarodziej współczesności, zwycięzca czarnoksiężnika Grindelwalda, najbliższy przyjaciel słynnego alchemika Nicolasa Flamela i dyrektor Hogwartu, wyciągnął z kieszeni płaszcza pędzel i zaczął malować dziwaczne kółka wściekłym niebieskim kolorem.
Uśmiechnął się pod nosem.
W każdym szaleństwie tkwi metoda.
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Puszczyk
moderator cyniczny



Dołączył: 01 Wrz 2005
Posty: 537
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: Miasto o trzech twarzach

PostWysłany: Pią 18:26, 19 Maj 2006    Temat postu:

Jaki jest naprawdę Albus Dumbledore?

12 czerwca 1887 roku

- Kim jest naprawdę Albus Dumbledore? - zapytał starszy mężczyzna. – Powiedz mi, chłopcze.
- Nie wiem, milordzie. Pierwszy raz słyszę o kimś takim – młody wojskowy pokręcił głową i zakręcił na palcu sumiastego wąsa. – Nie mamy o nim nic. Nikt nie zna nazwiska „Dumbledore”. Nie wiadomo, skąd się wziął. Jakby nigdy nie istniał.
Pierwszy z mężczyzn zmrużył oczy przypominające kolorem zimowe, wzburzone morze i podniósł się z beżowego fotela. Był wysoki i niewiarygodnie chudy. Sprawiał wrażenie staruszka, którego mógł powalić najlżejszy powiew wiatru. Tak się jednak nie stało. Wyprostował się z głośnym chrzęstem, co sprawiło, że stał się jeszcze wyższy.
- Joseph, ludzie nie biorą się z powietrza. A szczególnie nie tacy czarodzieje, jak ten Dumbledore. Oczekuję raportu jutro o... osiemnastej. Miłego dnia.
Joseph ukłonił się lekko. Lordowi Everardowi Grindelwaldowi się nie odmawia. Chyba że inne sposoby samobójstwa zawiodły.

<>

- Ana, ty się zajmiesz inwigilacją naszego pana D. , Misza ci pomoże.
Dwoje zakapturzonych postaci opuściło pospiesznie pokój. Pułkownik pozostał z przerażoną, niewysoką dziewczynką. Jej oczy co chwila zmieniały kolor.
- Miriam. Ty zrobisz sobie wycieczkę do Anglii. Stacja docelowa – Hogwart.

<>

13 czerwca 1887 roku, godzina 17.57, złoty pokój

Zza zakrętu wyszedł pułkownik. Był niesamowicie blady, a jego potężne wąsy drgały nerwowo. Stanął na baczność przed drzwiami i szybko przeżegnał, kierujący błagalny wzrok w kierunku niebios.
- Wejść – rozległ się głuchy, zachrypnięty głos zza drzwi.
Wykonał rozkaz i usiadł na krześle zdenerwowany. Grindelwald właśnie wsypywał tytoń do fajki.
- Kazałem ci usiąść, czy pamięć mnie zawodzi?
Joseph szybko wstał z krzesła.
- Przepraszam. Nie. To znaczy, to ja się zapomniałem. Przepraszam.
Grindelwald podpalił fajkę z głośnym trzaskiem i odwrócił się do pułkownika.
- Joseph, nigdy do niczego nie dojdziesz, jeśli będziesz podskakiwał na dźwięk mojego głosu, czy żegnał się ze swoim bogiem przed moimi drzwiami. Musisz być stanowczy. Musisz być kimś, a nie dodatkiem do kogoś. Rozumiesz?
Chwila ciszy.
- Rozumiem.
- Rozumiem, milordzie.
- Przecież sam mówiłeś... – żachnął się młodzieniec.
- Stanowczość, a nieuprzejmość to dwie różne cechy, Joseph. Naucz się je odróżniać. A teraz siadaj i opowiadaj – uśmiechnął się z politowaniem i zajął miejsce w ogromnym fotelu.
- Moi agencie dowiedzieli się, że Dumbledore nie urodził się w Anglii – zaczął niepewnie sprawozdanie.
- To ci dopiero nowina. Kontynuuj, nie ugryzę cię – starzec wypuścił z ust smugę dymu.
- Jak już mówiłem – nie urodził się na terenie Wielkiej Brytanii. Przybył tam dopiero w 1861 roku, w celu nauki, jako jedenastoletni chłopiec. Nie podobało mu się tam. Kilka razy próbował ucieczki, a potem postanowił uprzykrzać wszystkim dookoła życie. Miał do tego wybitne zdolności – okazało się, iż...
- Nie obchodzą mnie jego perypetie szkolne, Joseph. Gdzie, w czyjej rodzinie się urodził? Korzenie Albusa Dumbledore’a, korzenie, a nie gałęzie! Jeśli chcesz ściąć drzewo, musisz wiedzieć, skąd wyrasta pień, czyż nie? Chyba, że tego się nie dowiedziałeś.
- Ależ tak, znaczy, wiem gdzie się urodził. I kiedy - szybko sprostował blady pułkownik. Wąsy drgały mu z przejęcia, a oczy błyszczały dziwnym blaskiem.
- To dobrze.
- Urodził się jako jedno z bliźniąt w kolonii brytyjskiej – Sierra Leone - ósmego maja tysiąc osiemset pięćdziesiątego roku. Przejął nazwisko matki – Mathilde Augustine Dumbledore. Ojciec, Francuz Servan Dunoye, zmarły na malarię szesnastego grudnia tysiąc osiemset czterdziestego dziewiątego roku, czyli osiem dni przed ślubem z Mathilde Dumbledore. Ona sama zachorowała cztery lata później na żółtą febrę i po kilku tygodniach choroby – także zmarła.
Od tej pory pieczę nad małym Albusem przejęła jego babcia Estella Dumbledore, z domu Nigellus. Jego brat – Aberfort – trafił pod pieczę Dunoye’ów. Chłopcy poznali się dopiero w Hogwarcie, do którego podróż opłaciła babcia Albusa. Przedsiębiorcza staruszka dopilnowała, aby...
- Chwileczkę. Mówisz Estella Nigellus? Siostra Phineasa Nigellusa, która wyszła za charłaka? Z tego, co pamiętam, ich córka także nie była czarownicą. A ten Dunoye?
- Porzucił magię dla kariery dziennikarza. Tak więc, jak już mówiłem...
- Dziękuję, Joseph. Wystarczy. Już wiem, gdzie mam skierować siekierę. Możesz odejść.
Zdziwiony pułkownik patrzył z niedowierzaniem na tego wielkiego Grindelwalda. Przecież praktycznie nic mu nie powiedział. Przecież... Przez umysł mignęła mu myśl, że może on nie jest tak genialny, jak to się wszystkim wydaje. Ale to była kwestia nanosekundy.
Wstał i wyszedł ze złotego pokoju, nie odezwawszy się słowem. Już nigdy nie miał spotkać tego władczego starca – ale nie mógł o tym wiedzieć.

<>

Dwanaście godzin wcześniej, Sierra Leone

- Dziecko drogie, napij się herbatki. Powtórz jeszcze raz, jak masz na imię, bo mi umknęło – stara, białowłosa i białooka kobieta uśmiechnęła się bezzębnymi ustami.
- Miriam, proszę pani. Ale ja już muszę iść – szczupła Murzynka zaprotestowała żywiołowo.
- Gdzie ci się tak, dziecko, śpieszy? Spokojnie, mam tu jeszcze herbatniki, na pewno ci zasmakują, Miriam...
Cisza.
- Miriam? – zawołała pani Estella Dumbledore w pustkę.
Znów odpowiedziała jej cisza.
Staruszka energicznie wyciągnęła spod puszki z herbatą lusterko i przetarła zakurzoną taflę.
- Albus?
W zwierciadle pojawiła się twarz wnuka, której nie mogła zobaczyć. Twarz młoda, szczupła, okolona rudobrązowymi grubymi włosami, z błyszczącymi, szeroko rozstawionymi niebieskimi oczami.
- Słucham, babciu? – uprzejmy, cichy głos sprawił, że Estella rozpromieniła się.
- Wielkie nieba, kochany chłopcze, aleś wyprzystojniał! Ciężko uwierzyć, że to ty, tak przypominasz swojego świętej pamięci dziadka...
- Babciu, ty jak zwykle jesteś kochana i przemiła, coś się stało?
Twarz staruszki stężała i spoważniała.
- Kochanie, myślę, że powinieneś na siebie uważać. Przed chwilą była tu jakaś zmiennokształtna, która wypytywała o ciebie.
- A to ciekawe... Dziękuję babciu, że mnie ostrzegłaś. Teraz to ty jednak na siebie uważaj.
- Albusie, czy ty aby nie wpakowałeś się znowu w jakieś kłopoty? Zawsze byłeś takim kochanym dzieckiem, a ta Anglia chyba na ciebie źle wpływa...
- Nie narzekajmy na klimat, ale faktycznie jest okropny.

<>

Albus odłożył na szafkę dwustronne lusterko i usiadł na skrzypiącym, doszczętnie zdezelowanym łóżku. Złożył dłonie i zaczął wpatrywać się w swoje długie palce, złączone opuszkami.
Nienawidził Anglii, deszczu, mgły i zimna. Nienawidził Hogwartu, dumnych, sztywnych kolegów i ich manier. Nienawidził tego brudnego, smutnego kraju, w którym samobójstwa z powodu melancholii zdarzały się na porządku dziennym. Nienawidził tego porządku. Nienawidził angielskiej flegmy i braku poczucia humoru. Nienawidził zapatrzenia w czubek własnego krótkiego nosa Wielkiej Brytanii.
Tęsknił za gorącym klimatem Sahelu, wszechotaczającym ruchem, muzyką i śmiechem ciemnoskórych przyjaciół. Tęsknił za ich chęcią do życia, za słońcem, za porankami w polu. Tęsknił za szczęściem, które mimo biedy, tam znajdowano.
Tutaj nie znalazł nic takiego. Za to znalazł smutek, melancholię i łzy grubych chmur. W Afryce deszcz wywoływał radość – w Londynie przygnębiał.
Od początku pobytu w Anglii buntował się – z roku na rok coraz silniej manifestował swoje niezadowolenie. Po co ludziom cywilizacja, jeśli prowadzi do depresji i zabójstwa?
W ten sposób odkrył swoją ukrytą magię. Magię słońca i śmiechu, magię ciepła i miłości, która przenikała go od stóp do głów. Która była tlenem dla ogniska praktycznej magii słów i gestów.
Po skończeniu szkoły stał się niebezpieczny. Jego moc nie była jeszcze w pełni opanowana – wyruszył w podróż. Był we Francji, Prusach, Austrii i Rosji. W tym ostatnim kraju spotkał się z ludźmi jemu podobnymi – żyjącymi dla słońca, ale bez niego. Spotkał Polaków – usłyszał tragiczną historię narodu, żyjącego słońcem, które oślepiło go tak, że kiedy zniknęło – stracił całkiem wzrok. I zgubił się w mroku nieubłaganego czasu.
Jednak nawet w nich widział więcej słońca, niż w Anglikach.
Próbował wrócić wielokrotnie do babci – nie mógł. Ciągle coś mu przeszkadzało. A ona starzała się, i starzała...
Pewnego dnia zobaczył siwe pasemka w swoich włosach. Zrozumiał, że jego też powoli nadgryza czas.
Postanowił działać. Zwołał lud do walki o swoje – uzyskał miejsce na katedrze w Hogwarcie i pomógł w tym samym uzdolnionym czarodziejom i czarodziejkom z mugolskich rodzin.
Komuś się to nie spodobało. Nawet wiedział komu – milordowi Grindelwaldowi, dyktatorowi czarodziejskiej Anglii.
Albus zrozumiał, że nadchodzi czas wojny. Wojny, której niepokonany Everard postanowił zapobiec, usuwając źródło – pierwszego buntownika.
Tak więc trzeba ją wywołać. Najlepiej – natychmiast.

<>

Joseph złożył wymówienie następnego ranka po raporcie u Grindelwalda.
Przestał go obchodzić ten kraj i jego machlojki. Przestało go obchodzić ścinanie drzew, bez poznawania ich gałęzi. Ponieważ to na gałęziach pojawiają się owoce, z których wyrastają kolejne drzewa – nawet po ścięciu tego najpierwszego.
Pułkownik nie był głupi w swoim myśleniu. Chociaż wtedy jeszcze tego nie wiedział.
Wrócił do swojego kraju, do swoich ludzi, do prawdziwych problemów.
Bo wrócił do kraju, którego nie było. Postawił sobie za zadanie jego zbudowanie.
Josepha Piłsudskiego na miejscu Everarda Grindelwalda bardziej by obchodziło to, jaki jest Albus Dumbledore, niż kim jest. To prawda, że trzeba poznać korzenie drzewa, ale i to, jakie owoce wyda.

<>

14 czerwca 1887 roku, godzina 8.56, Londyn

Zmiennokształtna bezrobotna Miriam została Mugolką - przybrała imię Julianne. Miała dość magii, dość despotycznej władzy, dość życia jako ktoś inny.
Teraz szła ulicami mugolskiego Londynu, w mugolskim ubraniu, do swojej mugolskiej pracy z mugolską teczuszką w ręku.
Weszła do biura, wbiegła po schodach do swojego pokoju i zajęła miejsce przy biurku.
Eve podyktowała jej dzisiejsze zadania, które Miriam zaczęła wykonywać.
Obok Jeremy rozmawiał z Frankiem o jakimś meczu.
Budynkiem zatrzęsło.
Papiery spadły z biurka. Miriam szybko pochyliła się i je podniosła.
- Niezdara – zaśmiał się Frank. – Widać, że nowa.
- Nie stresuj jej, zobacz, jak przez ciebie zbladła.
Jeremy wyprowadził Franka na korytarz.
Dziewczyna podeszła z duszą na ramieniu do okna.
Na środku pełnej ludzi ulicy dwóch mężczyzn rzucało w siebie zaklęciami. Jednak nikt nie zwracał na nich uwagi.
Zza grubych chmur nagle błysnęło słońce. Mugolska teczka wypadła nagle ze szczupłej, piegowatej dłoni rudowłosej Irlandki. Nikt się nie zdziwił, że z biura Julianne wyszła nieznana kobieta. I na ulicy wyciągnęła z kieszeni granatowego żakietu drewniany patyk, z którego zaczęły wypadać różnokolorowe iskry.
Wojna się rozpoczęła.

KONIEC
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Remusek17
wilkołaczek - lord knajpiany



Dołączył: 24 Mar 2006
Posty: 2959
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: Hogwart

PostWysłany: Pią 20:13, 19 Maj 2006    Temat postu:

pojedyneczek
jak ja sie ciesze moje ladies
a wiec

pomysł

A:2pkt
B:1pkt
za te przejscie i rudzielca

styl:
A:1,25
B:0,75
chociaz niby obydwa napisane poprawnie to w pierwszym przynajmniej nie miałem kłopotow z sensem
lepiej mi odpowiada

realizacja tematu:
A:0,5PKT
B: 0,5pkt
nie mam zastrzezen do obydwu tekstow

ogólne wrazenie :
A: 3pkt
B:1 pkt
nie wiem do konca dlaczego ale tekst A mi sie bardziuej podobał

podsumowanko
A:6,75
B:3,25

gratulacje dla obydwu ladies pojedynkowiczek Smile

Ja wiem że będę truć, ale... Remiii... błagam... pisz czytelnie z odstępami, dużymi literkami i tak bardziej normalnie. Bo mnie szlag trafi.
Pusz

Edit:
Pięknie dziękuję.


Ostatnio zmieniony przez Remusek17 dnia Pią 21:09, 19 Maj 2006, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Hekate
szefowa



Dołączył: 01 Wrz 2005
Posty: 5680
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: Toruń

PostWysłany: Pią 21:03, 19 Maj 2006    Temat postu:

Pojedynek fenomenalny. Oba opowiadania, to naprawdę mocne kawalątki literatury i gdybym słuchała rozsądku, a nie tego uporczywego, wewnętrznego pikotania, to miałabym cholerny problem, żeby uwieńczyć laurem tylko jedno z nich. Ale problemu nie mam i chociaż rozsądek kwiczy, to już i tak sprawa została przesądzona. Właściwie od pierwszej litery.

Pomysł:
A - 1,5
B - 1,5
Jak można porównywać folklor belgijski, z folklorem Kongo? Litości! Oba opowiadania opierają się na zachęcających pomysłach, które jednak różnią się od siebie tak bardzo, że nie da się powiedzieć który jest lepszy.

Styl
A - 1
B - 1
I tutaj remis. Oba opowiadania napisane sprawnie i z polotem.

Realizacja tematu
A - 0,5
B - 0,5

Ogólne wrażenie:
A - 3
B - 1
I dopiero ostatnie kryterium przesądza wszystko. Te dwa punkty, że się pompatycznie wyrażę, są wyrwane prosto z serca. Naprawdę. Pierwsze opowiadanie jest takie pastelowe, takie magiczne, że zakochałam się w nim niemal od pierwszego zdania. Drugie ma wprawdzie lepiej zorganizowaną fabułę, ale z sercem nie należy dyskutować, prawda?

Podsumowanie:
A - 6
B - 4


Nigdy wcześniej pojedynek nie wzbudził we mnie tyle emocji!


Ostatnio zmieniony przez Hekate dnia Pią 21:46, 19 Maj 2006, w całości zmieniany 2 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
yadire
gryfonka niepokorna



Dołączył: 02 Wrz 2005
Posty: 1892
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: Poznań

PostWysłany: Pią 21:04, 19 Maj 2006    Temat postu:

Pojednyneczek, diruś, sprężaj się. Na początek - oba teksty bardzo mi się podobają i trudno mi wskazać, który bardziej. Ale chyba domyślam się kto co napisał. Choć to akurat nie wpłynie na ocenę. Za bardzo Razz

Pomysł
A - 1,5
B - 1,5
Zarówno Inny Świat, jak i Joseph Piłsudski przypadli mi do gustu. I nie wiem, który bardziej.

Styl
A - 1,5
B - 0,5
W B wydawały mi się czasem zgrzytnięcia stylistyczne, choćby to o Polakach, trochę się tam zamotałam. W A nic takiego nie zauważyłam.

Realizacja tematu
A - 0,5
B - 0,5
Bez komentarza.

Ogólne wrażenie
A - 1
B - 3
Nie wiem czemu. Po portau B mi się bardziej spodobał. Może dlatego, że A wydawał mi się dość poetycki, a ja w takiej poetyckiej prozie nie czuję się za dobrze. Za to w B... Miodzio! Spisek, wojna, akcja - proszę wybaczyć, ostatni żyję Sapkowskim.
I, o majne godyszejn! - w tekście B wysmakowałam rudą Irlandkę! (jak nic, moje poprzednie wcielenie!)
Można subiektywnie, czyż nie?

Podsumowanie
A - 4,5
B - 5,5


Ostatnio zmieniony przez yadire dnia Pią 21:20, 19 Maj 2006, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Hec
moderator avadzisty



Dołączył: 01 Wrz 2005
Posty: 1449
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: na północ od chatki 3ech świnek

PostWysłany: Pią 21:09, 19 Maj 2006    Temat postu:

Oooch! Cóż za wspaniały pojedynek. I bardzo trudny do oceny, bo jeden tekst to historia zagubionego chłopca, pełna dziecinnych marzeń, a drugi pokazuje mężczyznę- może jeszcze nie do końca świadomego własnych możliwości, ale już przekonanego o tym, co chce w życiu osiągnąć.
Naprawdę, już dawno nie czytałam takich ekscytujących miniaturek z Dumbledorem w roli głównej, wspaniałe!

A najgorsze jest to, że muszę ocenić- dupa Sad

No to jedziem:

pomysł:
A - 1,25
B - 1,75

Jedno słowo- Joseph Wink

styl:
A - 1
B - 1

W obu opowiadaniach styl był dobry i w obu znalazły się drobne będy- w A był "dwunasty sierpień", zamiast "dwunasty sierpnia", a w B jakaś literówka mi się w oczy rzuciła.

realizacja tematu:
A - 0,5
B - 0,5

Temat absolutnie i bezsprzecznie zrealizowany:)

ogólne wrażenie:
A - 1,75
B - 2,25

Spieszę z tłumaczeniem- według mnie oba teksty są świetne, bardzo ładnie napisane, każdy z nich ma swój specyficzny klimat i, jeśli mam być szczera, to klimat opowiadania A nawet bardziej mi się podobał- był jak z obrazu, jakbym zamiast czytać, oglądała akwarelę. Niestety, na moją zgubę i moje szaleństwo, autorka tekstu B wplotła w fabułę Piłsudskiego. I w ten sposób Heca przepadała.
Szanowna Autorko tekstu B- otworzyłaś mojej wyobrażni drogę do nowych teorii spiskowych, za co jestem niezmiernie wdzięczna. Zawsze czułam, że joseph nie był takim zwyczajnym człowiekiem:)

Eh, oba opowiadania bardzo, ale to bardzo mi się podobały- są dokladnie takie, jak lubię, dlatego też gratuluję przemocno obu Autorkom i- um...zapomniałam o podsumowaniu Embarassed

PODSUMOWUJĄC:
A - 4,5
B - 5,5


I dziękuje ślicznie za smakowity pojedynek.
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Hekate
szefowa



Dołączył: 01 Wrz 2005
Posty: 5680
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: Toruń

PostWysłany: Pią 21:16, 19 Maj 2006    Temat postu:

Ha, to może dlatego moja podświadomość wybrała tekst A, jako Produkt Wolny Od Piłsudskiego? Wink
Nienienienie, nie wplątujmy do tego ideologii (tłucze głową w ścianę)
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Remusek17
wilkołaczek - lord knajpiany



Dołączył: 24 Mar 2006
Posty: 2959
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: Hogwart

PostWysłany: Pią 21:38, 19 Maj 2006    Temat postu:

ok juz lady Pusz jest?
chyba to jest ten normalny zapis Razz
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Aurora
szefowa młodsza



Dołączył: 01 Wrz 2005
Posty: 6548
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/5

PostWysłany: Sob 8:24, 20 Maj 2006    Temat postu:

Ja tak poza pojedynkiem - Lo, cholero, jak ty jeszcze raz powiesz, że nie umiesz pisać, że wychodzą ci głupoty etc., to dostaniesz solidnego kopniaka.
Pisz częściej, och, na Boga, nie bedzie mi aż tak przykro przegrywać z tobą pojedynków Wink
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Natalia Lupin
lunatyczka gondorska



Dołączył: 01 Wrz 2005
Posty: 3952
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: Minas Tirith

PostWysłany: Sob 12:09, 20 Maj 2006    Temat postu:

/wpada zakwikana natalia/
Po kilku makabrycznych dniach bez internetu, które wstrząsnęły mą wrażliwą psychiką, komentuję Exclamation Jak ja to kocham, to znaczy czytać pojedynki Smile

Pomysł:
A: 1,4
B: 1,6
Pierwszy tekst zdał mi się trochę przetarty. Ucieczka od dumy i sztywności, i reguł do prostych ludzi- to już kiedyś było. Za to zakończenie jest tak wspaniałe Very Happy że nie mogłam dać inaczej

Styl:
A: 1
B: 1

Realizacja tematu:
A: 0,5
B: 0,5

Ogólne wrażenie:
A: 1,9
B: 2,1
Wyjaśniłam chyba dostatecznie w 1. punkcie, a poza tym... jakoś tak bardziej mi ogół dwójki przypadł do gustu. U mnie piłsudzki nie miał znaczenia. Byłam przyjemnie zaskoczona, ale jakoś mi tylko przemknął.

I tym razem bonus ode mnie, czyli
Podsumowanie: Laughing
A: 4,8
B: 5,2

Wogóle to pojedynek uważam za ogromnie zajmujący Smile A temat zdawał mi się trudny. Obydwie Istoty Pojedynkujące Się wyszły bez szwanku na twórczości i zdolnościach (oraz, mam nadzieję, na psychice Wink)
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Puszczyk
moderator cyniczny



Dołączył: 01 Wrz 2005
Posty: 537
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: Miasto o trzech twarzach

PostWysłany: Śro 20:41, 31 Maj 2006    Temat postu:

Łoł... Trochę się zagapiłam...
Tak więc ogłaszam koniec pojedynku. Szanowne Panie, proszę odłożyć szabelki. Przydadzą się na później!

A - 26,55
B - 23,45

Zwycięzcą zostaje *Lora*

Gratuluje pojedynku i czekam na następne.
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Aurora
szefowa młodsza



Dołączył: 01 Wrz 2005
Posty: 6548
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/5

PostWysłany: Czw 8:23, 01 Cze 2006    Temat postu:

<odkłada szabelkę>
Lo, a nie mówiłam? Razz
Gratulacje Smile
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Trilby
świtezianka



Dołączył: 06 Lis 2005
Posty: 1521
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: miasto z piaskowca

PostWysłany: Czw 10:10, 01 Cze 2006    Temat postu:

aaaaaaaaa. Przegapiłam! No nie!
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Remusek17
wilkołaczek - lord knajpiany



Dołączył: 24 Mar 2006
Posty: 2959
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: Hogwart

PostWysłany: Czw 11:13, 01 Cze 2006    Temat postu:

gratulacje obydwu lady pojedynkowiczkom
roznica byla na prawde mała Very Happy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Wyświetl posty z ostatnich:   
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum Lunatyczne forum Strona Główna -> Klub Pojedynków Wszystkie czasy w strefie EET (Europa)
Idź do strony 1, 2  Następny
Strona 1 z 2

 
Skocz do:  
Możesz pisać nowe tematy
Możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach


fora.pl - załóż własne forum dyskusyjne za darmo
Powered by phpBB © 2001, 2005 phpBB Group

Theme xand created by spleen & Emule.
Regulamin